Zagubiony -izm modernizmu: alkoholizm

Opowiada się o tym w skrajnie różnych optykach. Z jednej strony, mamy więc opowieści o wzlotach umysłu, rozszerzaniu wyobraźni, bohemie, artystach, twórczych szaleństwach i opętaniu przez natchnienie. Z drugiej natomiast, to raczej zaciskająca się pętla nerwic, lęków, samotności, rozpadu osobowości i degeneracji ciała. Alkohol w kulturze. Nie wśród gwiazd sączących wyrafinowane drinki, ale w społeczeństwie takim, jak nasze. Albo bardzo podobnym, bo słowackim.

W Słowackiej Galerii Narodowej Petra Hanáková przygotowała wystawę pod tytułem „Płynna muza. Alkohol i kultura wizualna”. Powiedzmy od razu, że starła się z materią trudną, bo chciała wykroczyć poza wspomniane już koleiny narracji o piciu alkoholu. Dodatkową komplikacją była rama „kultury wizualnej”, bo czy w ogóle ta perspektywa ma sens większy niż fajerwerkowy?
„Historia alkoholowych inspiracji oraz intoksykacji w XX wieku nie jest celem tej wystawy – przestrzegała Hanáková. – Zajmujemy się przecież modernizmem, ostatnio prezentując słowacki impresjonizm. Naszą kulturę tworzą jednak także inne -izmy, a jednym z nich jest alkoholizm. I to on właśnie, ze względu na swoją wszechobecność, nie może zostać zignorowany”. Skoro znamy już punkt wyjścia, zapytajmy o realizację.

Wystawę inicjują dwie prace. Najpierw jest polichromowana rzeźba ludowa przedstawiająca mężczyznę ze szklanką alkoholu i towarzyszących mu grajków: szkielet ze skrzypcami oraz diabła grającego na dudach („Obraz upadku”, XIX wiek). Kontrapunktem jest konceptualny obiekt w postaci szklanki stojącej na białym, surowym blacie i do połowy wypełnionej wodą (Julius Koller, „Szklanka czystej wody”, 1964). Dalej cykl obrazów: „Digitalna kultura”, „Dyskoteka”, „Karczma” (Richard Rohać), na których bliskość fizyczna ludzi nie przekłada się na bliskość emocjonalną. Choć siedzą obok siebie, to ich uwagę zaprzątają na przemian albo smartfony, albo kufle z piwem. W kolejnej sali: „Pub art”, czyli popisane książki i albumy, na których niewprawne ręce przekształciły pielęgniarkę w zombie, dodały postaciom dymki z wulgarnymi myślami, dorysowały penisy na fasadzie Słowackiej Galerii Narodowej. Całość przykryta blatem szkła, wspartego na kieliszkach. Kolejna odsłona wystawy to cykl powstających przez wiele lat fotografii Antona Podstraský’ego. Ten niezależny fotograf dokumentował prawdziwe oblicze „realnego socjalizmu”, widzianego zwłaszcza przez pryzmat zachowań okołoalkoholowych. Serie jego zdjęć noszą wymowne tytuły: „Restauracja Krywań”, „Hotel Krym”, „Piwiarnia Budvar”. Śpiący na stołach ludzie, wykrzywione twarze, zadarte spódnice, brzydota bezzębnych dziąseł są elementami tego świata, którego dokumentalista sam często był „pod wpływem”. Wreszcie „Zasłona ostatecznego rozstania z samym sobą” Juliusa Kollera (2005–2014) – monumentalna praca zbudowana z metalowych części puszek od alkoholowych drinków, dokument drogi do zapicia się na śmierć, ale także chyba materializacja lęku przed takim właśnie scenariuszem.

