15 lutego 2018
po_galicji

Wszystko jest story

To już trzecie polskie wydanie pierwszej książki Martina Pollacka, jego „imaginacyjnej podróży” po Galicji Wschodniej przełomu wieków XIX i XX. Dlaczego imaginacyjnej? Dlatego, że sam autor fizycznie w podróż na wschód wcale się nie udał. Było to nie tylko niemożliwe w latach 80. ubiegłego wieku, kiedy pisał książkę. O wiele istotniejsze w kontekście tej pracy było jednak odejście świata Królestwa Galicji i Lodomerii oraz Księstwa Bukowiny na karty historii, które dokonało się wraz z upadkiem monarchii austro-węgierskiej oraz w wyniku przemian, jakie nastąpiły w tym rejonie po drugiej wojnie światowej. Jest więc to podróż do miejsc, których już dawno nie ma. A nawet jeśli wciąż można znaleźć je na mapie, w owym zakątku Europy Wschodniej, gdzie zbiegają się granice dzisiejszej Polski, Ukrainy i Słowacji, to ich wygląd i charakter znacząco różnią się od tych sprzed przeszło stu lat. Pollacka interesuje więc historyczna Galicja, ale pisze o niej z literackiej, nie historycznej perspektywy. Literacka jest także owa podróż, oparta na całym szeregu wspomnień i historii napisanych przez ludzi pochodzących z tej części CK Monarchii.

Zamiast skupiać się na historii regionu, jego politycznych i kulturowych uwarunkowaniach, Pollack zabiera czytelnika na wycieczkę niekoniecznie po najważniejszych, ale na pewno po niezwykle barwnych miastach i miasteczkach Galicji Wschodniej. Możemy poczuć się jak prawdziwi goście przybywający w dzikie ostępy Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Podobieństwo do wyprawy na amerykański Dziki Zachód jest aż nazbyt oczywiste, a Pollack podkreśla je dodatkowo, porównując niektóre miejscowości i regionów do ich amerykańskich odpowiedników.

Kluczową rolę w przedstawionej przez Pollacka opowieści zajmuje kolej łącząca galicyjskie miasta i miasteczka, gdzie dworce kolejowe urastają do rangi najważniejszych budynków. Wszak to właśnie tam potencjalny gość lub podróżnik rozpoczynał swoją znajomość z danym miejscem. To one stanowiły główny węzeł łączący miasta prowincjonalne z galicyjską stolicą, Lwowem, a dalej z samą stolicą monarchii, Wiedniem. To pociągi przywoziły wieści ze świata, listy, gazety i towary, a ich przybycie było dla wielu ówczesnych mieszkańców wydarzeniem dnia. Miejsca, do których kolej albo nie docierała, albo które były od niej zbyt oddalone, popadały w zapomnienie.

Wydawca określa „Po Galicji” mianem „opowieści o tęsknocie za lepszym i dostatniejszym życiem”. Jest to spora przesada, bo dominującym elementem rozmaitych historii przedstawianych przez Pollacka są obrazy brudu i nędzy. W wielu przypadkach Galicja Wschodnia stanowi jednak miejsce pełne kontrastów, z miastami, w których ortodoksyjni Żydzi mieszkali obok zasymilowanych pobratymców oraz rewolucjonistów marzących nie o nadejściu Mesjasza, ale komunistycznym raju pełnym równości i sprawiedliwości. Nie brakowało też, stojących często w opozycji do syjonistów, zwolenników uznania jidysz za narodowy język narodu żydowskiego. I nawet jeśli podobna różnorodność występowała również w Królestwie Polskim i niektórych miejscach Imperium Rosyjskiego, to Galicja Wschodnia była miejscem unikatowym pod względem etnicznej i kulturowej różnorodności. Pollack nie ogranicza się do wymienionych w tytule chasydów, Rusinów, Polaków i Hucułów. Choć historie o nich są najdłuższe i najdokładniejsze, to opowieść o tym regionie nie byłaby pełna bez choćby okazjonalnego wspomnienia o przemierzających Galicję Romach, nieco zapomnianych już dzisiaj Karaimach, przybywających na te ziemie osadnikach niemieckich czy od wieków silnie związanych z Polską Ormianach.

Literacki charakter podróży oraz barwny język książki Pollacka nie przysłaniają głównego mankamentu, jakim jest całkowity brak krytycznego podejścia wobec przytaczanych źródeł. Sprawia to, że zachęceni przez autora, gotowi jesteśmy uznać przedstawiony przez niego obraz Galicji Wschodniej za wiarygodny, choć oparty jedynie w niewielkiej mierze na materiałach z epoki (głównie lokalnej prasie). Co nie powinno dziwić, o wiele częściej Pollack sięga po literaturę: wspomnienia, powieści i opowiadania pisane przez pochodzących z Galicji Wschodniej autorów. Zdecydowana większość tych tekstów powstała długo po opuszczeniu przez autorów miejsc swojej młodości, stanowiąc dla nich formę powrotu do krainy dzieciństwa (jak najpełniej można dostrzec w opowiadaniach Schulza), z którym z kolei wiązała się skłonność do idealizowania i przerysowania. Choć w co bardziej fantastyczne opowieści Pollack całkiem słusznie nie wierzy, to już brzmiące bardziej prawdopodobnie przyjmuje za prawdziwe. Nie jest to bowiem, wbrew obietnicy złożonej przez autora na wstępie, „rzeczywistość historyczna”, ale rzeczywistość równie wyimaginowana, co cała podróż. W efekcie to czytelnik musi zadecydować, jak wiele z przedstawionej przez Pollacka Galicji Wschodniej uzna za odpowiadający rzeczywistości obraz tego regionu.

Najnowszą edycję „Po Galicji” uzupełnia posłowie autorstwa Claudio Magrisa zatytułowane „List z Leopolis do Lemberga lub może z Lwiwa do Lwowa. W każdym razie adresowany do Martina Pollacka”. W dość swobodny sposób Magris odnosi się do treści książki Pollacka, sytuując ją w kontekście innych dzieł tego autora. Główny mankament takiego podejścia, mówiącego nam więcej o samym Magrisie niż o książce Pollacka, polega na tym, że stara się ono na siłę powiązać rzeczywistość przełomu wieków z późniejszymi tragediami, które dotknęły Europę. Dla Magrisa „Po Galicji” jest wstępem do późniejszych dzieł autora zdominowanych przez tematykę antysemityzmu i Zagłady. Tymczasem w swobodzie, z jaką Pollack pisze o niegdysiejszej Galicji, trudno doszukać się związków z jego kolejnymi książkami.

 

Martin Pollack, „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach”
Czarne
Wołowiec 207

W tym seksie jest metoda?
09 sierpnia 2018

W tym seksie jest metoda?

„Lekkie historie, literatura eskapistyczna” ‑ tak ogólnikowo i samodegradująco (?) swą twórczość określa Milo Manara. Dla włoskiego rysownika w centrum zainteresowania tych pozornie niewyszukanych opowieści znajdują się kobiece ciało i odważna erotyka...

Kto tu jest dla trollowania
08 sierpnia 2018

Kto tu jest dla trollowania

W Muzeum Sztuki trzepali na bramkach. Choć od dawna żartujemy ze znajomymi z tego, że kontrola w ich salach jest nadmierna, to wernisaż wystawy „Peer-to-peer” to już była przesada.