ossolineum

Zagubione ogniwa kanonu

Waldemar Kuligowski: W końcu 2015 roku objął Pan funkcję redaktora naczelnego Wydawnictwa Ossolineum. Nie każdemu poecie towarzyszą przecież takie ambicje, nie każdy śni o takim zakresie działania. Ossolineum to przecież symbol, a zatem i ciężar.
Dariusz Sośnicki: To nie była kwestia ambicji. Od dwudziestu kilku lat pracuję w wydawnictwach, to mój zawód. Jeszcze jako student zatrudniłem się u Kurpisza, w Poznaniu, gdzie między innymi z Mariuszem Grzebalskim tworzyliśmy dwutygodnik literacki „Nowy Nurt”. Potem, wciąż w Poznaniu, pracowałem w jednej z oficyn edukacyjnych, a od 2005 przez prawie dziewięć lat w Wydawnictwie W.A.B. w Warszawie. Niedługo po włączeniu W.A.B. do Grupy Wydawniczej Foksal rozwiązałem umowę, wyjechałem na stypendium do Austrii i skupiłem się na pracy literackiej. Ale, szczerze mówiąc, nawet wtedy utrzymywałem zawodowe kontakty z wydawnictwami. Tak więc powrót na etat, tym razem w Ossolineum, we Wrocławiu, nie był wielką zmianą. Owszem, trzeba było znowu się przeprowadzić, ale do tego przywykłem tak samo jak do pracy na etacie.

Nie zadrżała Panu ręka? Ossolineum z tą tradycją, z wielkimi nazwiskami redaktorów…
Dostałem szansę pracy przy czymś wyjątkowym, bo tylko tak można nazwać próbę przywrócenia Wydawnictwu Ossolineum należnego mu miejsca w polskim życiu intelektualnym i wydawniczym. W takich sytuacjach należy opanować drżenie rąk.

A co wcześniej przydarzyło marce Ossolineum? Seria Biblioteka Narodowa jest wszak kanoniczna, dla studentów obowiązkowa, skąd zatem ten kryzys?
Historia wydawnictwa jest długa i chyba dość dobrze znana. Może warto tylko powiedzieć, że po II wojnie światowej Wydawnictwo i Biblioteka Ossolineum zostały rozdzielone. Przez lata funkcjonowały niezalenie, choć obie w strukturach Polskiej Akademii Nauk. Po roku 1989 wydawnictwo musiało się zmierzyć z realiami wolnego rynku. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęto starania o przywrócenie Ossolineum historycznego kształtu. Odbyło się to w kilku etapach, ostatnim były likwidacja spółki wydawniczej i wznowienie działalności wydawnictwach w strukturach fundacji Zakład Narodowy im. Ossolińskich.

Domyślam się, że początki nie były najprostsze…
Jeśli pyta pan o początki mojej pracy w wydawnictwie, to mogę powiedzieć, że były proste i nieproste zarazem. Z jednej strony sytuacja prawna i ekonomiczna wydawnictwa została w zasadzie uregulowana, a to przecież fundament, bez którego praca jest po prostu niemożliwa. Z drugiej – tej pracy było i jest bardzo dużo, i jest trudna. Od programowej, przez organizacyjną, po codzienną, nad konkretnymi książkami. Trzeba przecież te książki wybrać, kupić do nich prawa, tytuły obcojęzyczne przetłumaczyć, wszystkie zredagować, wypromować i w końcu sprzedać. I trzeba to zrobić na poziomie, do którego zobowiązuje marka Ossolineum.

Pana pomysłem było wprowadzenie nowych serii: Z Kraju i ze Świata, Sztuka Czytania, Na Jeden Temat, Osso Wczoraj i Dziś. To znacząca reorientacja.
Nie mówmy, co jest czyim pomysłem. Ossolineum to instytucja, w której indywidualne ambicje i zasługi schodzą na dalszy plan. Chcieliśmy, by wydawnictwo wróciło nie tylko na rynek książki, ale także do polskiego życia intelektualnego. By nasze książki były czytane, recenzowane, dyskutowane i by wywierały wpływ na polską kulturę literacką. Nie wydajemy wiele, dlatego zależy nam, by żadna z książek nie przeszła bez echa. Staranie wybieramy tytuły do każdej serii i solidnie nad nimi pracujemy.

