08 marca 2012

W całej ozdobie

„Muzyka jest sztuką, a to znaczy, że muzyka, która osiągnęła stadium świadomej realizacji swojej natury, dostępna jest tylko cywilizacji zachodniej i w dodatku dopiero od czterech czy pięciu stuleci”.

Wystan Hugh Auden

Philippe Herreweghe po raz trzeci nagrał „Mszę h-moll” Jana Sebastiana Bacha. Dzieło niesamowite, jedyne takie w historii muzyki, przyćmiewające wszystko, co wcześniej i później skomponowano, uderzające zarazem rozmaitością i spójnością, łączące mnogość jakże różnorodnych pierwiastków w genialnie połączoną, zharmonizowaną całość.

Ukazanie struktury muzycznej, potraktowanie warstwy wokalnej i instrumentalnej w całym ich wewnętrznym uwikłaniu formalnym zdają się w tym utworze sprawą życia i śmierci. Taka bowiem była pierwotna filozofia tej niezwykłej kompozycji. Bach powziął zamiar ukazania w „Mszy h-moll” syntezy wszelkich dawnych i współczesnych stylów wokalnych, od nowoczesnej fugi po renesansowy cantus firmus. A do tego wszystkiego doszła jeszcze głębia duchowa, której zdefiniować i pomierzyć nie sposób, ale bez której ta fenomenalna muzyka byłaby li tylko praktycznym przeglądem muzycznych stylów.

„Msza h-moll” wymaga szczególnej pieczołowitości, mądrej, przemyślanej, wszechstronnej estetyki, z jednej strony, spójności wykonawczej, z drugiej, wyczulenia na szczególną w jej przypadku zmienną nastroju, dynamiki. Wykonawcy winni wykazać się elastycznością, pamiętając przy tym o całości architektonicznej utworu. Mamy zatem skupienie, głębię i umiar, na drugim biegunie – dynamikę, energię i rozmach. A wszystko to należy inteligentnie równoważyć, zwłaszcza, że „Msza” skomponowana została tak, by fragmenty różnorodne emocjonalnie konsekwentnie się przeplatały. W praktyce wykonawczej wygląda to zwykle w ten sposób, że dyrygenci preferujący grę dynamiczną, witalistyczną, ostrą często nie są w stanie zbalansować części wymagających skupienia i powściągliwości. Zapędzają je niepotrzebnie lub przyhamowują, ale w sposób sztuczny i pozbawiony emocji, przechodząc całkowicie obok tej muzyki. I odwrotnie – ci, którzy preferują estetykę stonowaną, nie zawsze dźwigają fragmenty wymagające mocy, siły, potężniejszego, odważnego dźwięku. Ilustracją pierwszego przypadku jest chociażby stare nagranie Johna Eliota Gardinera (Monteverdi Choir i The English Baroque Soloists) lub nie tak dawna – i bardzo chwalona! – rejestracja, której dokonał Konrad Junghänel z zespołem Cantus Cölln (zaproponował on w partiach chóralnych bardzo dzisiaj popularną pojedynczą obsadę).

Przypadek drugi doskonale charakteryzuje nagranie Philippe’a Herreweghe, to dla Harmonii Mundi, zarejestrowane w 1996 roku. Powolne, jakieś takie chłodne. Kiedyś mi się bardzo podobało, ale byłem wtedy młodszy, trochę jednak głupszy. Potem nie słuchałem go całe lata, wróciłem niedawno, kiedy dowiedziałem się, że Collegium Vocale nagrało „Mszę” po raz kolejny. Powiało strasznym chłodem, jakby zastępy śmierci wzięły się za muzykę. Chociaż jestem zwolennikiem interpretacji stonowanych, raczej wstrzemięźliwych – i tak właśnie rozumiem Bacha, tutaj jednak rzecz poszła zdecydowanie zbyt daleko.
O ileż inaczej w przypadku najnowszego nagrania! Znakomite! Idealnie waży proporcje poszczególnych części i jest przejrzyste fakturalnie. Usłyszałem tutaj drobiazgi, których próżno szukać w jakichkolwiek innych interpretacjach – na przykład jakże wyraźnie akompaniujące niby w drugim planie organy i fagoty w basowej arii „Quoniam tu solus sanctus”. Już pierwsze Kyrie: spokojne, delikatne, ale nie usypiające, a przy tym takie wyraziste. Fugi przejrzyste we wszystkich czterech głosach. Delikatne i nazbyt stopliwe brzmienie dawnego Collegium Vocale powodowało, że części kontrapunktyczne były niekiedy rozmyte, zlewały się w jednolity pogłos.

