26 listopada 2013
alt

Być jak Rymkiewicz

Jak myślicie, dobrze jest być Rymkiewiczem? Wydaje się to dość przyjemne. Człowiek siedzi w milanowskiej willi, głaszcze koty, obserwuje przyrodę, słucha Schuberta, stuka w klawiaturę. Z takiej perspektywy łatwo udawać, że Polska cierpi na deficyt dzikiej sarmackiej przemocy, nazywanej dla niepoznaki wolnością. Łatwo pominąć fakt, że jej inicjatorzy mogą bez przeszkód zdemolować Warszawę, a ich polityczni patroni są zapraszani do mainstreamowych mediów, których człowiek tak nienawidzi.

Pewnie też niewiele człowieka w takiej sytuacji obchodzi zarzut niekonsekwencji zgłoszony przez Kingę Dunin, która pisała niedawno, że gdyby Rymkiewicz poważnie myślał o rozgrywającej się na naszych oczach narodowej hańbie równej rozbiorowej i możliwych postawach politycznych – „powinien zacząć strzelać, właściwie do wszystkich, podpalić się pod Pałacem Prezydenckim albo powiesić ze wstydu”. I że jego gest wobec gestu posła nowogródzkiego jest śmiesznie mały – „od potrzymania przez chwilę transparentu [przejętego od kobiety w moherowym berecie – epizod umieszczony w „Reytanie”] do rozwleczenia jelit po ziemi droga jednak daleka”.

Siedzi człowiek w Milanówku, ewentualnie w bibliotece IBL-u, delektuje się źródłami, upaja własnym stylem i wierzy w przychylność ludu smoleńskiego. Nie boi się, że w razie konfrontacji pierwszy dostałby kijem bejsbolowym (jak czekanem) po głowie. Za co? Chociażby za zgrywanie Rejtana, jedynego patrioty wśród zdrajców, podczas gdy w oczach sławionego moherowego narodu powinien uchodzić za zdrajcę. W końcu szaty zaczął rozdzierać dość późno, wcześniej sławił imię Stalina, a następnie uprawiał wygodny dla władz socparnasizm.

Oni podobno nigdy niczego nie przebaczają. No i przecież Rymkiewicz nie chciałby, żeby mu przebaczyli. Więc jednocześnie wierzy w przychylność ludu smoleńskiego i nie chciałby, żeby lud smoleński przebaczył mu zaangażowanie w stalinizm? Może mimo wszystko nie tak łatwo być Rymkiewiczem? On sam jednak nie wydawał się zakłopotany, kiedy wobec wiernej publiczności pełnomocnik Agory pytał go w sądzie o przynależność do ZMP. Potwierdził. Publiczność nie zareagowała. Można to zobaczyć w filmie „Poeta pozwany” Grzegorza Brauna. Czyli wiedzą i nie mają mu za złe, a on to wybaczenie akceptuje.

Nie wiadomo, co z późniejszym okresem w biografii Rymkiewicza. Od rozmowy z Trznadlem twierdzi, że w roku 1956 przejrzał na oczy i definitywnie otrząsnął się z młodzieńczego otumanienia. Ma na ten temat efektowną opowieść. Kiedy pełnomocnik Agory zapytał, czy w 1964 roku podpisał tak zwany list 300, broniący władzy peerelowskiej przed sygnatariuszami listu 34, Rymkiewicz dziwnie zamilkł. Ale pewnie o to też nie mają do niego żalu.

Podobnie jak o to, że w 2003 roku poeta przyjął nagrodę Nike. Jego ówczesna kontestacja – nieobecność na gali i oświadczenie odczytane przez wydawczynię – była raczej niejasna. Oświadczał, że literatura niczemu nie służy, ani państwu, ani społeczeństwu, ani mediom, ani partiom politycznym. Potrzebuje tylko czytelników. Czy ktoś to wtedy odebrał jako krytykę III RP – potwornej mutacji PRL-u? A podobno Rymkiewicz już w 1989 roku tak oceniał przemiany polityczne. Teraz (niby zafiksowany na kwestii, kto od kogo bierze pieniądze) tłumaczy, że przecież dostał nagrodę od niezależnego gremium ekspertów.

