18 września 2018
blackkklansman

Więźniowie nienawiści

Wiele można mówić o Spike’u Lee: o tym, jak duży wpływ jego filmy miały na amerykańskie kino niezależne, jak wiele zaliczył podczas swojej kariery wpadek, jak często powraca on zawsze do tych samych tematów i obsesji. Nie można odebrać mu jednak tego, że przez lata Lee wypracował charakterystyczną tożsamość artystyczną, którą łatwo na ekranie zidentyfikować. Nawet w jego bardziej klasycznych dokonaniach gatunkowych, takich jak „Plan doskonały”, gdzieś pod płaszczykiem starannie skonstruowanej fabuły pojawiają się zawsze te same kwestie: rasizmu, przemocy, rozdziału pomiędzy agresywną rewolucją wobec zastanego systemu a powolnym dążeniem do jego poprawy poprzez pokojową współpracę. Pod tym względem nowy film Lee, „blaxploitation”, któremu w polskiej dystrybucji dodano tytuł „Czarne bractwo”, wydaje się idealnym materiałem na powrót do ustanowionej kiedyś wielkości (reżyser nie miał na koncie żadnego kinowego hitu w przeciągu ostatniej dekady). Obraz, oparty na książce Rona Stallwortha, afroamerykańskiego policjanta, który w latach 70. zinfiltrował szeregi Ku Klux Klanu, wydaje się zahaczać o wszystkie ulubione tematy reżysera. A że ten powrócił z tegorocznego festiwalu w Cannes z nagrodą Grand Prix, poprzeczka oczekiwań widza została ustawiona wysoko.

Zaczyna się jednak bardzo klasycznie. Poza charakterystycznymi napisami początkowymi, pierwsze pół godziny seansu pozbawione jest wielu artystycznych ekscesów, z których Lee jest najbardziej znany. Postaci wprowadzane są według typowej hollywoodzkiej struktury scenariuszowej, relacje między nimi zostają wstępnie zarysowane, intryga zawiązuje się powolnym, naturalnym tempem. Chociaż są tutaj momenty przypominające o niezależnej przeszłości reżysera, na przykład bardzo długa scena przemówienia dawnego członka Czarnych Panter, całość ma w sobie posmak kina komediowo-sensacyjnego, w którym mocno czuć klimat lat 70. Sporo tutaj żartów słownych i sytuacyjnych, chociaż nigdy nie tłumią one poczucia prawdziwego zagrożenia wiążącego się z przeprowadzanym śledztwem. Ron Stallworth dosyć szybko inicjuje kontakt z organizacją i chociaż umawia się na spotkanie, nie może oczywiście sam się na nim zjawić – kolor jego skóry nie spotkałby się raczej z aprobatą organizacji. Zamiast niego na spotkanie wybiera się więc Flip – policjant grany przez Adama Drivera, a Ron od tego momentu podejmuje jedynie kontakt telefoniczny. Nie ma tutaj żadnej ambiwalencji w ukazywaniu członków klanu – to brutalni, odpychający rasiści o różnym stopniu inteligencji, ale bez wyjątku przedstawiani w jednoznacznie negatywnym świetle. Każdy z nich nosi broń i każdy wyraża gotowość do wykorzystywania przemocy w walce z wrogiem, a wielu z nich czeka na to nawet z utęsknieniem. Mamy więc czarny charakter i mamy klarownie ustalone zasady gry – póki co wszystko jest na swoim miejscu.

