29 marca 2018
kilka-obcych-slow-po-polsku_fot.m.hueckel-8
fot. Magda Hueckel

Zapomniana fotografia

Marzec 1968 wtargnął na warszawskie sceny teatralne. Pięćdziesiąta rocznica brutalnie rozgromionych przez Milicję Obywatelską demonstracji studenckich i zainicjowana wówczas przymusowa emigracja osób pochodzenia żydowskiego stanowią dla Anny Smolar punkt wyjścia do rozważań o roli prywatnych opowieści w tworzeniu historii.

Korzystając z wywiadów przeprowadzonych przez Mike’a Urbaniaka z żydowskimi emigrantami 1968 roku, Michał Buszewicz stworzył tekst będący wielogłosową opowieścią-fantazją. Odnosi się w nim do tego, co współcześnie o Marcu powiedzieli ci, którzy wcześniej, przez wiele lat, milczeli. Ten temat, jeśli wierzyć doświadczeniom twórców, pomijany był nie tylko w sferze publicznej, ale również prywatnej. W programie do spektaklu dramaturg i reżyserka pytają: „Dlaczego rozmowa z rodzicami o przeszłości jest czymś, na co tak trudno się odważyć?”. Właśnie rozmowa jest w „Kilku obcych słowach po polsku” słowem-kluczem, odmienianym przez wszystkie przypadki. Smolar nie próbuje zrekonstruować rozmów, które mogły się wtedy odbyć, choć każe robić to postaciom dzieci emigrantów. Reżyserka, ujmując je w ironiczny nawias, zamiast o ich przebieg pyta raczej o samo wydarzenie, potrzebę zrozumienia jego przyczyn i powody usunięcia go z pamięci kolektywnej Polaków. Oglądamy więc przedstawienie tworzone przez dzieci emigrantów, podejmujących próbę opowiedzenia o tym, co wydarzyło się kiedyś. Słuchamy rozmów tych, którzy wyjechali w 1968 roku, ich dzieci i wnuków. Ale także tych, którzy do ich wyjazdu się przyczynili. I całego pokolenia, które nauczyło się od nich antysemityzmu, nawet jeśli Marzec ’68 jest dla nich tylko wzmianką i kilkoma fotografiami w podręczniku do historii. Smolar stara się uwzględniać wiedzę i punkt widzenia każdej ze stron. Pytanie: „co by powiedziała moja mama?” powraca jak echo. Czy to słowa samej reżyserki? Czy to jej pamięć i doświadczenie stanowią źródło obrazów, które oglądamy?

Hannah Arendt pisała o tworzeniu historii jako snuciu opowieści. Sceniczna opowieść o Marcu tnie się, urywa, a przeszłość staje się przedmiotem domysłów, rodzajem fikcji. Wskazanie tego faktu pozwala uchronić przeszłość przed manipulowaniem jej sensami. Pozwala na myślenie o niej wieloznacznie, wieloaspektowo, a nie liniowo, jakby była ciągiem przyczyn i skutków. Rozmowa uniemożliwia jej rozmycie, wyblaknięcie, znikanie. Jak długo zastanawiamy się nad tym, co się wydarzyło i co zostało przemilczane – tak długo będziemy w stanie chronić się przed niechęcią wobec inności. Atmosfera i nastroje społeczne roku 1968 mogą się wydawać podobne do tych, które dziś panują w sferze publicznej. Co powinniśmy zrobić, by o 2018 za pięćdziesiąt lat myślano inaczej, niż o 1968?

W jednej ze scen spektaklu oglądamy Joannę Szurmiej-Rzączyńską. Na pierwszym poziomie swojej scenicznej obecności opowiada ona o tym, że gra żydowskie dziecko i – jednocześnie – jego matkę. Ale to nie ostatni z poziomów „wcieleń” – matka została bowiem nawiedzona przez dybuka Idy Kamińskiej – słynnej żydowskiej aktorki, patronki Teatru Żydowskiego. Szurmiej-Rzączyńska mówi o dziwnych snach, przeczuciach, o niepokoju. Nie wiemy, która z postaci mówi przez aktorkę w danym momencie. Styl śpiewogry sprawia dodatkowo, że tragiczna opowieść o przymusowej emigracji przestaje być tylko wołaniem o sprawiedliwość i przywrócenie widzialności społecznej. Przekształca się w namysł nad tym, czyim głosem mówimy i czyje racje wyrażamy. Cel jest klarowny. Chodzi o zbudowanie alternatywnej wersji historii – nie po to, by zapomnieć o przeszłości, ale żeby wywołać refleksję nad tym, co można zrobić, by tragedia się nie powtórzyła. Jak mówić wprost, a nie tylko coś sugerować? Granica pomiędzy tymi dwoma sposobami werbalnej ekspresji jest cienka. Niestety Smolar tylko o niej wspomina, nie dążąc do uwrażliwienia widza na to, gdzie ona faktycznie przebiega.

