25 lutego 2020
diamenty
© A24 | źródło: IMDb

Więcej, mocniej, szybciej!

Rzadko kiedy trafia się jeszcze na filmy, dzięki którym ma się wrażenie odkrywania kina na nowo – na filmy w zupełnie niespotykany dotąd sposób definiujące fenomen ruchomych obrazów. Do takich doświadczeń z pewnością można zaliczyć seans „Nieoszlifowanych diamentów” braci Safdie – genialnych wizjonerów współczesnego kina, którzy rozumieją zasadę kinematografii równie dobrze jak najwybitniejsi mistrzowie z historii filmu.

W „Nieoszlifowanych diamentach” kino jest definiowane przez nieujarzmiony chaos, nieustanny ruch, przytłaczający natłok obrazów i dźwięków. Bracia Safdie od razu wrzucają nas w potok akcji, który porywa nas w nieznanym i nieprzewidywalnym kierunku, nie pozwalając ani przez chwilę złapać oddechu. W ten sposób twórcy zamieniają seans filmu w doświadczenie ekstremalne – intensywne, gęste, wręcz fizyczne. Tu wszystko wydaje się przypadkowe, wzięte wprost z nieuporządkowanego życia, złapane na gorąco. Fabuła przypomina chaotyczny strumień scen, które prowadzą w niejasnym kierunku. Dopiero na samym końcu wszystko układa się w spójną całość, zachwycającą swoją kunsztowną złożonością.

Być może największą wartością „Nieoszlifowanych diamentów” jest to, że można je oglądać bez końca, a i tak trudno będzie odkryć sekret stylu, dzięki któremu bracia Safdie osiągają tak wysoki poziom intensywności. Montaż? Nie szybszy niż w przeciętnym filmie sensacyjnym. Ruch kamery? Zadziwiająco dużo scen rozgrywa się w nieruchomych kadrach. Bliskie plany? Być może jest coś na rzeczy, ale to za mało, by przykuć uwagę widza na dłużej. Można byłoby wymieniać kolejne elementy języka filmowego i odrzucać jako niewystarczająco istotne. Prawdopodobnie najłatwiej byłoby więc powiedzieć, że na ekranie następuje synergia ich wszystkich, doprowadzająca do wybuchu niepohamowanej energii. A ta zmusza nas do obgryzania paznokci i siadania na skraju fotela.

Intensywność przeżywanych przez widza emocji jest tym bardziej zadziwiająca, że bohater filmu nie wzbudza zbyt głębokiej empatii. Z granym przez Adama Sandlera Howardem Ratnerem zwyczajnie trudno sympatyzować. Jest on niesłownym cwaniakiem, kłamcą przesiąkniętym do szpiku kości chciwością, nieuleczalnym hazardzistą i skrajnym egoistą, dla którego liczą się tylko pieniądze. Temu właścicielowi niewielkiego sklepiku z diamentami w Nowym Jorku nie wystarczają wystawny dom, efektowny samochód i zegarki za fortunę. Wciąż za mało mu zysków, więc angażuje się w coraz bardziej ryzykowne interesy. Poznajemy go, gdy znalazł się na progu upadku.

W punkcie wyjścia „Nieoszlifowane diamenty” przypominają kino przygodowe albo horror klasy B. W Etiopii dwójka pracowników kopalni wydobywa kamień mieniący się niesamowitymi barwami. Tytułowe kamienie znakomicie nadają się na hipnotyzującą błyskotkę, która niczym syrena będzie obezwładniać kolejnych złapanych w sidła jej podstępnego piękna. Drogocenny kamień będzie wędrował z rąk do rąk, jednym przynosząc szczęście, innym zgubę.

To zadziwiające, ale fabuła filmu bracia Safdie nie odznacza się wysokim poziomem oryginalności. Kolorowy kamień to wręcz przerysowana wersja McGuffina, czyli przedmiotu, wokół którego kręci się akcja filmu. Jest niczym sokół maltański z dzieła Johna Hustona czy czarna walizka z „Pulp Fiction”. Jego faktyczna wartość nie ma większego znaczenia – cena ustalana jest na podstawie znaczenia, jakie ma dla poszczególnych bohaterów fabuły. A dla jednego z nich kamień zaczyna mieć znaczenie wyjątkowe. Kevin Garnett, odwiedzający sklep Ratnera sławny koszykarz, zaczyna wierzyć, że diamenty przynoszą mu szczęście i bez nich już nigdy nie wróci do formy na parkiecie. W tym momencie rozpoczyna się klasyczna zabawa w ściganego i ściganych. Ratner musi uciekać przed wierzycielami, a jednocześnie odzyskać i spieniężyć diamenty.

