12 lutego 2016

Żydośmiechopolakożercy

W „nawróconym na judaizm” hotelu w samym sercu polskiej ziemi powinno być „hebrajskie badziewie, na przykład jakieś menory”, bo „Żydzi uwielbiają ten szajs”. A także trochę boczku, bo niektórzy goście lubią sobie poużywać. Wystarczy odrobinę się postarać, by wypełnić lukę w ofercie turystycznej w okolicy Muzeum Auschwitz-Birkenau. Spotkać tu można młodzieńca z Izraela z narzuconą na ramiona flagą z Gwiazdą Dawida, seksowną doktorantkę Jana Grossa z Princeton, figurkę Żyda trzymającego pieniążek („na szczęście”), który prowadzi rozmowy z polskim antysemitą, agresywny tłum narodowców usiłujących – jak grupa podobnych popaprańców na wrocławskim rynku – podpalić lalkę oraz dawnego współpracownika SB, umierającego na serce po przypadkowym przedawkowaniu viagry. To tylko niektórzy z bohaterów występujących w sztuce Josepha Hendla, którą wystawił Teatr im. Aleksandra Fredry. Amerykański dramaturg podczas rezydencji w Gnieźnie napisał autorski tekst, który sam wyreżyserował, tworząc kolorową, dynamiczną i śmieszną komedię, jakich nie ma zbyt wiele w naszym teatrze.

„Hotel pod Wesołym Karpiem” błyskotliwie nawiązuje do polskich realiów, prowokując do ponownego spojrzenia na dzisiejsze i historyczne relacje polsko-żydowskie. Pełno w nim także sygnałów ironii na temat naszej współczesnej polityki czy narodowych stereotypów – zarówno tych, które tworzymy, jak i tych, którym podlegamy. Taryfa ulgowa nie przysługuje tu nikomu, a podobne salwy śmiechu towarzyszyć mogą pojawieniu się zarówno syjonisty, jak i „prawdziwego Polaka”, a także wspomnieniom problemów gastrycznych, które unieruchomiły grupę turystów z Izraela czy „cudownej wycieczki”, dzięki której amerykańska Żydówka dowiedziała się, że podczas wojny z rąk Niemców ginęli również Polacy. Opowieść, luźno osadzoną wokół tematu poszukiwań zagrabionego podczas wojny żydowskiego domu, poprowadzono odważnie i bezkompromisowo, a prezentacja różnobarwnych postaci pozbawiona jest asekuranckiego dystansu i nawet pozorów politycznej poprawności. Bohaterowie zwracają się czasem wprost do publiczności, a w intermediach pomiędzy poszczególnymi częściami śpiewają i tańczą. Relacje między nimi, a także dramaturgia całości oparte są na popularnych schematach, jednak temat może być zaskoczeniem dla polskich widzów i nie zmieni tego wspomnienie „Nocy żywych Żydów” Marka Kality z Teatru Dramatycznego.

Akcja inicjowana jest w New Jersey, podczas bat micwy Ryfki Aszkanazi. Anna Pijanowska przekonująco odgrywa jej młodzieńczą świeżość i spontaniczność, która w kolejnych scenach przekształci się w obraz naiwnej amerykańskiej turystki odwiedzającej Polskę. Na razie jednak dziewczyna wspomina Sarę, matkę Izaaka, która wybuchła śmiechem, kiedy Bóg objawił jej, że jako dziewięćdziesięciolatka urodzi syna. Nastoletnia Ryfka lubi się śmiać. Chciałaby zostać aktorką i bawić ludzi. Uważa, że czasem należy się śmiać nawet z Boga. W wielu sytuacjach pozostaje nam tylko śmiech, który oczyszcza i łagodzi poczucie winy. Ryfka proponuje wszystkim seans takiej terapii. Rabin, kantor, jej rodzice i babcia, która „przeżyła Holokaust i za nic w świecie nie wsiadłaby do pociągu”, zaczynają się śmiać. Początkowo niepewnie, po chwili coraz głośniej i swobodniej. Zaraźliwy śmiech rozprzestrzenia się na widownię. Prosty zabieg rozluźnia atmosferę w teatrze i zachęca widzów do otwartych reakcji podczas kolejnych scen. Odtąd sala co chwila rozbrzmiewać będzie śmiechem, co w połączeniu z montażem poszczególnych scen przypominać będzie telewizyjny sitcom. Skoro słodka, bezpośrednia, trzynastoletnia dziewczyna nie waha się śmiać z Boga, śmiać możemy się i my. W czasie tego spektaklu rozweselać nas będą zarówno antysemici, jak i uczestnicy żydowskich wycieczek do Auschwitz; karierowicze, nacjonaliści, tchórze i donosiciele, a nawet współcześni polscy politycy. Choć rzadko wymieniani z nazwiska – rozpoznawalni są przez wspomnienie konkretnych poglądów, pomysłów i celów.

Babcia Ryfki – prześmiesznie grana przez znakomitego w tej roli i całym spektaklu Sebastiana Perdka – to obficie umalowana, obwieszona złotem staruszka w blond peruce. Choć wydaje się w pełni sił, jej organizm nie wytrzymuje zbiorowego śmiechu; po chwili krztusi się, dusi i upada. Ostatkiem sił przywołuje wnuczkę. Obciąża jej sumienie winą za własną śmierć i każe wybić sobie z głowy marzenie o stand-upie. Poleca dziewczynie karierę akademicką, naukę języka polskiego i zobowiązuje ją do odnalezienia i odzyskania dla Żydów swojego dawnego domu. Jest on gdzieś w Małopolsce, w powiecie wadowickim. Zanim babcia zdąży wykrztusić szczegóły, umiera. Kolejna scena rozegra się już w Polsce, kilkanaście lat później.

