13 sierpnia 2019
MV5BOTA3NzMwNDI1MF5BMl5BanBnXkFtZTcwNzExNjkxNA@@._V1_SX1500_CR0,0,1500,999_AL_
Woodstock © 1969 Michael Lang/Henry Diltz

Woodstock – mit, przesłanie i MUZYKA!

Bezdyskusyjnie było to jedno z tych wydarzeń, które zmieniają świat – i pozostają legendarne po wsze czasy. Nawet jeśli to „zmienianie” dzieje się głównie w przestrzeni symbolicznej – wystarczy. Bo na tego typu symbolach ufundowane są współczesna zbiorowa świadomość i kultura (nie tylko kontrkultura) drugiej połowy XX oraz początku XXI wieku. Pytanie, w jaki sposób Woodstock Festival dzięki swej sile oddziaływania wpłynął na obraz zachodniej kultury, a może i na losy całych społeczeństw, to pewnie temat na długą debatę. Faktem jest, że miał (i dzięki swej legendzie ma do dzisiaj) istotną wartość w sensie społecznym, na poziomie budzenia świadomości, jako utopijna próba szukania pomysłów na budowanie nowego społeczeństwa. Wobec tych kontekstów muzyka zdaje się czasami niknąć gdzieś w tle – stawać się ledwie dodatkiem lub co najwyżej pretekstem do socjologicznych, kulturoznawczych czy publicystycznych rozważań.

Film Michaela Wadleigha przywołuje chyba właściwe proporcje i pokazuje istotę wydarzenia. Jasnym jest, że na początku była muzyka – to ona przyciągnęła blisko pół miliona ludzi na farmę w Bethel. Bo przecież to ona – jako epicentrum zbiorowego, pokoleniowego doświadczenia – była warunkiem tego, że Woodstock mógł zaistnieć. Chociaż przecież jeden z młodych chłopaków przybywających na festiwal przyznaje w filmie, że motywacje bywały rozmaite: „Ludzie nie wiedzą, jak żyć ani co robić i myślą, że tu się dowiedzą, o co chodzi. Są bardzo zagubieni”.

Woodstock miał swoje absolutnie niezaprzeczalne muzyczne gwiazdy, które lśniły wielkim blaskiem wówczas – i do dziś lśnią jako mity, a ich twórczość pół wieku później (słuchana z płyt czy z filmu) wciąż porusza. Do czego przyczynił się i sam festiwal. Te gwiazdy to przede wszystkim Jimi Hendrix i Janis Joplin. Ale na Woodstocku byli też Carlos Santana czy Joe Cocker, których kariery właśnie wtedy na poważnie wystartowały. Pojawili się inni wielcy: Crosby, Stills, Nash & Young, Grateful Dead, The Who, Jefferson Airplane, The Band, Sly & The Family Stone, Joan Baez, Johnny Winter, Creedence Clearwater Revival, Blood Sweat & Tears, Ten Years After, Canned Heat – lista jest co najmniej imponująca. Wszyscy z wymienionych byli w znakomitej formie. Nota bene dwa ostatnie zespoły wciąż (albo znów), choć bez swych nieżyjących już wielkich liderów, odbywają trasy koncertowe (bywają również w Polsce), a ich głównym motywem promocyjnym pozostaje woodstockowa sława.

Warto jednak obejrzeć film Wadleigha bez wstępnych założeń. Bez rozważania, komu pomógł w karierze, a dla kogo był jednorazowym, być może przypadkowym, wielkim (czasem: największym) wydarzeniem w muzycznej biografii. Popatrzeć nań jako na prezentację świetnej muzyki, pełnej pasji, zaangażowania, radości. I na to, co się wokół tej muzyki dzieje. Na wielki megapiknik, zgromadzony wokół tego szczególnego gitarowego hałasu.

 

 

Woodstock był organizowany pod hasłem „Pokój, miłość i szczęście”, a film ma w podtytule hasło „Trzy dni pokoju i muzyki”. Znaczące jest, że w zamyśle festiwal skierowany był przeciwko wojnie w Wietnamie oraz establishmentowi; że ciążyły na nim idee psychodelicznego poszerzania świadomości. Że był to festiwal hipisów i freaków – jak sami siebie określają (co widzimy również w filmie). W kontekście antywojennym największe wrażenie robi chyba wypowiedź Joan Baez o jej mężu, Davidzie Harrisie, uwięzionym za odmowę służby wojskowej.

