04 lipca 2018
baba_dziwo_8
fot. Jakub Wittchen

Wielka reprodukcja i (jej) performerzy

W powszechnej świadomości Maria Pawlikowska-Jasnorzewska istnieje przede wszystkim jako autorka ckliwych wierszy. Dzięki inscenizacji na scenie poznańskiego Teatru Nowego sztuki „Baba-dziwo” dostrzec w niej można także ironiczną autorkę dramatu o zawsze aktualnej wymowie. Bo czy ostrzeżenie przed totalitaryzmem jest kiedykolwiek nieaktualne?

Wyreżyserowany przez Marię Kwiecień spektakl w znacznym stopniu opiera się na utworze Jasnorzewskiej, choć nie jest mu do końca wierny. Akcja (pierwotnie osadzona w latach 30.) zostaje przeniesiona do realiów współczesnych. W efekcie tego przesunięcia medium totalnej propagandy stanowi telewizja, a nie radio. To właśnie za jej pośrednictwem do bohaterów (w znacznej mierze artystów) docierają informacje o protestach przeciwko reprodukcyjnej polityce dyktatorki Walidy Wielkiej (znakomity Mariusz Puchalski). Na pierwszym planie poznańskiej inscenizacji rysowana jest sytuacja kobiet w totalitarnym państwie Prawii, w którym zmusza się je do rodzenia dzieci. Ukazane zostały różne postawy bohaterek – zarówno zdecydowany opór, jak i bierność wobec tak sformułowanego prawa. W akcie protestu wobec wprowadzonej ustawy w samobójczym akcie w powietrze wysadza się bohaterska kobieta-pilot. W reakcji na to wydarzenie niektóre postaci mówią o prowokacji, inne – o doprowadzeniu kobiet na skraj wytrzymałości psychicznej. Opresja narasta: powstaje syndykat spraw rodzinnych i ma zostać wprowadzony podatek dla nieposiadających dzieci. Bezdzietni czują się coraz bardziej wykluczeni, gdyż to „dzieciatych nagradzają”.

Oprócz opresyjnej polityki rodzinnej Maria Kwiecień dowcipnie krytykuje artystów, których „wciąż przybywa”. W ich świat sugestywnie wprowadza scenografia Mirka Kaczmarka, złożona z wielkoformatowych obrazów we fluoroscencyjnych barwach, na których napisano prowokacyjne hasła: „maciora boska” czy „wagina wielka”. Stwarzają one, wraz z kanapami oblanymi farbą, wizję artystycznego nieładu, który sprawia jednak wrażenie zaplanowanego, silnie zestetyzowanego. Spektakl rozpoczyna się, zanim jeszcze publiczność zajmie miejsca na widowni. W szklanej klatce porusza się milcząca postać niebieskiej Róży, kobiety-kwiatu. „Piękna!”, mówią bohaterowie, traktując ją jak dzieło sztuki, które – choć robi wrażenie – zdaje się w ich świecie bezużyteczne, w żadnym stopniu nie oddziałując na rzeczywistość.

Zgodnie z decyzją reżyserki głównymi bohaterami spektaklu są artyści. Performerka Petra, która w oryginalnym utworze jest chemiczką, nie chce mieć dzieci. Jest egotyczna, skupiona na sobie i przede wszystkim… mierna. To artystka-celebrytka, która corocznie planuje stworzyć dzieło życia (wymyślając dla niego nowe tytuły, jak „Eugenika i euforia”). Chociaż zdawać się może, że razem z innymi twórcami jest zaangażowana społecznie, o czym świadczyć mają ich deklaracje, całe grono pozostaje bierne i uległe wobec dyktatury. Niezależność sprowadza się do sloganów wygłaszanych w zaciszu własnego mieszkania. Obnażona tak zostaje praktyka artystycznego oporu wobec władzy. Wielka Matka może w tej sytuacji pozwolić sobie na pogardzanie twórcami, których potrzebuje tylko do realizacji własnych celów politycznych.

Punktem kulminacyjnym, stanowiącym kres swoistej autoprezentacji grona twórców na niezależność, są ich odwiedziny przez Wielką Matkę. Towarzyszą jej – jak zawsze – dwaj klakierzy: karlica Skwaczek (Dorota Abbe-Kuźmińska) i Tajny Oficer (Łukasz Schmidt). W efekcie do garów – zarówno w znaczeniu symbolicznym, jak i dosłownym – zostają zepchnięte niechętna wszelkim kuchennym aktywnościom Petra i Róża, sytuująca się dotychczas poza narastającym konfliktem społecznym. W ten sposób dzieło sztuki zostaje włączone w obieg partykularnych „dykteryjek klubowych”. Spektakl wprowadza tak pytania o granice autonomii dzieła sztuki wobec opresji społeczno-politycznej. Odpowiedź jest niepokojąca. Autorzy spektaklu zdają się sugerować, że niezależność nie jest możliwa. Dopiero zaciągnięcie Petry do kuchni okazuje się dla niej tak upokarzające, że postanawia czynnie zaangażować się w podstęp przeciwko Wielkiej Matce.