Opis fabuły zatem również nie wyjaśnia fenomenu tego filmu. W żaden sposób nie jest w stanie oddać poziomu immersji w świat przedstawiony, identyfikacji z niesympatycznym bohaterem, intensywności dreszczy przy kolejnych zwrotach akcji, niedowierzania wobec tego, co widzi się na ekranie, ogłuszenia krzykami, kłótniami i spazmatyczną muzyką. Każdy wymiar tego filmu jest intensywniejszy niż w innych dziełach. Wszystko huczy od emocji, bohaterowie nieustannie wrzeszczą i przekrzykują się, ciągle gestykulują, stroją miny, gdzieś się śpieszą, wypowiadają potoki słów, biją się, kombinują, kłamią, zwodzą i uwodzą, – a wszystko to doprawione jest drażniącą niczym skrobanie po tablicy progresywną muzyką elektroniczną rodem z lat 80., wwiercającą się w nasz mózg i falowo rozprzestrzeniającą się po całym układzie nerwowym.

Ale „Nieoszlifowane diamenty” to nie tylko intensywność audiowizualnego przeżycia ani kombinacja chwytliwych elementów kina gatunkowego. Fabuła bowiem nieoczekiwanie przekształca się w przenikliwy moralitet, który można czytać zarówno jako uniwersalną przypowieść o niepohamowanej ludzkiej naturze przeżartej zgubną chciwością, jak i jako bardzo aktualny komentarz społeczno-ekonomiczny na temat biznesowych elit, poziomu demoralizacji sektora finansowego i nierówności globalnego kapitału. Katalizatorem wszystkiego tego staje się niezwykle ciekawa i wielopoziomowa konstrukcja postaci Ratnera. Uosabia on wszelkie przywary opętanych żądzą pieniądza, którzy nie liczą się z niczym i nikim – nawet własną rodziną. Nie byłoby nadinterpretacją, gdybyśmy dostrzegli w tym bohaterze metaforę kapitalizmu, napędzanego zasadą maksymalizacji zysku i funkcjonującego w stanie permanentnego kryzysu, ciągnącego społeczeństwa ku chaosowi.

Dzięki kreacji Adama Sandlera ta antypatyczna, przeżarta fałszem i chciwością postać potrafi w najmniej oczekiwanym momencie wzbudzić w nas coś na kształt litości czy współczucia, a może nawet zrozumienia, wciągając tym samym w całe spektrum moralnych dylematów. Ratner jest jednocześnie obrzydliwy, szkaradny, wkurzający, ale także samotny i bardzo ludzki – niejako biorący na swoje barki wszystkie grzechy współczesnego świata uzależnionego od adrenaliny i pieniędzy, by pokazując ich obmierzłość, uwolnić nas od nich.

Seans „Nieoszlifowanych diamentów” to doświadczenie totalne. Film „ogląda się” ogłuszonymi uszami, skurczonym żołądkiem, obgryzionymi paznokciami, rozdrażnionym systemem nerwowym, wprawionym w stan palpitacji sercem, a dopiero na końcu, być może w najmniejszym stopniu, atakowanymi fluorescencyjnymi kolorami oczami. Ale przy tym powinno się nie zapominać, że film ten stanowi również, wielopoziomową, ostrą i przenikliwą krytykę współczesnych niesprawiedliwości finansowych i chciwości. Do tej pory nie sądziłem, że jeden film jest w stanie zapewnić mi tak szerokie spektrum przeżyć. Kino po „Nieoszlifowanych diamentach” już nigdy nie będzie takie samo.

 

 

„Nieoszlifowane diamenty”
reż. Benny Safdie, Josh Safdie
premiera światowa: 30.08.2019
dostępny na Netflixie

Odsłuchy lipca
07 sierpnia 2020

Odsłuchy lipca

Gdyby nie pewne nieprzyjemne okoliczności, spora część z nas spędzałaby teraz czas na którymś z festiwali muzycznych. Pamiętajmy jednak, że popowa maszyneria pracuje cały czas na wysokich obrotach...

Praca nad sobą i solidarność – ramowanie queerowego aktywizmu w Polsce
05 sierpnia 2020

Praca nad sobą i solidarność – ramowanie queerowego aktywizmu w Polsce

Wyrażając solidarność z represjonowanymi aktywistkami i aktywistami oraz wszystkimi walczącymi z homofobią i niewiedzą, a także stanowczo sprzeciwiając się wszelkim formom dyskryminacji oraz wypaczaniu rzeczywistości poprzez nazywanie LGBT „ideologią”, udostępniamy tekst z bloku tematycznego Furia i pride z kwartalnika „Czas Kultury” (1/2018)...