13 sierpnia 2012

W poprzek starego koryta Warty

Mknięcie rowerem na festiwal Ethno Port Poznań wywołać musi spory dysonans poznawczy, gdyż wydarzenie to zostało ulokowane w tej części stolicy Wielkopolski, która jest bodaj najgęściej upstrzona krzyżami celtyckimi czy napisami „White Power”. Dosłownie dwie ulice od starego koryta Warty – z którego, jak deklarowali organizatorzy, wypłynąć można było „w fascynującą podróż do odległych muzycznych światów” dostrzec można było antysemickie plakaty jednej z nacjonalistycznych organizacji. Z drugiej jednak strony przy pełnej energii, festiwalowej muzyce świetnie bawili się także ci, których – spoglądając na ich fizjonomię – stereotypowo można by uznać za autorów owych plakatów. I nie była to bynajmniej jedyna sytuacja, w której Ethno Port stanął w poprzek utartych schematów.

Pod względem muzycznym owo przełamanie konwencji odbyło się na dwóch zasadniczych polach. Po pierwsze, organizatorzy nie tylko na 3 dni zaszczepili multikulturalizm w sercu Poznania, ale także zadbali o to, by występujące na Ethno Porcie zespoły były trudne do jednoznacznego skojarzenia z danym państwem, a nawet z daną kulturą. Świetnym przykładem była tutaj ostatnia występująca kapela, czyli złożony z Rumuna, Niemca, Holendra i Turka amsterdamski kwartet Arifa, grający mieszankę arabskiego, anatolijskiego i bałkańskiego folku w połączeniu z elementami improwizacji.

Po drugie, występujące zespoły stanęły nie tylko w poprzek podziałów geograficznych czy utartych wyobrażeń kulturowych, lecz także śmiało przełamywały muzyczne konwencje. Oto żywiołowa Celso Piña, która rozgrzewała publiczność do późnych godzin nocnych pierwszego dnia festiwalu, odważnie łączyła latynoskie rytmy z elementami reggae, ska, hip-hopu czy R&B. Podobnie grupa Klezmafour, której koncert zapewne wielu na długo zapadł w pamięć z powodu olbrzymiej dawki energii, przelanej ze sceny na bawiący się tłum, mimo zastosowania klasycznych instrumentów (jak klarnet, skrzypce czy akordeon), kołysała publikę w quasi-hip-hopowym rytmie.

Jednak to, co dla jednych jest sporym atutem, u innych budzi rozczarowanie. Tak też zaprezentowała się grupa Noreum Machi z Korei. Faktem jest, że koncertowała ona w niezbyt sprzyjających okolicznościach – oprócz zimna i padającego deszczu negatywny wpływ na ogólny odbiór miało spore opóźnienie ich występu, które wyraźnie zaskoczyło organizatorów i znużyło słuchaczy. Występ, który stanowił w istocie połączenie typowego, wschodnioazjatyckiego folku, występów tanecznych i beat-boxu, zdecydowanie nie porwał publiczności. Chłodne – także, jak wspomniano, z przyczyn pogodowych – przyjęcie koreańskiej grupy miało swą, perwersyjną scenicznie, kwintesencję na końcu jej występu. Wówczas to konferansjer na widok szybko znikających spod sceny tłumów sztucznie wywołał bis.

Dobrym pomysłem organizatorów Ethno Portu był z całą pewnością podział imprezy na część bardziej „taneczną”, odbywającą się na dużej scenie pod gołym niebem, oraz tę bardziej „kameralną”, która miała miejsce w namiocie. W tej drugiej szczególnie w pamięć zapadł odbywający się drugiego dnia festiwalu koncert Amit Carmeli, który już na wstępie określił swój występ nie tyle jako koncert, ile jako „ceremonię”. Uduchowiona muzyka izraelskiego artysty składała się z minimalistycznego wokalu, sprowadzającego się raczej do zabawy możliwościami ludzkich strun głosowych, i równie minimalistycznej, początkowo wygrywanej na jednym tylko instrumencie linii melodycznej. Muzyk wykreowaną w ten sposób atmosferę okrasił posthumanistycznym przesłaniem, adresując swe rytmy także do ziemi, zwierząt i wody oraz  akcentując fakt, że jego granie nade wszystko kreuje wspólnotę duchową pomiędzy nim i słuchaczami.