O „Kilku obcych słowach po polsku” można myśleć jak o projekcie, który ma przypomnieć o społecznych traumach (jaką okazuje się Marzec ’68) i na nowo nauczyć nas empatii. To podejście jest jednak naiwne i życzeniowe. Artyści próbują artykułować pojedyncze, jednostkowe racje w poetycki, a jednocześnie dosadny sposób. Dążą do wytworzenia pola różnorodności i wielości przeciwko unifikującej jedności: racji, narracji, wyobrażeń. Poetyckość przejawia się w sposobie obrazowania świata, dosadność – w radykalnym dążeniu do odnalezienia prawdy o sobie samym. Aktorzy diagnozują rzeczywistość, mówiąc o „traceniu zaufania do historii”, o tym, że „nic nie zostało zrozumiane”. A opowiadając o przeszłości – o „anulowaniu Polski” czy „urządzaniu sobie życia w dziurze”. Właśnie w metaforach, w słowach odsłaniających sposoby myślenia i przeżywania świata, prywatne spotyka się z tym, co społeczne.

Jednym z metaforycznych obrazów jest scena kolacji, w której pojawia się próba pozowania do wspólnej fotografii. Stoły, przy których siedzą aktorzy, są od siebie oddalone (na żydowskim weselu też zawsze były dwa stoły – jeden dla kobiet, drugi dla mężczyzn). Te dwa stoły reprezentują różne reakcje na działania władzy w 1968 roku – zwolenników asymilacji oraz emigracji. Czy pozując do zdjęcia, możemy ponownie się zjednoczyć? Czy jesteśmy w stanie uśmiechnąć się i zapomnieć o różnicach? Jak uniknąć nakładania masek ofiar lub radykałów? A może – przeciwnie – mamy prawo nie pozować do zdjęcia? Nie pozwolić, by nas zapamiętano, dać się wymazać?

Smolar portretuje poszczególne postaci swojego spektaklu, eksponując poczucie inności, które jest składnikiem ich tożsamości. Dzieci emigrantów chcą wierzyć w istnienie w żydowskiej wspólnocie kogoś, kto nie zgodzi się z proponowanym przez większość rozwiązaniem i pozostanie wierny swoim wyborom i przekonaniom. Dlatego też konflikt: zostać czy wyjechać z Polski stanowi w przedstawieniu zarówno punkt wyjścia, jak i dojścia.

Podobnie jak w bydgoskim „Dybuku” czy krakowskim „Kopciuszku”, Smolar sięga po narzędzia psychologiczne i psychoanalityczne, żeby zdiagnozować problem społeczny. Niestety aktorom nie udaje się skonstruować wyrazistych postaci, co sprawia, że indywidualny rys przedstawienia pozostaje czysto deklaratywny. Choć twórcy podkreślają w programie, że to osobista wypowiedź samej reżyserki, „Kilka obcych słów po polsku” pozostaje tylko wykładem performatywnym. To ciekawa i ważna prezentacja jednego ze sposobów myślenia o Marcu ’68 i historii. Wydaje się jednak nieskuteczna jako próba przywrócenia społecznego potencjału indywidualnemu gestowi opowiadania. Brak gwałtownego zerwania, radykalnego zaprzeczenia czy unieważnienia obrazu scenicznego neguje wyjściową tezę spektaklu – że są rzeczy, których nie da się opowiedzieć. Niezwykle efektowne sceny taneczno-muzyczne, których autorem (i jednocześnie prowadzącym wykonawcą) jest Paweł Sakowicz, pokazują jedynie brak reżyserskiego dystansu wobec poruszanego tematu. Choreografie czynią poszczególne opowieści tylko bardziej atrakcyjnymi zamiast je „ożywiać”. Niepewne są też status i ton piosenki karaoke o asymilacji – czy to oznaka przepracowania tematu, czy jego wyparcia? Czy polskie społeczeństwo potrafi to ocenić?

Wykład, by był skuteczny, musi być zrozumiały i czytelny. Dlatego w spektaklu Anny Smolar słyszymy niewiele obcych słów. Jak zaaranżować zdjęcie, by historia przedstawionych na niej ludzi przemówiła do nas? Gdzie postawić kropkę, a gdzie znak zapytania, by historia nie została zapomniana albo przekłamana? Czas zacząć wnikliwie wpatrywać się w przeszłość i uważnie słuchać jej świadków – lecz nie po to, by tworzyć kolejne skostniałe archiwa, ale by mnożyć hipotezy i otwierać znaczenia podjętych w przeszłości decyzji i działań. Może wtedy uda się wyleczyć nas ze strachu i nienawiści.

 

„Kilka obcych słów po polsku”
reżyseria: Anna Smolar
tekst i dramaturgia: Michał Buszewicz
scenografia: Anna Met
kostiumy: Marta Kuliga
muzyka: Jan Duszyński
światła i wideo: Rafał Paradowski
montaż wideo: Rafał Listopad
choreografia: Paweł Sakowicz
Teatr Żydowski im Estery Rachel i Idy Kamińskiej, Centrum Kultury Jidysz we współpracy z Teatrem Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie

prapremiera: 10.03.2018

 

 

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...