W filmie oglądamy pospieszne budowanie koncertowej sceny, śmigłowce dowożące muzyków. Obserwujemy naradę organizatorów, którzy pod okiem kamery, na środku placu zastanawiają się, czy można festiwal uznać za darmowy w chwili, gdy padły już pierwsze elementy ogrodzenia. Spodziewali się 60 tysięcy widzów, sprzedali blisko 200 tysięcy biletów, przybyło prawie pół miliona fanów. Na kilka dni powstało drugie co do wielkości, miasto w stanie Nowy Jork. Jak zapanować nad takim tłumem? W pewnym momencie ktoś mówi „nie ma wody, jedzenia, leków”. Do tego wielokilometrowe korki, kłopoty ze spaniem, a w końcu też burza, która zamieniła festiwalową łąkę w wielkie jezioro błota. Słyszymy padające ze sceny kolejne apele organizatorów: „Zanosi się na deszcz. Przykryjcie się”, chwilę później: „Siadajcie, opatulcie się, trzeba to przetrzymać”; a wreszcie: „Trzymajcie się sąsiada!”. Znaczna część uczestników uważa, że deszcz to dodatkowa atrakcja, a skoro już przeszedł, można rozpocząć słynne zabawy ze ślizganiem się w błocie.

Paradoksalne, że to wojsko przywozi helikopterem służby medyczne do pomocy potrzebującym. Zaskakuje szef miejscowej policji, który mówi: „Kraj może być dumny z tej młodzieży. Ubiór i fryzury to ich sprawa, ale ich wnętrze, ich zachowanie nie budzą zastrzeżeń”. Ciekawe są również wypowiedzi starszych mieszkańców okolic Bethel, którzy w większości z sympatią opowiadają o kilkuset tysiącach młodych ludzi, jacy przybyli na tych kilka dni w ich okolicę. Podstawową tezę o konflikcie pokoleń w nawias pozwalają wziąć także sceny długich kolejek do publicznych telefonów, z których uczestnicy festiwalu dzwonią między innymi do rodziców, by ich uspokoić. Większość młodych ludzi bawi się świetnie, choć jest i rozpłakana dziewczyna, która przekonuje, że musi stąd wyjechać, bo „tu jest za dużo ludzi”.

Festiwal był wydarzeniem jednorazowym – i z całą pewnością niepowtarzalnym. Na szczęście film Wadleigha przechowuje część tamtych emocji i przeżyć. Warto popatrzeć na „Woodstock” jako na pasjonujące artystyczne i społeczne wydarzenie. Film Wadleigha to także zapis muzyczny. Ponoć rejestracja muzyki podczas festiwalu była zadaniem na niespotykaną wówczas skalę, jeśli chodzi o nagrania plenerowe. Warto i to docenić, wsłuchując się w dźwięki – od zaczynającego festiwal Richiego Havensa, po Jimiego Hendrixa, który ponoć sam chciał koniecznie zagrać na koniec imprezy, w efekcie czego zaprezentował się w poniedziałkowe przedpołudnie przed mocno przerzedzoną publicznością. Zagrał jednak, jak wiadomo, wspaniale!

Mimo braku wielu z ówczesnych gwiazd, festiwal Woodstock stał się symbolem, wzorcem, legendą. Podobnie było ze świetnym filmem Wadleigha, w którego powodzenie nikt początkowo nie wierzył, a który uważany jest dziś, nie bez racji, za jedno z kanonicznych dzieł rockowej kinematografii.

 

„Woodstock” (1970), reż. M. Wadleigh

 

W 50. rocznicę Woodstock Festival zapraszamy na pokaz nagrodzonego Oscarem filmu dokumentalnego w reżyserii Michaela Wadleigha „Woodstock” (1970) w Poznaniu – w środę, 14 sierpnia 2019 o godz. 21:00 w ramach cyklu Kino w parku Starego Browaru. Wydarzenie odbywa się pod patronatem „Czasu Kultury”.

Gwałtowne wejście w noc
20 sierpnia 2019

Gwałtowne wejście w noc

Celem Levinsona nie było chyba bezmyślne wzburzenie publiczności i to nie w tym miejscu wyznaczyłabym punkt ciężkości serialu – choć niewątpliwie ekstremizmy zwracają na siebie uwagę w pierwszej kolejności...

Poszukiwacze zaginionego sztućca
19 sierpnia 2019

Poszukiwacze zaginionego sztućca

Sztuciek wcale się w nowej roli nie odnajduje – powtarza wciąż, że jest śmieciem, odpadkiem i że nie powinien w ogóle istnieć. […] Oczywiście, widzieliśmy już Buzza Astrala przeżywającego w pierwszym filmie kryzys tożsamości, kiedy musiał pogodzić się z tym, że jest zabawką a nie prawdziwym astronautą – ale sytuacja Sztućka wydaje się jeszcze poważniejsza...