Niedługo po tym, jak śledztwo zostaje rozpoczęte, tempo filmu znacząco opada. Gatunkowy sztafaż zostaje odstawiony na drugi plan, a sama operacja nie niesie ze sobą żadnych poważnych zwrotów akcji. Przedstawiane wydarzenia nie mają wielkiego wpływu na przebieg fabuły, zamiast tego twórcy serwują nam kolejne sceny z życia klanu i jego niespecjalnie sympatycznych członków. Chociaż wiele z nich ma w sobie spory potencjał humorystyczny i Lee z konsekwencją utrzymuje na wpół poważny, ale wciąż niepokojący ton filmu z odpowiednim wyczuciem, po pewnym czasie na ekran wkrada się wrażenie nieustannego powtarzania tego samego materiału. Członkowie KKK zostali w końcu konkretnie scharakteryzowani jeszcze na początku seansu, a ich coraz bardziej rasistowskie i pełne nienawiści wypowiedzi raczej tego obrazu nie zmieniają. Brakuje tutaj scenariuszowej ewolucji – czegoś, czym przez następną godzinę, zanim dojdziemy do trzeciego aktu, moglibyśmy się zainteresować. Są tutaj ciekawe wątki i możliwości rozwoju sylwetek bohaterów – jak na przykład związek pomiędzy Ronem i Patricią, szefową stowarzyszenia Black Student Union. Kobieta wierzy, że z rasizmem należy walczyć wszystkimi środkami i nie wyraża aprobaty dla zaangażowania Rona w pracę z policją, znanej z cichej tolerancji wobec rasistowskich przekonań i działań niektórych pracowników. Równie interesująca zdaje się historia Flipa, który poprzez ciągłe przebywanie z członami klanu zaczyna coraz więcej myśleć o własnym żydowskim pochodzeniu, do którego wcześniej nie przykładał zbyt wiele wagi. Te wątki pozostawione są jednak gdzieś w tle fabuły i zamiast nich twórcy decydują się skupić na samej organizacji. Nawet jeśli scena seansu jednej z najważniejszych pozycji światowej kinematografii oglądanego przez członków klanu wzbudza w widowni filmu Lee poczucie dyskomfortu, trudno uznać ją za coś więcej niż powtarzanie dawno już ustanowionej myśli. A że „BlacKkKlansman” trwa ponad dwie godziny – seans dosyć szybko staje się nużący.

Nagle jednak twórcy przypominają sobie o sygnalizowanej na początku trzyaktowej strukturze i serwują ekscytujące zakończenie. Trzeci akt jest już pełen atrakcji – znajduje się w nim miejsce dla nagłych realizacji, wyścigu z czasem, a nawet krótkiego odwołania do nurtu blaxploitation i kilku scen podchodzących pod estetykę sitcomu. I chociaż większość z nich nie działa tak, jak powinno (zwłaszcza sceny komediowe wydają się zaprzeczać skrzętnie budowanemu przez cały film tonowi), przynajmniej sprawiają one, że „Czarne bractwo” dokądś zmierza. A zmierza do bolesnego, współczesnego finału, który stanowić ma ostateczny cios dla widowni – taki, po którym śmiech grzęźnie w gardle, a bezpieczny kontekst lat 70. można bezpośrednio porównać do współczesnych realiów politycznych. To być może najbardziej charakterystyczny finał tego roku i pewnie też ten, który wzbudzać będzie najwięcej kontrowersji. Nie da się jednak zaprzeczyć, że spełnia on swoje zadanie.

Szkoda, że Lee nie utrzymuje podobnego tempa i podobnej rebelianckiej energii przez resztę filmu. Nie przeszkadza mi wcale otwarta polityczność „Czarnego bractwa” – jest ona wpisana w jego założenie i zamiast jej unikać, lepiej dumnie się z nią nosić. W pełnej krasie ujawnia się ona jednak dopiero pod koniec seansu. I zapewne dlatego nad całością unosi się, moim zdaniem, przede wszystkim poczucie zmarnowanej szansy. Jeśli uderzać, to z całą siłą, nie bacząc na nic innego, nie przejmując się wymaganiami scenariusza i niepotrzebnymi grzecznościami. Jeśli wyrażać sprzeciw, to głosem pewnym i surowym – takim, który nie będzie tracił na sile przez dwie godziny monologu. I chociaż Lee wkłada w to przemówienie serce, jego warsztat oratorski ma tutaj znaczące braki.

 

„Czarne bractwo. BlacKkKlansman”
reż. Spike Lee
premiera: 14.09.2018

 

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...