12 lipca 2012

Z dala od Islandii

alt

Post-rock wciąż pozostaje gatunkiem stosunkowo mało znanym w Polsce, choć rosnąca ilość utrzymanych w tym klimacie koncertów (cyklicznie odbywających się także w Poznaniu) może być symptomem pewnego ożywienia na tej części sceny alternatywnego/niezależnego rocka. Bodaj najistotniejszym nad Wisłą wydarzeniem post-rockowym nadal jednak pozostaje koncert popularnej grupy Sigur Rós z 20 sierpnia 2008 roku, który przyciągnął wielu fanów tego rodzaju muzyki oraz przedstawicieli raczkującej dopiero subkultury hipsterów.

Rozgłos Sigur Rós przyniósł – wydany w 1999 roku – album „Ágætis byrjun”. Wtedy to koneserzy na całym świecie zetknęli się z typowymi dla islandzkiej kapeli osobliwościami. Do tych ostatnich zaliczyć można przede wszystkim nietypowy głos wokalisty, uzyskiwany przezeń z powodu utrzymywania podczas śpiewu silnego, nienaturalnego napięcia strun głosowych (daje to efekt wysokiego, groteskowego głosu), a także granie na gitarze elektrycznej za pomocą smyczka. Interesujący jest również fakt, że wokalista i gitarzysta – Jon Þor Birgisson – nie kryje swego homoseksualizmu i wraz z partnerem życiowym uczestniczy w projekcie muzycznym Jónsi & Alex.

Mitem fundatorskim popularnego zespołu jest opowieść o elfach świętego Mikołaja, które – znudzone rutyną codziennej pracy – uciekły z Laponii na Islandię. Ta sympatyczna powiastka ma wyjaśniać, dlaczego mały, odcięty od świata przez ocean kraj, obrodził tak znanym projektem muzycznym. Oto bowiem sprytne elfy na mroźnej, wulkanicznej wyspie posypują wybrańców gwiezdnym pyłem, który generuje w nich potencjał i chęć tworzenia nadprzyrodzonej sztuki. I rzeczywiście, dotychczasowa twórczość Sigur Rós silnie nawiązywała do tegoż genesis. Dosłownie każda przesłuchana minuta, zwłaszcza z płyty o wdzięcznie brzmiącym tytule „Með suð í eyrum við spilum endalaust” (Z brzęczeniem w uszach gramy bez końca) z 2008 roku, zdawała się przenosić słuchacza do północnej krainy wulkanów, gejzerów, śniegu i elfów.

Pod koniec maja band wydał kolejny, szósty już, studyjny album – „Valtari” (Walec). Jego nietypowość w stosunku do poprzednich krążków unaoczniają już same aspekty techniczne – stosunkowo niewielka liczba utworów (8, podczas gdy na poprzedniej płycie było ich 11), aczkolwiek mocno wydłużonych (najkrótszy trwa ponad 5 min, najdłuższy – ponad 8). Jednocześnie natychmiast daje się zauważyć pewne stonowanie linii melodycznej, co silnie kontrastuje z wcześniejszym, bardzo żywym „Með suð í eyrum við spilum endalaust”. Cztery lata przerwy w nagrywaniu nowych utworów odcisnęło się zatem wyraźnym piętnem – energiczne, gitarowe rytmy zostały wyparte przez ambientowe plamy dźwiękowe i minimalistyczną elektronikę – z wielką szkodą dla ogólnego odbioru.

Charakterystyczny wokal został szczególnie mocno (jak na post-rock, który z „natury” wokal minimalizuje) wyeksponowany w utworze numer dwa, czyli „Ekki múkk” (Nie dźwięk). Podkreślenie go za pomocą dość typowego dla Sigur Rós zestawu dźwięków nie jest jednak przekonujące. Wyzucie kawałka z energii, typowej choćby dla „Inní Mér Syngur Vitleysingur” (również numer dwa, tyle że z poprzedniego krążka), na rzecz treści refleksyjno-melancholijnej wypada blado. Islandzki kwartet przyzwyczaił wszak słuchacza do dynamicznej podróży wzdłuż bazaltowych skał i wulkanicznych popiołów, a nie kołysanki w rytmie morskich fal. Elfy wyraźnie nie lubią pluskać się w wodzie.

