alt

Czarodzieje z Nikiszowca

Wszystko zaczęło się w Paryżu w 1928 roku od wystawy „les peintres du coeur sacré” (malarzy gołębiego serca). Rok później – również w stolicy Francji – zorganizowano ekspozycję pod tytułem „Les peintres populaires de la Réalité” (ludowych malarzy Rzeczywistości). W ten sposób ruszyła lawina wykraczająca daleko poza Paryż – wystawa „Les mal très populaires de la Réalité” odwiedziła kolejno Brukselę, Londyn, Zurych i Nowy Jork. Obecnie największy festiwal sztuki naiwnej odbywa się, od 7 już lat, w Katowicach.

Art Naif Festival (trwający w tym roku od 13 czerwca do 14 sierpnia) to głównie dzieło Moniki Pacy, prezeski Fundacji Eko-Art Silesia. Mówi, że pokazuje sztukę, która „raduje serce i koi duszę”. W przestrzennych wnętrzach Galerii Szyb Wilson – największej w Polsce prywatnej galerii sztuki – i radości, i ukojenia jest aż nadto. Zgromadzone tam obrazy, rzeźby i instalacje są baśniowe, oniryczne, wysnute z marzeń, a kiedy indziej znowu dosadne i bezwstydnie dosłowne. Obrazy artystów z całego świata: od Polski przez Belgię, Izrael, Haiti, Kubę, Tanzanię, Burkina Faso… Duże wrażenie robią haitańskie krucyfiksy, czaszki oraz wizerunki zwierząt i ludzi, misternie wykonane z blachy uzyskanej z ogromnych beczek, w których przewozi się olej. Idiomem tegorocznego festiwalu są Bałkany, a więc ilościowo dominują prace z tego regionu.

Zaznaczyć wypada, że rozumienie pojęcia sztuki naiwnej od czasów Ksawerego Piwockiego, uległo redefinicji. Naiwność to dzisiaj najczęściej świadoma postawa twórcza, konsekwentna strategia artystyczna z własną logiką i znaczeniami. Idąca zwykle w poprzek akademickiej poprawności, za to wrażliwa na emocje i biografie swoich twórców. W pewien sposób alternatywna, a może i kontrkulturowa wobec artystycznego mainstreamu. „Aby przemówić do serc widzów – tłumaczy festiwalowy katalog – artysta musi zachować dziecięce spojrzenie i naiwność, łącząc je jednak z warsztatem dojrzałego twórcy”.

Jak to się stało, że sztuka naiwna znalazła swoją przystań w poprzemysłowej zonie Katowic? W jaki sposób udaje się zespołowi Fundacji Eko-Art Silesia gromadzić na wernisażowym otwarciu Art Naif Festival ponad 3 tysiące osób, wśród których są koneserzy sztuki z Australii i mieszkańcy familoków z Nikiszowca? Sekret tkwi w bardzo przemyślanej idei społecznej, której festiwal jest tylko elementem. Zaczęło się od zamienienia dawnych budynków kopalni Wieczorek na galerię sztuki współczesnej. Monika Paca przestała być prokuratorem, znalazła sojusznika w osobie Johanna Brosa, prezesa formu Pro Invest, i wspólną energię skierowali ku zdegradowanemu Nikiszowcowi. Dzielnica, znana dobrze z wielu śląskich filmów, była wtedy „złą dzielnicą”, gdzie pauperyzacja mieszkańców szła o lepsze z dewastowaniem zabytkowej substancji ceglanych budynków. Założono, że dobrym panaceum na nikiszowiecki regres może być sztuka, a konkretnie: sztuka naiwna. „To, co zabrał przemysł, sztuka musi odzyskać” – brzmiało ich hasło.