„Pod Wesołym Karpiem” interesy idą słabo. Basia, której dotychczas niewiele się w życiu udało, przynosi figurkę Żyda z pieniążkiem, który ma sprawić, że los jej hotelu ulegnie poprawie. To Ahaswerus – Żyd Wieczny Tułacz. Wojciech Kalinowski z pejsami wystającymi spod kapelusza i w zbyt dużym płaszczu celnie i nie bez ironii wchodzi w rolę komentatora i narratora opowieści, ku swojemu zaskoczeniu będąc także słyszanym przez manifestującego antysemityzm Zbyszka. Właścicielka hotelu chciałaby wsparcia unijnego i potrzebuje konkretnego pomysłu na biznes. Skoro jedyne atuty prowadzonego przez nią miejsca to bliskość dawnego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau i podawany w restauracji, przyrządzony według przedwojennego przepisu karp po żydowsku, postanawia nawrócić hotel (a wkrótce też siebie) na judaizm. Do pomocy ma lękliwego Grzegorza (dawnego ogniomistrza w straży pożarnej, przed laty współpracownika SB) i swojego bratanka, Zbyszka (młodzieńca prowokacyjnie rzucającego chuligańskie slogany w stylu „Polska dla Polaków!”, który marzy o karierze na YouTube). Chociaż Karol Kadłubiec w tej roli powtarza gesty i okrzyki narodowych oszołomów, sprawia wrażenie, jakby tylko naśladował ich w młodzieńczym zapale, nie wchodząc do końca w rolę. To nie zarzut do aktora, a do małoletnich faszyzujących małpek, powtarzających na polskich ulicach durne gesty i hasła. Do grona współpracowników Basi dołącza Leszek (dynamiczny Maciej Hązła), jej chłopak sprzed lat (stara miłość nie rdzewieje). Niegdyś oddany idei narodowej czystości, kiedy dowiedział się, że sam ma żydowskie pochodzenie, wyjechał do Izraela, gdzie służył w armii. Teraz jest fanatycznym semitą, choć pozostały mu wytatuowane na całym ciele symbole faszystowskie i narodowe.

W spektaklu Hendla roi się od stereotypów, które dzięki komediowej konwencji przestają być szkodliwe. Na scenie nie trzeba się ich obawiać – łagodzą je dobry smak i dowcip. One sprawiają, że zabawna jest nawet niepoprawność, choć klasyczny repertuar wyzwisk kierowanych do Cyganów, „pedziów” i feministek nadal nieco razi. Śmiech ma jednak moc osłabiania napięć. Może właśnie dzięki niemu możemy się uwolnić od poczucia winy, które w Polsce ukrywane jest często pod maską antysemickich resentymentów. A o winie, która nie sprzyja refleksji, zamiast niej prowadząc do zaostrzenia nastrojów gawiedzi, przypominają zarówno polscy narodowcy-antysemici gotowi na rynkach polskich miast palić kukły Żydów, jak i młodzież z Izraela, odbywająca wycieczki szlakiem Zagłady w specjalnie ochranianych autokarowych konwojach. W gnieźnieńskim spektaklu mowa o obu tych grupach. Ich obecność prowokuje publiczność do śmiechu, ale też przypomina o lękach związanych z odzyskiwaniem przez Żydów zagrabionego im kiedyś mienia czy wizjach skarbów ukrytych pod podłogą starych domów. Zwraca uwagę na beztroskie traktowanie figurek z pieniążkami „na szczęście” i swastyk na murach polskich miast i miasteczek. To spektakl o nas wszystkich: o Polakach i Żydach, o tych poprawnych i niepoprawnych, o pamięci i krótkowzroczności. Spektakl wartki, ze świetnie tłumaczonym, naszpikowanym niuansami językowymi i obserwacyjnymi tekstem (niewątpliwa zasługa tłumacza i dramaturga, Jacka Mikołajczyka, któremu należą się szczególnie mocne brawa) z kilkoma przerywnikami muzycznymi i dobrym wykonaniem, które pozwala docenić nie tylko reżysera, ale i biorących w nim udział – często wcielających się w kilka ról – aktorów.

 

 

Joseph Hendel, „Hotel pod Wesołym Karpiem”
przekład/dramaturgia: Jacek Mikołajczyk
reżyseria/muzyka: Joseph Hendel
scenografia/kostiumy: Katarzyna Tomczyk
Teatr im. A. Fredry w Gnieźnie
premiera: 5.12.2015

Świat po orgii
21 stycznia 2019

Świat po orgii

Czy postulaty feministyczne zakorzeniły się w świadomości Polek i Polaków? Jak zadać to pytanie, by nie zabrzmiało patetycznie? Jak mówić o równości i jak jej doświadczać? A czy spektakl teatralny może zrobić coś w tej sprawie...

Dwie ucieczki z Dannemory
17 stycznia 2019

Dwie ucieczki z Dannemory

Arquette, kreując postać Joyce „Tilly” Mitchell – cywilnej pracowniczki więzienia, która pomaga więźniom uciec – wynajduje na nowo ogień. I to z jej powodu „Ucieczki z Dannemory” nie wolno w tym sezonie pominąć...

Powstanko
16 stycznia 2019

Powstanko

Intuicja słusznie podpowiada więc Jakubowi Skrzywankowi (kolejny już raz!), że mówić o przeszłości trzeba inaczej niż dotychczas. Jeżeli chcemy reanimować pamięć o tym, co nas przez lata kształtowało jako wspólnotę, coś musi się zmienić w naszych słowach, gestach i manierach...