Odwołanie do wody przewijało się podczas Ethno Portu kilkakrotnie, przede wszystkim w negatywnym kontekście wspomnianej, kapryśnej aury. Siłą rzeczy nie pomogło tu nawet nawoływanie konferansjera do „pogodzenia się z pogodą”. W tym kontekście ciekawie zabrzmiał głos przedstawicielek bułgarskiego zespołu żeńskiego Na Visoko, które stwierdziły, że „deszcz pada pięknie”, podczas gdy w ich rodzinnej wiosce Satowcza od wielu dni panuje susza. Śpiewaczki zaprezentowały unikalny wokal, tworzący kompozycję na tyle hermetyczną, że jakakolwiek domieszka instrumentalnej linii melodycznej mogłaby jej tylko zaszkodzić. Wysokie tony wyraźnie uwiodły publiczność, która bardzo pozytywnie reagowała na muzyczne opowieści o życiu codziennym bułgarskiej wsi. Występ Na Visoko stanowił zatem prawdziwy popis wokalnej wirtuozerii, będąc jednocześnie unikalnym doświadczeniem dla słuchaczy, gdyż ów sposób śpiewania charakterystyczny jest tylko dla najbliższej okolicy Satowcza.

Ethno Port był festiwalem, na którym pojawiły się grupy stosunkowo mało znane – o Amit Carmeli nie można znaleźć praktycznie żadnej informacji w otchłaniach polskiego Intenetu, Na Visoko zaś nie mają nawet własnej podstrony na Last.fm. Nikła ich popularność okazała się jednak atutem, stawiając słuchaczy w roli odbiorców nieszablonowego zjawiska muzycznego. Pewne zastrzeżenia można mieć jedynie do organizacji przedsięwzięcia. Na całokształt wpływ bynajmniej niepozytywny miały odbywające się w Polsce mistrzostwa Europy w piłce nożnej, których organizacja wymusiła przesunięcie Ethno Portu na sierpień oraz miała prawdopodobnie wpływ na niższą niż przed rokiem frekwencję publiczności. Zadziwiająco ubogo, w porównaniu do muzycznej palety, na której pomieszane były wszelkie możliwe kompozycje i style, przedstawiały się stoiska z gastronomią. Możliwość zakupu piwa marki Lech, bigosu, gofrów, naleśników czy kiełbasy z grilla stała niejako w poprzek wobec multikulturowego charakteru muzycznego wydarzenia. Negatywny wpływ na odbiór całości miały także, momentami spore, opóźnienia.

Pomimo jednak tych skromnych niedociągnięć, spośród których – co warto jeszcze raz podkreślić – nie wszystkie były możliwe do wyeliminowania, Ethno Port zdecydowanie zajmuje zasłużone miejsce w gronie najlepszych muzycznych festiwali na świecie. Różnorodna oferta, wiele godzin wspaniałej zabawy, wreszcie relatywnie niska cena karnetu (80 zł za trzy dni) czynią go godnym polecenia osobom w każdym wieku.

 

{gallery}ethno2012{/gallery}

fot. Maciej Kaczyński © CK Zamek w Poznaniu

Gwałtowne wejście w noc
20 sierpnia 2019

Gwałtowne wejście w noc

Celem Levinsona nie było chyba bezmyślne wzburzenie publiczności i to nie w tym miejscu wyznaczyłabym punkt ciężkości serialu – choć niewątpliwie ekstremizmy zwracają na siebie uwagę w pierwszej kolejności...

Poszukiwacze zaginionego sztućca
19 sierpnia 2019

Poszukiwacze zaginionego sztućca

Sztuciek wcale się w nowej roli nie odnajduje – powtarza wciąż, że jest śmieciem, odpadkiem i że nie powinien w ogóle istnieć. […] Oczywiście, widzieliśmy już Buzza Astrala przeżywającego w pierwszym filmie kryzys tożsamości, kiedy musiał pogodzić się z tym, że jest zabawką a nie prawdziwym astronautą – ale sytuacja Sztućka wydaje się jeszcze poważniejsza...