04 września 2017
napokuszenie

Wodzenie na pokuszenie

Doborowa obsada, stylowe zdjęcia, świetna reżyserka za kamerą i klimat erotycznego napięcia – „Na pokuszenie” Sofii Coppoli kusi, kokietuje i uwodzi. Niestety w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że obiecuje znacznie więcej, niż jest w stanie dać. Ale czasem nie w spełnieniu jest największa przyjemność, lecz w trwaniu w ciągłym oczekiwaniu. Dlatego z pewnością warto dać się Coppoli wodzić na pokuszenie…

Najnowszy film autorki „Między słowami” wprowadza widzów w świat wojny secesyjnej, której stłumione pohukiwania dobiegają uszu kilku kobiet w różnym wieku, zamieszkujących wielki gmach starej szkoły dla dziewcząt. Choć Coppola nie pokazuje krwawych bitew i trzyma się z daleka od pola walki, to również opowiada o wojnie – inaczej co prawda, lecz nie mniej brutalnie. Konflikt zbrojny wizualizuje w postaci miłosnej wojny płci, która potrafi zbierać niemniejsze żniwo. „Na pokuszenie” jest remakiem „Oszukanego” z Clintem Eastwoodem sprzed czterdziestu pięciu lat. W główną rolę tym razem wcielił się Colin Farrell. Grany przez niego bohater jest żołnierzem Północy, który zbiega z pola bitwy gdzieś w Wirginii. Krwawiąc, spotyka w lesie dziewczynkę, która zaprowadza go do szkoły, gdzie mieszka wraz z kilkoma innymi kobietami. Mieszkanki gmachu przyjmują obecność nieznajomego z mieszaniną strachu i fascynacji, która szybko zamienia się w erotyczne napięcie. Natomiast relacje miedzy mężczyzną a kobietami w krótkim czasie przeistaczają się w miłosną grę.

Punkt wyjścia filmu Coppoli jest naprawdę bardzo ciekawy i wiele obiecuje. Nie tylko zachwyca tenebrycznymi zdjęciami pogrążonego w mroku gmachu starej szkoły, wystawnymi sukniami kobiet, świetną obsadą, ale również zawiązującą się erotyczną rozgrywką. Można byłoby się spodziewać, że będzie się ona kierować perwersyjnymi regułami, igrać z konwenansami i przyzwoitością oraz zaskakiwać niesztampowym podejściem do kwestii płci. Nic bardziej mylnego. Pomijam naftalinowość fabuły, która ma całkiem sporo uroku, ale zdecydowanie najsłabszym ogniwem „Na pokuszenie” jest kompletny brak przełamania płciowych stereotypów, które organizują fabułę. Reżyserka tworzy bardzo jasne i czytelne analogie: mężczyzna reprezentuje wojnę, natomiast kobiety – świat pokoju. On to gniew, nieopanowanie, agresja, brutalność i cynizm, one zaś reprezentują delikatność, naiwność, uczciwość, ale również podstęp. Coppola w żadnym momencie nie wykracza poza te opozycje, nieustannie używając ich jako głównych figur w rozgrywce między bohaterami.