Kochają go. Miłością, jaką zwykle obdarzają intelektualistów, którzy odcinają się od innych intelektualistów i schlebiają „ludowi”. Intelektualistów, którzy mocno wyrażają upokorzenie. Na próżno wyrozumiali liberałowie z pełnomocnikiem Agory na czele pożyczają sobie kostium inkwizytora.

Nie ma również znaczenia, że Rymkiewicz w istocie nisko ceni prostych ludzi, skoro pisze dla nich rymowaną biblię pauperum, tak konwencjonalną, że może uchodzić za własną parodię. Będącą łatwiejszą wersją wyrafinowanych esejów adresowanych do innych intelektualistów i publicystów zalecających się do „ludu”.

Zresztą o tej drugiej grupie odbiorców też najwyraźniej nie ma najlepszego zdania. Jest na przykład pewien, że nie czytali studium Marii Janion sprzed ponad 20 lat o polskich rejtanadach. Janion wykorzystała te same źródła i kilka innych, które Rymkiewicz na pewno zna, ale nie może ich ujawnić, bo tym samym ujawniłby, że „zawrotny skok z XVIII stulecia w historię najnowszą” nie jest jego pomysłem. Wykonał go Marian Brandys, autor tego sformułowania, pisząc na początku lat 80. o Jerzym Zawieyskim jako „Rejtanie 1968 roku”. Wykonała go też sama Janion, interpretując polskiego wariata jako wielką niedarwinowską figurę człowieka ujmującego się za ofiarami przemocy. Dokładnie odwrotnie niż Rymkiewicz, który Rejtanem przemoc legitymizuje.

Będąc Rymkiewiczem, trzeba się więc trochę nakombinować. To przemilczeć, tamto przeinaczyć. Wzgardę ukryć pod pozorami szacunku. Nobilitować bandytyzm. Za to jaki spektakularny efekt! Jaka kariera! Jaka obecność w sferze publicznej!

Do niedawna mało komu znany filozoficzny poeta i badacz romantyzmu, którego szczytowym osiągnięciem pozostałoby pięć minut ograniczonej sławy laureata Nike, znalazł sposób na niezwykłą jak na poetę i badacza popularność. Kolejne jego krwawe rymowanki trafiają do wszystkich mediów. Kiedy powie, że redakcja „Gazety Wyborczej” to spadkobiercy KPP – pozew Agory zapewnia mu okładki opiniotwórczych tygodników i gromadzi w sądzie spory tłumek skandujący: „Wolność poety! Wolność słowa”.

Rymkiewicz wyczerpał już rewelacyjną formułę esejów o biograficznych „żmutach” romantyków. Na tym polu skazany byłby na przyczynki i powtórzenia, o czym świadczy „Głowa owinięta koszulą”, w której jedyny ciekawy rozdział dotyczy komunistycznego używania Mickiewicza przez redakcję „Nowych Widnokręgów” we Lwowie pod radziecką okupacją. Jeśli Rymkiewicz nie pisze o kolaborantach, zwyczajnie nie ma o czym pisać.

Pozostają mu wieszanie i rzezie. No i udawanie, że nie rajcują go popularność, wydana przez „Frondę” książka „Spór o Rymkiewicza” i film Brauna. Cała ta sprawna posmoleńska popkultura, w którą się włączył. Udawanie, że nie jest zawodowcem dbającym o pozycję na rynku, lecz patriotycznym szaleńcem, samotnie zgłębiającym metafizykę narodu. Ale to akurat na pewno jest łatwe i przyjemne.

Lech, Czech i postplemiona
30 sierpnia 2017

Lech, Czech i postplemiona

Relacjonując dla „Polityki” tegoroczny Przystanek Woodstock, Ziemowit Szczerek pisał o spotkaniu „postmetali, postpunków, posthipisów i innych postsubkultur”. A dalej jeszcze notował pokojowe – by nie rzec: po prostu biesiadne – współegzystowanie ich przedstawicieli, zatopionych w gęstym sosie nostalgii za czasami, w których wszystko było prawdziwsze...