Fragmenty dynamiczne idealnie dopełniają się z tymi wymagającymi skupienia i refleksji. Przejście od monumentalnej „Glorii” do „Et in terra pax” następuje płynnie, potem zrazu napięcie powolutku wzrasta, gęstnieje, aby w następnym fragmencie spotkać się z pełnym liryzmu „Laudamus te”. Tak przez cały utwór. Prawie dwie godziny genialnie wymyślonych i zinterpretowanych zaplotów emocjonalno-estetycznych. Chór jest elastyczny i kiedy trzeba, lirycznie wygładza fakturę, słyszymy wtedy stare Collegium Vocale. Ale dzisiaj śpiewacy Philippe’a Herreweghe potrafią zadysponować również dźwięk potężny, pełen blasku. I powtórzmy to jeszcze raz: wszystko połączone w jednorodną uczuciową i strukturalną całość, chociaż każdy odcinek jest tutaj inny i posiada własną niepowtarzalną charakterystykę muzyczną. Wielkie wyzwanie i wyłącznie dla najlepszych – aby pozostać w tych różnorodnościach od początku do końca konsekwentnym.

Orkiestra jak zwykle perfekcyjna, a jej brzmienie, podobnie jak to ma miejsce w przypadku chóru, także uległo niewielkiemu, acz wyraźnemu wyostrzeniu. Wszystko jest tutaj żywe, barwne, pastelowe, ale nic nie pędzi na złamanie. Soliści dobrani idealnie, co w przypadku nagrań dla Harmonii Mundi nie zawsze miało miejsce (poprzednia firma fonograficzna wymuszała pewne nazwiska). Teraz jest inaczej – głosy typowo Bachowskie – przejrzyste artykulacyjnie, nie epatujące przesadnym, nazbyt emfatycznym dźwiękiem.

Interpretacja prawie doskonała, bo doskonałej nie ma i nigdy nie będzie. Herreweghe zbliżył się do ideału, w którym emocje muszą się zrównoważyć z rygorem ściśle intelektualnym. Jan Sebastian Bach urodził się w czasach, kiedy nie istniał jeszcze oczywisty dla nas, współczesnych, podział na nauki humanistyczne i ścisłe. Wtedy to wszystko przenikało się naturalnie ze sobą i dlatego twórca „Mszy h-moll” mógł charakteryzować siebie jako tego – to teza Christopha Wolffa – kim w fizyce był na przykład Izaak Newton. I tak jak Newton, również Bach badał struktury, możliwości gatunków muzycznych, odkrywał prawa rządzące uporządkowanymi artystycznie następstwami dźwięków. Jego utwory mogą być tedy postrzegane na miarę eksperymentów naukowych, a „Msza h-moll” – filozoficznej summy.

Philippe Herreweghe i Collegium Vocale glosa po glosie odczytują księgę, z maestrią, znawstwem, ze smakiem.

Johann Sebastian Bach: Missa in h-moll
Collegium Vocale Gent, Philippe Herreweghe, Dorothee Mields – sopran I, Hana Blažiková – sopran II, Damien Guillon – kontratenor, Thomas Hobbs – tenor, Peter Kooij – bas
Wytwórnia Phi (LPH 004), edycja 2011, 2 CD

 

Fot. z okładki płyty.

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...

Odległa bliskość
14 października 2019

Odległa bliskość

„Ad Astra” jest zarazem intymnym dramatem i wyjątkowo widowiskowym kinem; staje się i filozoficznym traktatem, i interwencyjnym ostrzeżeniem. Gray sięgnął po kosmiczną skalę, bo być może tylko ona jest w stanie pomieścić ogrom ludzkich lęków i fantazmatów...

Mapa polskiego tańca
11 października 2019

Mapa polskiego tańca

W świetle strukturalnej organizacji Platformy trudno zaproponować inne rozwiązanie niż uznanie kompetencji grona selekcjonerów złożonego z artystów, dziennikarzy, kuratorów i teoretyków tańca, dobranych z uwagi na kryteria specjalizacji zawodowej, płci i wieku...