Bardzo słabym punktem albumu jest wieńczący go ósmy utwór: „Fjögur píanó” (Cztery pianina). Oto mamy tu do czynienia z melancholijną kompozycją na pianinie, całkowicie pozbawioną wokalu. „Fjögur píanó” jednak nie przenosi słuchacza na odległą wyspę ani nawet – wypadając jeszcze słabiej niż „Ekki múkk”nie serwuje odbiorcy kołysanki w rytmie fal. Co najwyżej nasuwa on skojarzenie z bezkresnym, acz pustym lodowcem. Pustkowie to zwalnia od głębszej refleksji, a znudzone Laponią elfy zdają się odmawiać sypania gwiezdnego pyłu na mroźnej i – niestety – wyjątkowo niegościnnej dla słuchacza krainie.

Nietypowym dla Sigur Rós kawałkiem na najnowszej płycie jest także „Varúð” (Uwaga). Wokalista śpiewa tutaj głosem znacznie niższym od tego, do którego zdążył przyzwyczaić fanów, a otoczenie dźwiękowe nasuwa raczej – nie pasujące do kapeli – skojarzenia z leniwym i smętnym wieczorem w dużym mieście. O wyzbywaniu się „islandzkich” naleciałości świadczy zwłaszcza druga połowa utworu, w której kulminacja dźwięków tworzy – charakterystyczną dla post-rocka – monumentalną, patetyczną kompozycję. Jej konstrukcja byłaby przyzwoita i godna pochwały, gdyby zawitała w utworach innych zespołów, będących klasykami gatunku, jak na przykład Explosions In The Sky. Na krążku Sigur Rós brzmi to jednak obco i sztucznie – jak obiekt, nie pasujący do całości krajobrazu.

„Valtari” można uznać za próbę odnalezienia innego sposobu artystycznego wyrazu. Rzecz jasna, nie może dziwić, że grający od 18 lat skład różnicuje swe muzyczne propozycje – w przeciwnym razie nie byłby on godny posiadania rzeszy fanów na całym świecie (i ponad 90 milionów odtworzeń na popularnym portalu muzycznym Last.fm). Przewaga ambientu nad bardziej żywymi rytmami islandzkimi miała więc najpewniej ukazać, że wyspiarski kwartet dojrzewa (dojrzał?) i nie składa się już z tych chłopaków, którzy – zapewne po posypaniu gwiezdnym pyłem przez elfy – onegdaj z braku pieniędzy pomalowali ściany całej wytwórni, która wydała ich pierwszy krążek.

Trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że tym razem przyjazne elfy nie dopełniły swego zadania, a Sigur Rós – zamiast kontynuować obrany w 2008 roku kierunek – wypłynął na poznawanie lądów nieznanych lub przynajmniej nie do końca zbadanych. Owo oddalenie od Islandii okazało się jednak bardzo szkodliwe.
Sigur Rós, „Valtari”
EMI Music Poland

Gwałtowne wejście w noc
20 sierpnia 2019

Gwałtowne wejście w noc

Celem Levinsona nie było chyba bezmyślne wzburzenie publiczności i to nie w tym miejscu wyznaczyłabym punkt ciężkości serialu – choć niewątpliwie ekstremizmy zwracają na siebie uwagę w pierwszej kolejności...

Poszukiwacze zaginionego sztućca
19 sierpnia 2019

Poszukiwacze zaginionego sztućca

Sztuciek wcale się w nowej roli nie odnajduje – powtarza wciąż, że jest śmieciem, odpadkiem i że nie powinien w ogóle istnieć. […] Oczywiście, widzieliśmy już Buzza Astrala przeżywającego w pierwszym filmie kryzys tożsamości, kiedy musiał pogodzić się z tym, że jest zabawką a nie prawdziwym astronautą – ale sytuacja Sztućka wydaje się jeszcze poważniejsza...