17 października 2017
Ludzie-na-drzewach-yanagihara_IKONKA

Wybiórcza ciekawość

Zastanawiam się, czy dobrze się stało, że debiut Hanyi Yanagihary wyszedł u nas dopiero po hipersukcesie „Małego życia”. Jest to wyraźnie tekst wcześniejszy, chociaż nie ma to nic wspólnego z jakością, i bez wątpienia jest to książka łatwiejsza w lekturze; do obu kwestii jeszcze wrócimy. Po prostu mam wrażenie, że „Ludzie na drzewach” dużo zyskują na znajomości „Małego życia” które jednocześnie jest bardzo twórczym ich rozwinięciem i stąd ten dylemat. Po dwóch powieściach trudno mówić, czy jest to już „styl autorki”, czy tylko te dwie książki pozostaną nieformalną dylogią, opartą o grę przeciwieństw. Może kiedy ja fiszkuję polskie wydanie „Ludzi na drzewach”, gdzieś w Nowym Jorku pani Yanagihara, śmiejąc się pod nosem, pracuje już nad tomem trzecim, syntezą, która część moich uwag wywróci na plecki.

Na co dzień autorka „Małego życia” jest redaktorką „T”, ekskluzywnej, lajfstajlowej odnogi „The New York Timesa”; wcześniej pracowała dla „Condé Nast Traveler”, innego luksusowego magazynu, o podróżowaniu, na które nigdy nie będzie nas stać. Condé Nast wydaje także między innymi „New Yorkera” i „Vogue”, a piszę o tym wszystkim po to, aby podkreślić, jak bardzo redaktor Yanagihara jest fancy i jak bardzo perwersyjne lub/i dziwne może się wydawać profesjonalne połączenie świata mody, designu i drogich restauracji z dwiema grubymi powieściami, których lejtmotywem jest, no cóż, gwałcenie dzieci. Zarówno „Małe życie”, jak i „Ludzie na drzewach” traktują o bólu, z którego nie sposób się wyplątać; są to książki antyterapeutyczne w gruncie rzeczy. A jednak jest coś, co łączy dwie profesje Yanagihary: pracę redaktorską poświęconą przyjemności i literacką twórczość poświęconą cierpieniu – elegancka precyzja lub/i precyzja elegancji. To proza, której patronują zegarek i metronom. (Inne zawody, które mogłaby wykonywać pani Yanagihara: pisanie króciutkich, błyskotliwych kryminałów i projektowanie zestawów klocków lego.)

„Ludzie na drzewach” okazują się idealnym przeciwieństwem „Małego życia” w samym nawet procesie twórczym: pisanie pierwszej z wymienionych powieści (440 stron w wydaniu polskim) zajęło autorce kilkanaście lat, drugiej (stron 800) – kilkanaście miesięcy. „Małe życie” opiera się na zagadce losów głównego bohatera, Jude’a, powolnym i bolesnym procesie odkrywania jego owianej tajemnicą przeszłości. W „Ludziach na drzewach” nie ma zagadki, Yanagihara odsłania wszystkie fabularne karty na pierwszych trzech stronach. „19 marca 1995 / Słynny naukowiec staje pod zarzutem przestępstwa seksualnego” – to pierwsze zdanie powieści, opartej zresztą o sprawę Gajduska. Głównym bohaterem, powieściowym Gajduskiem, jest niejaki Norton Perina, jego wielkim odkryciem zaś – parodia nieśmiertelności, odkryta na mikronezyjskiej wyspie przypadłość, „w której ciało chorego utrzymywane jest w stadium relatywnej młodości pomimo degradacji umysłowej” (s. 10). Dowiadujemy się od razu o wymarłym gatunku żółwia, które spożywało plemię „nieśmiertelnych”, a także o czterdzieściorgu zaadoptowanych przez głównego bohatera dzieci, z których jedno, dorosły już syn, wniosło oskarżenie o gwałt. Tak jak lektura ośmiuset stron „Małego życia” była odkrywaniem i wydarzaniem się kolejnych potworności, tak czytanie „Ludzi na drzewach” jest bardziej szczegółową aktualizacją syntetycznego prologu.

Niezręcznie cytować hasła reklamowe z książek, ale „Ludzie na drzewach” nie stawiają, przynajmniej moim zdaniem, pytania: czy wybitne umysły mają prawo żyć ponad normami moralnymi? No więc nie mają prawa, i żaden Nobel ani szuflada z Oscarami tu nie pomogą. Yanagihara nawet nie flirtuje z taką myślą, także relatywizm kulturowy mało ją zajmuje; przez czterysta pięćdziesiąt stron po prostu na zimno konstruuje bohatera-paskudę, korzystając zarówno z Malinowskiego, jak i chwytów powieści przygodowych, które też doskonale opanowała. (Podobnie jak „Małe życie”, „Ludzie na drzewach” to klasyczny page-turner – polskie „czytadło” ma bardziej degradujący wydźwięk – i przeczytanie całości zajęło mi jeden dzień.)

