01 lutego 2018
warszawa
Warszawa, ul. Wierzbowa, widoczne restauracje: Adria, Ziemiańska i Oaza, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny / www.audiovis.nac.gov.pl

Będą bić, Abdul Bey!

Czas i duch są takie, że coraz częściej pojawiają się analogie do lat 30. XX wieku. Do rosnącego w siłę, a potem rozpychającego się bagnetem, faszyzmu i nazizmu. Do przywódców miotających populizmem. Do nastrojów nienawiści wobec innych. Do rozkwitającej na tych drożdżach megalomanii narodowej i nacjonalistycznej. Nawet nie próbuję wyrokować, czy szukanie tych podobieństw czegoś nas naucza, przed czymś realnie przestrzega i czy ostatecznie pozostanie tylko spekulacją – czy jednak zmieni się w potworny fakt.

Idzie mi raczej o pytanie, do jakich lat 30. się odwołujemy. Nie była to dekada – jak zresztą każda inna – jednolita. Wynaleziono wtedy nie tylko Adolfa Hitlera, ale też balon stratosferyczny. Wydarzyła się nie tylko okropna „noc kryształowa”, ale także samolot z Londynu do Warszawy przeleciał w rekordowym czasie 13 godzin. W kronikach filmowych zarejestrowano inwazję Włoch na Abisynię i zawody w takich konkurencjach, jak kolarstwo na rolkach czy podwodny boks. Popularne stały się brunatne mundury i kobieca bielizna, coraz odważniej pokazywana na wybiegach. Czytano zarówno Romana Dmowskiego i jego „Myśli nowoczesnego Polaka”, jak i „Megalomanię narodową” Jana Stanisława Bystronia. W Poznaniu powstała nowa dzielnica willowa, znana dzisiaj jako Stary Grunwald, podczas gdy w Łodzi strajkowało ponad 100 tysięcy robotnic i robotników.

To wszystko są lata 30. Do tej samej dekady nawiązują dwa uznane i popularne wydawnictwa płytowe: „Będą bić!” zespołu Hańba! oraz „Noc w wielkim mieście” Jazz Bandu Młynarski-Masecki. Pierwsze z nich ma, jak widać, dwa wykrzykniki – w tytule i nazwie – co jest adekwatną zapowiedzią zawartości. W dołączonej do płyty książeczce napisano, że „Nasz drugi album długogrający nagraliśmy zimą 1937 roku”, a akordeon, banjo, tuba i bęben oraz chropowate głosy tworzą surowe tło dla tego historycznego usytuowania. Skandowaniu słów towarzyszy szybki rytm, a ozdobników jest tyle, ile mchu na lodowcu. Zgoła odmienna jest płyta Jazz Bandu. Wysmakowane partie pianina otulono w eleganckie aranże klarnetów, saksofonu i perkusji. Wokalista podaje tekst z umiarem, zadowoleniem, najczęściej radośnie. I gdyby nie brzmiało to jak natrętny refren, to chciałoby się ponownie orzec: tak brzmiały lata 30., tymi dwoma radykalnie innymi rejestrami był wypełniona fonosfera tamtych czasów.

Ta różnica jest jeszcze dobitniejsza, gdy przyjrzymy się tekstom.

Czarna kawa, zastawa na dwoje nas

Rozmowa gotowa i flirt

Czarna kawa, zabawa, tak mija czas

Porywa nas życia wir!

To fokstrot „Czarna kawa” ze słowami Andrzeja Własta. Beztrosce, optymizmowi i zasadniczo radosnemu wirowi życia, w którym najważniejszy jest flirt, odpowiada Lucjan Szenwald w wierszu „Płać, chłopie!”:

Obszarnik trzyma ziemię,

Wywozi las na targ,

a nam podatków brzemię

biedacki zgina kark.

Nie mamy nóg czym obuć,

Na śniegu-ż będziem spać?