Początki były – jak łatwo się domyślić – trudne. Szybko jednak nieufność ustąpiła miejsca wzajemnemu zaangażowaniu. Miejscowi przestali włamywać się do siedziby galerii, galeria natomiast złożyła lokalnej społeczności ciekawą ofertę kulturalno-społeczną. Powstały grupy terapii zajęciowej, mieszkańcy Nikiszowca mogli za darmo oglądać wernisaże i wystawy, w centrum ich dzielnicy zainstalował się Art Jarmark. To plenerowa kulminacja całego festiwalu.

Podczas niedzielnego popołudnia zbierają się tam śląscy artyści – można spotkać nawet Erwina Sówkę! – rzemieślnicy, gra muzyka na żywo, można zjeść lody i wypić lemoniadę. Miałem okazję siedzieć z organizatorami przy zacienionym stoliku i doświadczyłem rzadkiego poczucia zadowolenia i jedności spotykanych tam ludzi. Uśmiechy, powitania –najwidoczniej spełnił się sen o rewitalizacji. Bez publicystycznych fanfarów, bez zgiełku ruchów miejskich, bez efektu gentryfikacji (przynajmniej na razie) dzielnicy, która nagle stała się modna i inna poprzez sztukę. Rozmawiałem z wieloma osobami zaangażowanymi w pracę przy festiwalu i Art Jarmarku. Ich głosy układały się w zwartą, pozytywną opowieść o tym, że się udało. Że sztuka pomogła odrodzić zdegradowaną część miasta, a kibicami tego procesu są chyba wszyscy zainteresowani, z księdzem lokalnej parafii włącznie.

Na koniec słowo o pozafestiwalowej codzienności Galerii Szyb Wilson. Można w niej zobaczyć prace wielu artystów śląskich, w tym słynnej Grupy Janowskiej. Ważne miejsce zajmują efekty prac twórców działających w warsztatach terapii zajęciowych. Zasadniczym celem galerii jest promowanie młodych, zaangażowanych społecznie artystów. Działalność wystawiennicza rozpoczęła się od ekspozycji pod tytułem „Druga zmiana”, dzięki której uznano galerię za największe kulturalne objawienie w 2000 roku w Polsce. Nie jest to jednak jedynie miejsce sztuki – w galerii organizuje się kolonie, półkolonie, różne kursy, korepetycje. I trudno wyrokować, co bardziej „raduje serce i koi duszę” zaangażowanych w to ludzi: sztuka naiwna czy nienaiwne podejście do życia.

{gallery}artnaiffest{/gallery}

fot. Waldemar Kuligowski

Bez dotacji, bez złudzeń: jubileusz festiwalu Ethno Port
02 czerwca 2017

Bez dotacji, bez złudzeń: jubileusz festiwalu Ethno Port

Już prawie 20 lat minęło od momentu, kiedy Steven Feld, nowojorski antropolog i muzyk, ogłosił na łamach „Public Culture” swoją diatrybę na world music. Tekst zatytułowany „A Sweet Lullaby for World Music” pomyślany był jako demaskatorskie śledztwo dotyczące tego, w jaki sposób nowy, globalny gatunek muzyczny zawłaszczony został (a wpierw wymyślony i wypromowany) przez kapitalistyczną logikę rynkową...

Dum-dum przeciw czechofilom
08 maja 2017

Dum-dum przeciw czechofilom

W drodze do pracy – tymczasowej, zaplanowanej zaledwie na tydzień, wymagającej jednak codziennego porannego wstawania i obwarowanej specjalnym kontraktem – a więc w drodze do miejsca tego tymczasowego zatrudnienia mijałem trzy punkty, które szybko połączyły się w mojej głowie w jedną, osobną od innych, opowieść...

Dziewczęta kontra postszlachta
24 kwietnia 2017

Dziewczęta kontra postszlachta

Zaraz, zaraz, to „rewolucja” nie została „prześniona”? Andrzej Leder pewnie nie uznałby powieści Platówny za kontrargument przeciwko swej tezie o braku narracyjnego przyswojenia początków naszego świata...