Długo niewypowiedziana wprost pozostaje samotność bohatera-paskudy, a może nie tyle samotność, ile dystans, jaki dzieli go od innych ludzi. Perina nigdy nie wychodzi z laboratorium, bo ma laboratorium w głowie, różnica pomiędzy człowiekiem a myszami, których pasztetowate śledziony wycinał jako student, jest – powiedzmy sobie – dość wątła. Ta dystansująca narracja pierwszoosobowa, pracująca tutaj jako nośnik wyobcowania, to kolejne odwrócenie względem „Małego życia”. Przez większość swojej drugiej powieści, wędrując w głąb historii cierpienia, Yanagihara będzie używać trzeciej osoby, rozdrapując kolejne stany emocjonalne kilkorga bohaterów. Autobiograficzna opowieść Periny jest pozbawiona tego typu wiwisekcji emocjonalnej i kiedy spod behawioralnej skorupy coś już zaczyna wyciekać, są to w dużej mierze frustracja i gniew, a z emocji, które uznalibyśmy za pozytywne, piekielna ambicja. Jest wytrwałym mizoginem. W dżungli na wyspie na Pacyfiku wszystko kojarzy mu się z kobiecością, której się brzydzi; powracające po wielokroć, pełne odrazy opisy koleżanki z zespołu ciągną się znacznie dłużej niż zachwyty nad pięknym antropologiem, o którego jest zazdrosny („Od tamtej pory nie umiałem patrzeć na Esme bez myśli o sączącej się cieczy, gęstej i ciężkiej jak miód, ale miód zepsuty, wyciekający z wszystkich jej sekretnych otworów”; s. 135). Ponieważ stopniowe poznawanie bohatera – jego niechęci wobec niemal całego rodzaju ludzkiego, różnych objawów rasizmu, w końcu pokrętnej relacji z dziećmi – jest głównym motorem napędzającym lekturę, pozwolę sobie tutaj zamilknąć. Bo wbrew pozorom są tu niespodzianki. Na przykład to, że jedną z podstawowych technik narracyjnych powieści okazuje się elipsa i w pewnym momencie zaczyna się wydawać, iż trzystronicowy prolog był w istocie zrzuceniem niepotrzebnego balastu.

Jakiś czas temu siedziałam w metrze obok chłopaka, który czytał „Małe życie”. Był taki okres, kiedy bardzo dużo osób w komunikacji miejskiej dźwigało ze sobą to tomiszcze; lubiłam sama przed sobą zgadywać, na którym odcinku drogi na Golgotę się znajdują. Ale tym razem było inaczej, chłopak nie był ani na początku, ani w środku książki, był niecałe sto stron przed końcem i bardzo dyskretny, przysięgam, rzut oka na książkę wystarczył, by zorientować się, gdzie dokładnie. Ja wiedziałam, co się za chwilę wydarzy, on nie i bardzo dobrze, że musiałam zaraz z metra wysiąść. Inaczej miałabym jako czytelniczka wyrzuty sumienia – ponieważ pani Yanagihara lubi fabularne przewrotki i różne tego typu sztuczki, i chłopak z metra znajdował się właśnie przed taką przewrotką, na myśl o której cierpnie mi skóra. (Yanagihara mogłaby być scenarzystką serialu hołdującego tradycji sensacyjnych cliffhangerów.) W „Ludziach na drzewach” też się coś dziwnego w końcu wydarza, chociaż oczywiście nie powiem, co. Ale jest to bardzo prosty i bardzo precyzyjny wybieg (och, iluzjonistką też mogłaby być, skubana), w którym powieść okazuje się, podobnie jak „Małe życie”, ćwiczeniem z empatii.

Richard Rorty napisał kiedyś esej o Nabokovie, o „Bladym ogniu” i „Lolicie” jako książkach poświęconych okrucieństwu, a konkretniej obojętności na cierpienie. Kinbote i Humbert jako obsesjonaci o „wybiórczej ciekawości”, którzy nie dostrzegają cudzego bólu, choćby go mieli przed nosem – w postaci żałoby po dziecku lub po prostu cierpiącego dziecka. Rorty jest bardzo wzruszający w tym eseju, ale umówmy się: recepcja „Lolity”, pamięć o „Lolicie”, chociażby to, w jaki sposób przeszedł do języka (także polskiego) jej tytuł, jest dowodem na to, że Nabokov ze swoim obrzydzeniem wobec Humberta umarł i mało kogo, poza Rortym, to obchodzi. Ale obchodzi Yanagiharę, która w „Ludziach na drzewach” dokonuje małego eksperymentu na dziedzictwie „Lolity”, biorąc pod lupę obojętność właśnie. W swojej formie testu na wytrzymałość „Małe życie” będzie po prostu konsekwentną tego eksperymentu kontynuacją – poprzez odwrócenie, poprzez nad-empatyczną, trudną do zniesienia narrację. Wobec czego może warto by czytać te książki w kolejności ich powstawania? Nie wiem; może wrócę do nich kiedyś, za parę lat, jedna po drugiej, tym razem tak, jak były pisane i wydawane. Póki co polecam „Ludzi na drzewach” osobom, które mają wolny weekend, a jednocześnie opory przed powtórką „Lolity”. I proszę nie czytać więcej blurbów z cynicznymi pytaniami.

 

Hanya Yanagihara, „Ludzie na drzewach”
W.A.B.
Warszawa, 2017

Seks, trumny i walizki
19 lipca 2018

Seks, trumny i walizki

Krzysztof Warlikowski od przeszło dekady konsekwentnie rozwija swój teatr monumentalny. Nie licząc realizacji operowych zaczęło się to gdzieś pomiędzy „Aniołami w Ameryce” a „(A)pollonią”...

Miłość w czasach rock’n’rolla
17 lipca 2018

Miłość w czasach rock’n’rolla

„Na plaży Chesil” zarzucić, nie ma artystycznego lenistwa – to nie prosta adaptacja, w której mamy wrażenie, że znani aktorzy cytują nam jedynie najciekawsze fragmenty książki, a stojąca na uboczu kamera jedynie ich obserwuje...