13 września 2016
alt
Fot. Magda Hueckel

Zakłamana hołota

Pierwsza w tym sezonie premiera Teatru Polskiego w Poznaniu rozczarowuje. Trzeba dużego wyczucia przy portretowaniu na scenie skażonych środowisk i zdegenerowanych ludzi, aby ich dramaty nie stały się dla widzów odległe, odpychające lub po prostu obojętne.

Grażyna Kania podjęła się wystawienia pochodzacej z lat 60. ubiegłego wieku sztuki Martina Sperra „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”. Mechanizm zła oraz lawina nieszczęść uruchomione zostają w przedstawieniu przez plotkę dotycząca Abrama (Piotr B. Dąbrowski). Mieszkańcy jego wsi, niby dyskretnie, wyjawiają w prowadzonych rozmowach, jakoby mieszkający u miejscowej wdowy mężczyzna miał homoseksualne skłonności. W dodatku uchodzący za przybysza Abram nie okazuje się dostatecznie obcy – we wsi mieszka też jego matka, Barbara (Teresa Kwiatkowska). Pierwsza scena, w której stojący w jednym rzędzie sąsiedzi jawnie (w zawieranym sojuszu) i symbolicznie pozbywają się stojącego z tyłu, niechcianego intruza, mówi jednak przede wszystkim to, co wiemy już nie od dzisiaj – że w małych, zamkniętych społecznościach prywatność nie istnieje. Tę myśl w trakcie całego przedstawienia podtrzymywać będzie scenografia, która zbudowana z wysokich, blaszanych ścian i pozbawiona jakiegokolwiek wyjścia, zamyka aktorów w jednej, wspólnej przestrzeni.

W miarę rozwoju akcji coraz więcej dowiadujemy się o bohaterze. Już w drugiej scenie potwierdzają się spekulacje miejscowych: Barbara występuje przeciwko Abramowi i próbuje zmusić go do opuszczenia wsi. Wypowiada pełne wyrzutów i upokorzeń słowa, w których bezlitośnie mu złorzeczy. Bohater ma jednak jeszcze dziewczynę, Tonkę (debiutująca na scenie Polskiego Anna Biernacik), jedyną osobę, która początkowo staje w jego obronie. Ostatecznie ich związek także nie będzie dawał im schronienia, gdyż dziewczyna sama zmaga się z dręczącymi ją problemami, a on nie potrafi jej pomóc ani nawet wysłuchać.

Kolejne – ponumerowane od 1 do 15 – sceny tego spektaklu toczą się w jednostajnym rytmie następujących po sobie przepychanek, kłótni i oskarżeń. Reżyserka często ustawia aktorów w szeregu, każąc im prowadzić dialogi bez wzajemnego kontaktu wzrokowego, a bezpośrednio do publiczności. Po pewnym czasie staje się to nużące. Uwagę widzów przyciągają jednak kolejne wydarzenia, nie skupiające się jedynie na Abramie. Wiwisekcji poddana jest cała lokalna społeczność, składająca się w większości z pracowników miejscowej rzeźni. Mimo wspólnej pracy, bohaterowie ci nie wytwarzają żadnych więzi opartych na pozytywnych relacjach, jednoczą się tylko w obliczu wspólnego wroga – odmieńca uznawanego za zagrożenie. Po pracy wracają do równie toksycznych domów, gdzie pogrążają się w nałogu lub samotności. Uwagę przykuwa szczególnie dom wdowy (Ewa Szumska), w którym mieszkają najważniejsi bohaterowie „Scen myśliwskich…”: Abram, Volker (Piotr Kaźmierczak, grający tę postać na zmianę z Jakubem Papugą) – kulawy parobek, będący równocześnie kochankiem kobiety – oraz jej niepełnosprawny (lub tylko za takiego uważany) syn, Rovo (Konrad Cichoń). Akcja nabiera przyspieszenia, gdy dochodzi do spotkania, podczas którego następuje moment szczerości i zbliżenia pomiędzy Rovo a Abramem – dwoma „odmieńcami” wypychanymi poza wspólnotę, uważającą ich za gorszych i szkodliwych. Obaj skończą tragicznie – Rovo, w obliczu odrzucenia przez najbliższych, popełni samobójstwo, a poszukiwany niczym zwierzyna łowna Abram zostanie zlinczowany i zastrzelony.

Sąsiedzi nie podejmują trudu tropienia Abrama z powodu rzekomej, drażniącej ich, odmiennej seksualności, a z powodu zabójstwa, którego dokonał po kłótni z ciężarną Tonką, śmiertelnie godząc ją nożem. To nagromadzenie mocnych, dramatycznych wydarzeń scenicznych okazuje się jednak pułapką. W „Scenach myśliwskich...” mamy ich całą listę: niechciana ciąża, samobójstwo, zabójstwo, lincz, próby gwałtu, publiczne upokarzanie i wyśmiewanie, przemoc domowa… Trudno nie odnieść wrażenia nadmiaru, zwłaszcza że aktorzy – bez wyjątku – grają w sposób krzykliwy, chropowaty, bez półcieni. W tym kontekście nieliczne próby wysubtelnienia spektaklu (np. przez dobrą reżyserię świateł) spełzają na niczym; tym bardziej że muzyka również nadmiernie podkreśla dramatyzm prezentacji, przejmując uwagę widzów.

Jedyna postać mniej oczywista w scenicznych zachowaniach i reakcjach, a dzięki temu bardziej skomplikowana, to grana przez Szumską Maria. Jej mąż, który nie wrócił z wojny, uznawany jest za zaginionego. Samotna kobieta próbuje zadowolić wszystkich; zmienia fronty i stara się nikogo nie skrzywdzić. By przetrwać, musi sprzymierzać się z silniejszymi. To ona nazywa mieszkańców wioski „zakłamaną hołotą”, czym ujawnia większą niż inni samoświadomość. Niestety nie jest w stanie ochronić przed przemocą ani Abrama, ani nawet własnego syna, na którym wyładowuje wzbierającą agresję.

W tragicznych losach bohaterów „Scen myśliwskich z Dolnej Bawarii” Grażyna Kania prezentuje społeczność, w której można być tylko prześladującym albo prześladowanym. Jej inscenizacji brakuje niestety subtelności i zróżnicowania ciężaru użytych środków. W scenie leśnego polowania na Abrama przypomniał mi się nieudany, wystawiony na tej samej scenie „Pomórnik. Kryminał ekologiczny” na podstawie prozy Olgi Tokarczuk, wyreżyserowany przez Emilię Sadowską. Choć przedstawienie Kani nie drażni przynajmniej groteskowością, dzieli z „Pomórnikiem” podobny zestaw wad. Reżyserka w dwóch ostatnich scenach próbuje złagodzić nastrój i zmienia estetykę przedstawienia. Zabiegi te pojawiają się jednak zbyt późno i ogólnego, nie najlepszego wrażenia nie zmieniają nawet filozoficznie gorzkie i ironiczne kwestie wypowiadane przez Kostucha (Andrzej Szubski). Odśpiewana w finale chóralna pieśń nie pozwala już spojrzeć inaczej – bardziej wyrozumiale i empatycznie – na zakłamaną hołotę z Dolnej Bawarii.
Przeczytaj także polemikę do recenzji Mateusza Miesiąca: „Nie miało być miło”.

Martin Sperr, „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii”
reżyseria: Grażyna Kania
przekład: Sława Lisiecka
scenografia i kostiumy: Sabine Mader
muzyka: Dominik Strycharski
Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 2.09.2016

 

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...