17 stycznia 2011

Wakat rzeczy znalezionych

Teatr Polski w Poznaniu tym razem zaproponował swojej publiczności dramat „Złodzieje” pióra Dei Loher, historię ludzi traktowanych (również przez samych siebie) jak rzeczy – częściej gubione niż odnajdywane.

W komentarzu reżyserskim Monika Dobrowlańska sygnalizuje związki dramatu z japońskim twórcą Genpei Akasegawą i jego ideą Tomasonów. Jednym słowem: zapowiada się smutna opowieść. Za tym nastrojem jednak nie kryje się więcej niż uporczywa myśl o przemijalności i nieprzydatności. Co znamienne, nie dostarcza nawet komentarza czy możliwych rozwiązań problemu. Po prostu obrazuje.

Spektakl rozpoczyna się przejazdem zdalnie sterowanego samochodziku przez scenę. Potem z mroku wyłania się szkielet karuzeli. Muzyk posadzony na jej osi wygrywa charakterystyczny skrzecząco-muzyczny motyw i wprawiona w ruch machina staje się ramą dla kolejnych scen dramatu. Karuzela wnosi na scenę kojarzone z nią cechy: tandetność (w tym wypadku – życia), przewidywalność, monotonię.

W tej ramie publiczność ogląda historię ludzi mimowolnie ze sobą połączonych – dziewczyny, która zaszła w ciążę i która usilnie próbuje odnaleźć swojego ojca zanim jej dziecko przyjdzie na świat, mężczyznę umieszczonego w domu spokojnej starości, w jego mniemaniu zapomnianego przez własne dzieci czy wreszcie małżeństwa, które rozpada się na skutek braku zrozumienia wzajemnych potrzeb. Jednak bohaterem „najstosowniejszym” jest osobliwy monolit – duet stworzony przez Wojciecha Klawata i Teresę Kwiatkowską – mieszczących się we wspólnym garniturze. Unieruchomieni i absurdalnie ze sobą zgodni (nawet poruszają się niczym lustrzane odbicia), grają swoje role bardzo rzeczowo (sic!), stając się jednym z wielu artefaktów. Ich jedynym celem staje się natychmiastowe przystosowanie i życie w bezmyślnym spokoju, toteż reagują raczej spokojnie na propozycję mężczyzny, który przyłapany na podglądactwie chce zamieszkać z nimi w ich domu.

Natarczywość powracających w sztuce – nazwijmy je pobieżnie –„rodzinnych” motywów w zasadzie nie prowadzi do końca rozpoczętych historii, a już na pewno nie prowadzi do przemiany bohaterów. Przedmiotowość stara się tutaj oddać przez wskazanie statyczności. W tym sensie ważna jest figura karuzeli – ludzie na niej siedzący nie poruszają się względem siebie i mimo że machina wiruje, oni pozostają na swoim (i tylko swoim) miejscu. Niebagatelną rolę odgrywa bezowocne oczekiwanie. I tak obserwujemy dwoje ludzi czekających na przystanku autobusowym, męża, który zapija rozpacz w tym samym miejscu, w którym pracował z żoną.

Spektakl pozostawia wrażenie niedopasowania na różnych poziomach. Czasami dotyczy to aktorów i ich roli (podstarzały hipis, któremu wyraźnie przeszkadza peruka), stopnia napięcia do prezentowanej historii (przeskakiwanie od monologu rozpaczy do zdegradowanej niemal do gagu historii kobiety czekającej kilkadziesiąt lat na swojego męża w pokoju hotelowym), długości sztuki do nerwów widzów (nie umotywowane dłużyzny w akcji).

Trudno powiedzieć jednoznacznie, żeby „Złodzieje” byli spektaklem nieudanym. Widzom nieoswojonym z klimatem przedstawień Teatru Polskiego mógłby się wydawać ciekawym. Stałą publiczność jednak na pewno (po raz kolejny!) uderzy rutyna wynikająca z nieustannego stosowania pewnej konstrukcji spektaklu, chwytów scenicznych, poruszania podobnej tematyki. Bohaterowie sztuki są złodziejami czasu, przestrzeni, środków i możliwości. Niech będą – chodzi jedynie o to, żeby publiczność nie czuła się okradziona.

Dea Loher „Złodzieje (Diebe)”
reżyseria, opracowanie muzyczne, przekład: Monika Dobrowolańska
scenografia i kostiumy: Petra Korink
reżyseria świateł: Monika Dobrowolańska, Petra Korink
choreografia: Yoshiko Waki
aranżacja muzyczna: Przemysław Witek
obsada: Teresa Kwiatkowska, Jakub Papuga, Anna Sandowicz, Ewa Szumska, Wojciech Klawat, Zbigniew Waleryś, Przemysław Witek/Tomasz Sośniak (pianino)
inspicjenci: Maria Skowrońska-Ferlak
prapremiera: 4.12.2010, Teatr Polski, Poznań

fot. Jakub Wittchen

Białe noce
18 lipca 2019

Białe noce

Ari Aster w „Midsommar. W biały dzień” wytwarza własny język i poszerza ramy gatunku. Zaciekawiony symbolicznym potencjałem mistycznego kina grozy, sprawdza, co jeszcze się tam kryje, kłębi i kotłuje...

Amalgamat (czyt. miszmasz)
17 lipca 2019

Amalgamat (czyt. miszmasz)

W zaskakująco skromnym programie tegorocznego idiomu festiwalu Malta, od lat stanowiącego najważniejszy blok festiwalowego programu, nie znalazło się niemal nic, co mogłoby dorównać maltańskiemu formatowi i realizowanym wcześniej ambicjom, które od lat wysoko ustawiały poprzeczkę oczekiwań widzów...