Rozczarowanie, które przychodzi z bardzo szybkim finałem, wiąże się nie tylko z kompletnym brakiem przełamania płciowych stereotypów. Jest ono powiązane również z dwoma innymi kwestiami. Po pierwsze, Coppola świetnie niuansuje cztery główne bohaterki, pokazując, czym dla nich jest miłosne siłowanie z rannym mężczyzną. Dla najstarszej, Marthy – granej przez Nicole Kidman – zainteresowanie ze strony kaprala McBurneya przede wszystkim potwierdza jej status i władzę. Dla Edwiny, w którą wciela się Kirsten Dunst, nieoczekiwane przybycie żołnierza może być ostatnią szansą na prawdziwą miłość i wyrwanie z posępnego gmaszyska starej szkoły. Nastoletnia Alicia (Elle Fanning) pragnie zaznać z mężczyzną swoich pierwszych erotycznych doznań. Natomiast najmłodszym dziewczętom wystarczą jego adoracja i przyjaźń. Niestety kolejny raz Coppola więcej obiecuje, niż jest w stanie dać. Okazuje się bowiem, że z tak intrygująco rozpisanej rozgrywki, której stawką są nie tylko miłość i seksualne spełnienie, ale również władza i zachwianie hierarchią, niewiele wynika. Reżyserka tylko zaznacza pewne tropy, lecz wcale nimi nie podąża. Po drugie, twórczyni kończy film w najciekawszym momencie. „Na pokuszenie” byłoby świetnym, rozbudzającym ciekawość pilotem serialu, jednak jako pojedynczy film najzwyczajniej wzbudza złość. By za wiele nie zdradzić, zaznaczę jedynie, że dzieło Coppoli kończy się, gdy gra między bohaterami się wysubtelnia, a rozkład sił nagle ulega zmianie.

Warto jednak ulec filmowemu uwodzeniu Coppoli, nawet jeżeli ostatecznie nie dochodzi do rozładowania budowanego napięcia. Co ciekawe, „Na pokuszenie” najlepiej sprawdza się jako komedia. Jeżeli przypadkiem weźmie się go zbyt poważnie, film może razić topornością, dosłownością i sztuczną grą aktorską. A istnieje takie prawdopodobieństwo, bo reklamowany jest jako dramat, a nawet mroczny thriller. Nic z tych rzeczy! Coppola jest świadoma śmieszności kreowanej sytuacji, dlatego bardziej chichocze ze swoich stereotypowych bohaterek, niż z nimi sympatyzuje. Właśnie w tym subtelnie podawanym humorze poszukiwałbym najmocniejszej strony filmu. Jeżeli w ten sposób podejdzie się do seansu, od razu pryśnie naftalinowy smrodek klasyczności opowiadanej historii, a całość nagle zdradzi swoją teatralną naturę bliższą kampu. Co jednak ważne, Coppola nigdy nie przekracza granicy śmieszności i nie sprowadza całości jedynie do nic nie znaczącej zgrywy. Nieustannie balansuje na cienkiej granicy.

Seans „Na pokuszenie” przypomina randkę z kokieteryjną damą z poczuciem humoru. Kobieta puszcza do nas oko, uśmiecha się, uwodzi i… to wszystko. Czerpie perwersyjną przyjemność z toczonej gry i jak najdłużej chce utrzymywać partnera w niepewności co do swoich zamierzeń. Coppola potrafi flirtować, świetnie idzie jej nieustanne zwodzenie – wykorzystuje do tego aktorów, zdjęcia, kostiumy – jednak za tą powierzchnią czai się pustka. Toczona gra nie przynosi spełnienia w postaci satysfakcjonującego rozwiązania. A gdy obietnice pozostają bez pokrycia, nietrudno o irytację.

 

 

„Na pokuszenie”
reż. Sofia Coppola
premiera: 1.09.2017

W Powszechnym bez zmian
17 listopada 2017

W Powszechnym bez zmian

Sceneria najnowszej premiery warszawskiego Teatru Powszechnego, „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej żywcem wyjęta jest nie tylko z „Klątwy”, ale także z „Upadania” (ostatniej premiery zeszłego sezonu)...

Niespełnienia
16 listopada 2017

Niespełnienia

Wydaje mi się, że nie wypada krytykować powieści Liny Wolff. Po pierwsze – dlatego, że jest skandynawska, że szwedzki adres autora od jakiegoś czasu w Polsce oznacza doskonałą jakość. Po drugie – książka jest bardzo inteligentnie napisana, odkrywa przed nami kolejne poziomy interpretacji i gdyby wykorzystać przymiotniki, jakimi chętnie ozdabia się na Zachodzie okładki książek, można byłoby napisać, że to rzecz brawurowa, ekscentryczna, postnowoczesna czy wyjątkowo oryginalna...