W innym fokstrocie, tym razem do słów Ludwika Sonnenscheina, mamy z kolei humorystyczny obrazek z życia pewnego muzułmańskiego księcia, tytułowego „Abdula Beya”:

Przysięga co chwilę na brodę Proroka

Zajada daktyla i buja w obłokach […]

Nie dorówna mu w mądrości żaden Giaur

On nie jeden już w miłości zdobył laur.

Być może owemu Abdulowi Beyowi odechciałoby się amorów – o delektowaniu się owocami egzotycznymi nie wspominając – gdyby zetknął się z realiami opisanymi przez Juliana Tuwima w „Żyda bić”:

Będą bić – panowie porucznicy

Będą bić – ich poplecznicy

Będą bić – chłopi, mieszczanie

Spokojnie panowie, na zmianę!

Na zmianę!

Egzotyczna fantazja o kochliwym beju zderza się tutaj z ponurą wizją relacji etnicznych, religijnych i rasowych późnej II Rzeczypospolitej. Ciekawe zresztą, że na płycie „Noc w wielkim mieście” pojawiają się obcy: Mister Brown (który „na Good bye ma dać whiskey oraz gin”), a także New York Baby (co „zjeździła cały świat dookoła”). To jednak persony godne zazdrości, żyjące z rozmachem, bogate i podziwiane. Ten fantazmat Ameryki i Amerykanów jako kraju i społeczeństwa z samego topu listy marzeń, okazuje się, jak widać, nadzwyczaj u nas trwały.

Wojna? Bardzo prosimy. Na to, jak na lato.

To już w nikim najmniejszej nie budzi obawy.

Tak pisał Jerzy Jurandot w utworze „Puste samoloty”. Ten sam Jurandot, ale już z repertuaru Jazz Bandu Młynarski-Masecki – w dodatku w tekście z 1937 roku, na który „datowała”, przypomnę, swoją płytę „Hańba!” – w piosence „Kącik marzeń” opowiada o jakże innych emocjach:

Są dni szare, beznadziejne i złe

Są dni takie, kiedy wszystko się rwie

Wtedy mi odmienia świat

Opromienia świat

Mały kącik marzeń w sercu mem.

Tak, z pewnością różne były w latach 30. „kąciki marzeń”. Jednym życie odmieniał dansing w „Perskim Oku”, innym policyjna pałka. Ktoś bawił się z przesympatycznym Mister Brownem, ktoś drżał przed windykatorem podatkowym. Dziwnym zbiegiem okoliczności muzycy Hańby! oraz zespół Jana Emila Młynarskiego i Marcina Maseckiego, zapewne bez wzajemnych inspiracji, nagrali płyty czerpiące z atmosfery polskich lat 30. I dopiero po wysłuchaniu ich obu mam wrażenie dotknięcia jakiejś specyfiki tamtego momentu historycznego. Ówczesnych różnic klasowych i struktur wrażliwości, stylów życia i stylów przeżycia.

Przy okazji rodzi się pytanie, w jaki sposób za siedem-osiem dekad pamiętana będzie druga dziesiątka lat naszego wieku? Zenek Martyniuk czy R.U.T.A.? Serial „Korona królów” czy „Artyści” Strzępki i Demirskiego? Przystanek Woodstock czy Festiwal Orle Gniazdo? Odpowiedź w dużej części będzie zależeć od tego, jak ją spuentujemy.

 

Pejotl, zen, antropologia
30 maja 2018

Pejotl, zen, antropologia

Rewolta roku 1968 roku polegała na tym właśnie, że dawne prawdy stawały się złudzeniami, a niegdysiejsze kanony igraszkami. Sporo napisano już o udziale polityków, aktywistów, artystów i studenckich liderów w próbie ustanawiania nowego porządku...

Bronię Musierowicz
15 maja 2018

Bronię Musierowicz

Nigdy nie myślałam, że będę bronić Poznania. Ani tym bardziej Małgorzaty Musierowicz. Jednak książka Marcina Kąckiego o Poznaniu jako „mieście grzechu” bardzo mnie do tego prowokuje.