Zamierzeniem „Płynnej muzy” było rozpoznanie tematyki alkoholowej w kulturze wizualnej. Stąd różne środku wyrazu, z dominującą fotografią, różne style i artystyczne cele. W malarstwie stały okazał się topos melancholii i smutku, rozpoznawanych przez Mikuláša Galandę jako cechy słowackiego ducha. To także melancholią przesycone portrety i krajobrazy (Miloš Alexander Bazovský), a nade wszystko sceny rodzajowe z alkoholem w tle, w których wcale nie on jest głównym bohaterem – to po prostu obrazy codziennego życia mężczyzn i kobiet. Życia, dodajmy, które dla odmiennych płci miało znaczący inny wymiar. Znów klasyczny obraz Galandy „W karczmie” z 1927 roku: dwóch mężczyzn pije alkohol, a w ciemnym tle, przy wejściu do karczmy, stoi kobieta. Należy ten obraz potraktować emblematycznie, bo postać kobiety we wnętrzu karczmy była w kulturze tradycyjnej Słowacji czymś absolutnie nie na miejscu. Ikonografia zna tylko dwa wyjątki od tej kulturowej reguły. Po pierwsze, kobiety „upadłe” lub zagubione („Potępiona” Konštantína Bauera z 1927 roku), tracące w męskim świecie godność. Po drugie, zdesperowane żony i matki, usiłujące wyrwać swoich mężów z karczmy, często otoczone dziećmi, przerażonymi tym, co przyszło im oglądać.

Wystawa skutecznie polemizuje z dominującym przekonaniem, jakoby karczma i alkoholizm były właściwe tylko kulturze wiejskiej (ale nie rustykalnej, oczywiście). Słowacki modernizm zepchnął te wątki do nurtu plebejskiego, przesłaniając tym samym fakt, że artyści urodzeni w pierwszej połowie XX wieku umieścili „płynną muzę” w środowisku miejskim, w kawiarniach, winiarniach, wśród bohemy. Inna sprawa, że już w latach 50. ubiegłego wieku te cyganeryjne kawiarnie świeciły pustkami. Znów zwyciężyła melancholia (Ferdynand Hložnik). Dzisiaj warunki są znowu odmienne. O ile socjalizm promował edukację antyalkoholową, niwelując właściwie całkowicie jego reklamę, o tyle kapitalizm odwrócił priorytety: reklamy wyrobów alkoholowych zawojowały miejską ikonosferę, nie pozostawiając miejsca dla krucjat trzeźwościowych. Era kultury globalnej doprowadziła ponadto do zglobalizowania alkoholu i alkoholizmu. Wystawa podejmuje w tym kontekście próbę ocalenia lokalnych tradycji, przypominając, że Słowacy nie zawsze pili tylko czeskie piwa, rosyjską wódkę, szkocką whisky czy „lidlowskie” wina z Nowego Świata. Na szklanych półkach prężą się zatem różnokształtne butelki borovićki, śliwowicy i rumu. Paradoks polega na tym, że w galeryjnym barze dominuje globalizacja jako kąśliwy komentarz do tej części wystawy.

Ostatnim elementem „Płynnej muzy” są fragmenty filmów. Alkoholowe wątki są bowiem ważnym toposem dla słowackiej kinematografii. Karczma i osoby pijące alkohol pojawiają się tak często, gdyż były – powtórzmy – stałą i normalną częścią codziennego życia. W epoce przedmedialnej to właśnie karczma pełniła funkcję instytucji socjalizacyjnej, była miejscem spotkań i rozrywki, przekazywania informacji, dobijania interesów. Dlatego sekcję „Słowackiej karczmy filmowej” rozpoczyna „Janosik” (Martin Frič, 1935). W towarzyszących wystawie cotygodniowych projekcjach wybory nie są już tak oczywiste, sięga się na przykład po filmy o „płynnej, niestałej, wolnej strukturze”.

Tak szerokie pole wizualnych rozpoznań – od sztuki ludowej, poprzez wszystkie bodaj style modernizmu, fotografię dokumentalną, film fabularny, do sztuki użytkowej i reklamowej – jest na pewno imponujące. Zakreśla obszar wcześniej nie objęty, fragmentarycznie jedynie przeczuwany. I jakkolwiek konkluzja ta może się wydawać trywialna, to z nią właśnie przychodzi na koniec się zmierzyć: jak mogłaby wyglądać podobnie pomyślana koncepcja „Płynnej muzy” w odniesieniu do polskiego modernizmu i naszych XX-wiecznych sztuk wizualnych?

„Tekutá múza. Alkohol a vizuálna kultura”
kurator: Petra Hanáková
Slovenská Národná Galeria
6.03. – 31.05.2015

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...

Ballady i romanse
05 grudnia 2018

Ballady i romanse

Jest w debiucie reżyserskim Bradleya Coopera scena, w której gwiazdor rocka po kilku głębszych traci grunt pod nogami i ląduje na trawniku. „Czuję, że przechodziliśmy już przez to” – mówi jego przyjaciel, na co ten odpowiada, że „miewał lepsze dni”...