02 marca 2016

„Wilcze dzieci” zamarznięte z głodu i rozpaczy

 

Kiedy kończy się wojna, kiedy nastaje pokój, znikają demony i koszmary – powiedzielibyśmy. Kiedy kończy się wojna, kiedy nastaje pokój, rodzą się nowe demony i koszmary – mówi Alvydas Šlepikas w „Mam na imię Marytė”.

„Oto kraina sponiewierana, zgwałcona i zabita. Oto powojenne Prusy”. Owa kraina jest w książce Šlepikasa wykończona także niekończącą się, brutalną zimą, która dramatyczne losy ludzi, a w szczególności dzieci, doprowadza do skrajności. Bohaterowie powieści, niemieckie dzieci, błąkające się po skutej mrozem Litwie tuż po II wojnie światowej, walczą do kresu sił nie tylko z wrogością ludzi, porażającym głodem i zatrważającą przemocą, ale również z wszechogarniającym zimnem. Ich poszukiwania pożywienia czy schronienia toczą się w zimnie, które z nóg robi twarde kołki, rozpala dłonie, a w końcu zabija. W litewskiej powieści pełno jest ekspresyjnych obrazów ludzi, którzy marzną żywcem, pokonanych przez mróz i śnieg trupów ludzi, którzy przysiedli w rozpaczy i zamarzli na miejscu.

Wśród pożogi i wszechobecnej, znieczulającej śmierci słaniają się z wyczerpania kilkuletnie dzieci. Przeganiane, bite, poniewierane i zabijane z racji swojego pochodzenia, są obrazem absolutnej rozpaczy. Ich sytuacja, skazana właściwie na tułanie się w śniegu bez końca, jest długo przemilczaną kartą historii tej części Europy. Z tego powodu, jak deklaruje sam autor, książka ta powstała: z poczucia, że te historie – małej Renaty i innych dzieci – należy wreszcie opowiedzieć.

Pod pewnymi względami trudno „Mam na imię Marytė” nazwać „historią” tych dzieci. Narracja, nosząca wyraźne ślady poetyckiej dykcji autora, jest radykalnie rozdrobniona na niewielkie fragmenty pełne bardzo plastycznych obrazów, nierzadko epatujących wręcz cierpieniem i jego biologicznym wymiarem. Fragmenty każdorazowo wydają się wydobywać wyraziście emocjonalne obrazy i sytuacje – skłaniające przede wszystkim do niespokojnego rewidowania obrazu rzeczywistości powojennej. Co istotne, Šlepikas w realizacji swojego celu – opowiedzeniu mało znanego fragmentu historii Europy Środkowo-Wschodniej – nie traci literackiej i językowej wrażliwości. Tekst, który proponuje, jest bardzo ściśle i świadomie utkany z drobnych, bardzo subtelnych obserwacji. Zdarza się, że czasem za bardzo ciąży ku morałowi, puencie czy znaczącemu dialogowi. To jednak, co zdaje się wybijać na plan pierwszy, to wielka doza empatii wobec kilkuletnich bohaterów, która przynosi powieść pełną niepokoju, niezgody na niesprawiedliwość i złości na historię. Tę, która wykańcza ludzi, ale także tę, która o tych wydarzeniach zapomina.

W powieści wielokrotnie pojawia się wizja wydrążonych dusz i serc, a także oczu tak pełnych rozpaczy, że już pustych, pozbawionych jakiegokolwiek wyrazu. Taka wydaje się też idea tego utworu. Doświadczenia „wilczych dzieci” nie dotykają tylko ich ciał, żołądków czy odmrożonych kończyn. Wrogość, przemoc i ból, które są ich codziennym przeżyciem, odciskają się na ich człowieczeństwie. To bowiem staje się krok po kroku takie jak powojenne Prusy – kraina pokryta lodem i śniegiem, pozbawiona resztek nadziei na to, że jeszcze wróci do niej życie. Podkreślają to wszystkie te sytuacje, w których ktoś błąkającym się po Litwie dzieciom okazuje serce czy choćby wręcza kawałek chleba i słoniny. Ich wdzięczność, jak ją przedstawia Šlepikas, jest raczej ulgą, że tym razem nie spotka ich śmierć. Emocjonalne otępienie, w jakie bohaterowie popadają z głodu i bólu, wydaje się nieodwracalne.

„Mam na imię Marytė” nie jest książką bardzo obszerną, ale mimo to przytłacza czytelnika. Wachlarz emocji, który rozkłada przed nami Šlepikas, jest bardzo szeroki. Trudno bowiem, poza elementarnym współczuciem i przerażeniem losami „wilczych dzieci”, nie dostrzec tu szerszych mechanizmów trawiących kolejne społeczeństwa i historie. Takich, które każą pokonanego traktować jak nie-człowieka, dzieci obciążać winami rodziców, powoływać się na zbiorową odpowiedzialność narodu, a resztki godności sponiewierać w imię honoru, którego dawno nikt już nie ma.

 

Alvydas Šlepikas, „Mam na imię Marytė”
tłum. Paulina Ciucka
Kolegium Europy Wschodniej
Wojnowice 2015

 

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...