W dotąd wydanych tytułach serii Z Kraju i ze Świata widzę przewagę autorów z kręgu niemieckojęzycznego. To efekt pobytu na stypendium w Austrii?
Nie, tak się po prostu złożyło. Te książki niemal idealnie spełniają kryteria naszej serii prozatorskiej.

Piszecie: „Lekkość, szybkość, dokładność, przejrzystość, wielorakość, zwartość – te cechy Italo Calvino uważał za kluczowe dla literatury XXI wieku. Mówiąc o lekkości, nie miał, rzecz jasna, na myśli beztroski. Z Kraju i ze Świata to seria prezentująca ambitną prozę współczesną, polską i tłumaczoną, która pozostaje w zgodzie z tym kodeksem”. Opisy wszystkich serii są podobnie uszczegółowione. Czy nie rodzi to problemów ze znalezieniem korespondujących z nimi pozycji?
Rygory zmuszają do wysiłku, ale też wzmagają inwencję – to po pierwsze. Po drugie – wysiłek się opłaci, bo wyraziste serie szybko angażują odbiorców i mają własną recepcję, trochę niezależną od recepcji poszczególnych tomów.

Właśnie. Nowe otwarcie Ossolineum to na razie tylko epizodzik w historii tej instytucji, ale jakie są te pierwsze reakcje?
No cóż, dobre. Recenzji jest bardzo dużo, bywają entuzjastyczne. Tom Christine Lavant, znanej dotąd w Polsce jedynie z kilkudziesięciu wierszy, dość powszechnie uznano za wydarzenie. Niektórzy pisali o odkryciu nieznanego arcydzieła. Książkę przetłumaczyła dla nas Małgorzata Łukasiewicz.

Pozytywne oceny zbiera także „Koala” Lukasa Bärfussa.
Na ubiegłorocznym Festiwalu Conrada bohaterkami dwóch spotkań były nasze książki. Właśnie „Zapiski z domu wariatów” Lavant i „Koala” Bärfussa. Bärfuss przyjechał zresztą z tej okazji do Polski. Warto pamiętać, że mówimy o jednym z dwudziestu najlepszych festiwali literackich na świecie.

Co zatem dalej?
W tym roku mamy dwie książki tłumaczone z języka angielskiego. Autorzy nie byli dotąd wydawani w Polsce. Zamykamy właśnie katalog na drugi, trzeci i czwarty kwartał tego roku, pojawimy się z nim na targach książki w Warszawie i wtedy wszystko stanie się jasne.

A co z polską prozą?
Myślimy o niej, ale nie chcemy podejmować pochopnych decyzji. Od pierwszej książki bardzo wiele zależy. W tej chwili najważniejsze jest umocnienie tego, co już istnieje.

Bardzo ciekawa jest seria Na Jeden Temat, w ramach której ukazują się bieżące prace doktorskie.
Ale nie wszystkie, rzecz jasna. I nie w skali jeden do jeden. Szukamy doktoratów poświęconych mniej znanym zjawiskom z historii polskiej kultury, napisanych tak, by mogły zainteresować czytelników spoza akademii. Potem wspólnie z autorką czy autorem opracowujemy na tej podstawie książkę. Dotychczas wydaliśmy brawurowy tom „Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie” Dominiki Skiby i książkę Agaty Szydłowskiej o polskiej historii najnowszej widzianej z perspektywy typografii, „Od solidarycy do TypoPolo”. Lada moment ukaże się rzecz o Stefanie Grabińskim, prekursorze nowoczesnej literatury grozy w Polsce – to na podstawie świetnego doktoratu Joanny Majewskiej.

Jak dokonujecie selekcji? Corocznie w Polsce broni się przecież kilkaset prac doktorskich.
Przeglądamy regularnie bazy takich prac. Jeśli opis i recenzje nas zainteresują, kontaktujemy się z autorem albo autorką. Potem czytamy.

Czy autor poza splendorem opublikowania książki w szacownym Ossolineum otrzymuje też honorarium?
Tak. Jesteśmy profesjonalnym wydawnictwem, podpisujemy umowy i płacimy honoraria.