W drugim akcie możemy dociekać źródeł totalitarnych pobudek Walidy, poznajemy ją bowiem w sytuacji zgoła niereprezentacyjnej. Funkcję kontrapunktu pełnią tu dwie muzyczne inklinacje. Kiedy Wielka Matka wypróżnia się, towarzyszy jej „Lot Walkirii” Richarda Wagnera, a gdy z jej polecenia tańczy najbliższa jej (bo – jak się okazuje – najbrzydsza) karlica, do widzów dobiegają dźwięki „Winterreise” Schuberta. Zderzenie defekacji z dźwiękami Wagnerowskiej opery czy też upajania się czyjąś brzydotą w obliczu muzyki pytającej o trandscendentalia jest zabiegiem kakofonicznym, co gryzie się z całością prezentacji. Pod koniec spektaklu karty zostają odsłonięte, gdy dociekamy genezy politycznych działań Walidy, która z pasją tyranizuje kobiety, motywowana przyczynami osobistymi.

Choć zarysowany pokrótce przebieg akcji utworu może wydać się jednostronny, nie wszystkie postaci prezentowane są w zero-jedynkowych kategoriach. Matka sześciorga dzieci (trzech par bliźniąt) – Agatika (Agnieszka Różańska), wcześniej chętnie egzekwująca przysługujące jej prawa i polepszająca swój byt materialny w związku z dzietnością, postanawia pomóc zbiegłej z teatru aktorce, która – w obawie przed wyznaczeniem jej losowego partnera reprodukcyjnego – postanawia się ukrywać. Czy spektakl sugeruje zatem kobiecą solidarność ponad politycznymi podziałami?

Wartością poznańskiego przedstawienia Marii Kwiecień jest to, że uruchamia ono wiele pytań, na które odpowiedzi nie zawsze są oczywiste. Jednak jest to spektakl jednej roli (a może raczej – jednego bohatera). Bez znakomitej konstrukcji Wielkiej Matki w wykonaniu Mariusza Puchalskiego byłby tylko nudnym dialogiem, upstrzonym stereotypowymi obrazami artystów przekonanych o swej wyjątkowości, którym marzy się społeczna rewolucja, lecz nie są w stanie jej zainicjować (przynajmniej dopóki nie zostanie urażone ich ego). To właśnie z chwilą wkroczenia na scenę Walidy Wielkiej akcja dramatu nabiera tempa, a rodzący się opór jednej z bohaterek prowadzi do zgładzenia dyktatorki. Tak obnażona zostaje praktyka artystycznego oporu wobec władzy. To, który ze wspomnianych tematów uznany zostanie za dominujący w wymowie spektaklu, zależy od indywidualnej wrażliwości odbiorcy. Z jednej bowiem strony, „Babę-dziwo” można interpretować jako krytykę istniejącego obecnie finansowego systemu wsparcia rodzin wielodzietnych ze strony państwa, z drugiej zaś – jako istniejącą w szerszym kontekście autonarrację artystyczną dotyczącą postaw przedstawicieli kultury wobec opresyjnego systemu władzy.

 

Maria Jasnorzewska-Pawlikowska,Baba-Dziwo”
reżyseria: Maria Kwiecień
scenografia: Mirek Kaczmarek
muzyka: Michał Siwak
Poznań, Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego
premiera: 25.05.2018

Seks, trumny i walizki
19 lipca 2018

Seks, trumny i walizki

Krzysztof Warlikowski od przeszło dekady konsekwentnie rozwija swój teatr monumentalny. Nie licząc realizacji operowych zaczęło się to gdzieś pomiędzy „Aniołami w Ameryce” a „(A)pollonią”...

Miłość w czasach rock’n’rolla
17 lipca 2018

Miłość w czasach rock’n’rolla

„Na plaży Chesil” zarzucić, nie ma artystycznego lenistwa – to nie prosta adaptacja, w której mamy wrażenie, że znani aktorzy cytują nam jedynie najciekawsze fragmenty książki, a stojąca na uboczu kamera jedynie ich obserwuje...