Co dzieje się z serią najbardziej klasyczną, czyli z Biblioteką Narodową?
Ma się dobrze. Od 2013 roku regularnie ukazują się nowe tomy, zwykle pięć rocznie. Ostatnio wydaliśmy między innymi wybory poezji Szymborskiej i Różewicza. Seria ma redaktora i radę naukową, a finansowana jest przez MKiDN. Pod względem edytorskim też wygląda coraz lepiej.

A czy dzieje się tak, że na drożdżach uznania dla nowych serii wyrasta na nowo pozycja Biblioteki Narodowej?
Nie przesadzajmy, to nowe serie korzystają ze sławy Biblioteki Narodowej i Ossolineum. Oczywiście przyciągają do nas nowych czytelników, i to cieszy. Najważniejsze, że cała oferta wydawnictwa, z jednej strony, nawiązuje do znakomitej przeszłości oficyny, z drugiej – bierze udział we współczesnym życiu literackim czy szerzej – intelektualnym. Wiemy, skąd przyszliśmy, ale wiemy też, na jakim świecie żyjemy.

W opisie serii Z Kraju i ze Świata uderzające jest fraza: „Wiemy, kto dostał ostatnio ważną nagrodę literacką, czytamy także listy bestsellerów, ale nie ulegamy rankingom i modzie. Z literatury światowej wybieramy książki niekoniecznie bardzo głośne, ale znakomite, cieszące się uznaniem znawców i pisarzy”. Nie wierzy Pan w nagrody literackie i tworzone przez nie hierarchie?
Nagrody literackie i duże nakłady to niezbywalny element rynku książki. My tego rynku nie lekceważymy, to byłoby samobójstwo, ale jako wydawnictwo niekomercyjne, poniekąd misyjne, nie możemy i nie chcemy być po prostu wypadkową sił rynkowych. Szukamy w literaturze wartości artystycznych i intelektualnych, jeśli rynek podziela nasze zdanie, to jest nam miło. Zdanie z opisu serii, które pan zacytował, jest dłuższe, kończy je fraza: „często wywierające istotny wpływ na tradycję literacką swojego języka”. I to jest może najważniejsze. O sile powieści, opowiadań czy wierszy stanowią nie nagrody i nakłady, ale wpływ, jaki wywierają na kolejne powieści, opowiadania czy wiersze. Przede wszystkim w swoim języku. Często to drugie życie – bo chyba można nazwać to życiem – jest z rynkowego punktu widzenia bardziej spektakularne. Książka Alexandra Klugego „Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945”, która zainaugurowała naszą serię prozatorską, rzecz estetycznie – i moralnie – radykalna, stała się tak naprawdę znana dopiero dzięki Sebaldowi. Nie tylko dlatego, że ten przywołał ją w „Wojnie powietrznej i literaturze”. Proszę porównać „Nalot…” z którymś z najgłośniejszych utworów Sebalda, wpływ widoczny jest gołym okiem. Nieco podobnie jest z Christine Lavant, którą uważnie czytali między innymi Thomas Bernhard i Elfriede Jelinek. Można powiedzieć, że nasze książki prozatorskie to zagubione – czy może ukryte – ogniwa współczesnego kanonu literackiego.

Gdy słucham tego, co Pan mówi, to mam wrażenie, że rozmawiam z wydawcą zadowolonym. Bo jest nie tylko wizja, ale także uznanie dla niej.
Braku uznania się nie obawialiśmy. Niepewna była jego skala, no i jednak reakcja rynku. Doceniono nas bardzo, a rynek nie powiedział „nie” – to dobry początek.

Czy Dariusz Sośnicki, redaktor naczelny i zadowolony wydawca, nadal jest poetą?
Tak. To moja zasadnicza kondycja, a ona się przecież nie zmienia z dnia na dzień.

Strategie negowania państwowości
19 czerwca 2019

Strategie negowania państwowości

Núria Güell to artystka społecznego oporu, która poprzez swoje działania dąży do rozsadzenia systemu kapitalistycznego od środka. Hiszpanka dekonstruuje państwowość i gospodarkę opartą na wolnej konkurencji, posługując się narzędziami, które wytworzył kapitalizm...

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...