18 września 2020
halik
Kadr z filmu, mat. prasowe

Uwierzyć w najciekawsze

Tony Halik w czasie wojny był lotnikiem RAF-u, zestrzelono go nad kanałem La Manche. Podczas rekonwalescencji zdobył pierwsze doświadczenia dziennikarskie, które po wojnie połączył z pasją do podróżowania. Zwiedził cały świat; mieszkał wśród Indian, co niemal przypłacił życiem, polował na tygrysy, przejechał jeepem obie Ameryki, współpracował z magazynem „Life” i był stałym reporterem NBC. A przynajmniej tak twierdził. Biografia najsłynniejszego polskiego podróżnika jest pełna czarnych dziur, fantazji, przeinaczeń. Marcin Borchardt, autor dokumentu o Haliku, drobiazgowo rekonstruując losy swojego bohatera, ustala sporo faktów i weryfikuje wiele nieprawd. A mimo to – i co najważniejsze – nie odbiera jego życiu fascynującej mgiełki tajemniczości.

Nie jest łatwo robić filmy dokumentalne o takich postaciach jak Halik – być może z tego właśnie powodu nikt przed Borchardtem nie zabrał się za stworzenie pełnometrażowego, audiowizualnego portretu tej postaci. A przecież jego życie to gotowy materiał na film! Wydaje się, że tak myślał o sobie nawet sam Halik: kreując siebie, kierował się dokładnie tą samą zasadą jak podczas pisania podróżniczych książek i tworzenia programów telewizyjnych – „nie pozwólmy prawdzie zepsuć znakomitej opowieści”. Mit stał się fundamentalną częścią jego życia. Dlatego najważniejszym zadaniem, przed którym stanął Borchardt, było zachowanie w nienaruszonym stanie fascynującej legendy Halika.

I to zadanie reżyser wykonał wzorowo. Dokumentalista daje wgląd w fantazje podróżnika na temat własnego życia, ale jednocześnie naświetla źródła faktograficzne, co sprawia, że jego bohater jawi się jako postać wielowymiarowa. W filmie występują: syn podróżnika, który opowiada o swojej nietypowej młodości, wielu przyjaciół Halika, towarzyszy jego podróży oraz jego druga żona – Elżbieta Dzikowska. Każdy z nich przedstawia Halika z innej perspektywy, ale polifonia głosów tworzy ostatecznie spójny portret bardzo zniuansowanej postaci.

Największą siłą „Tony’ego Halika” są znakomicie zestawione archiwalia. Borchardt wykonał wielką pracę poszukiwawczą, dotarł do – wydawałoby się – zagubionych wcześniej nieznanych materiałów, jak choćby te kręcone podczas strajków w Stoczni Gdańskiej. Powstał dokument montażowy: cały film składa się tylko i wyłącznie z nagrań samego Halika. W ten sposób reżyser pozbawił dokument gadających głów i niejako podążył za narracją, jaką Halik sam tworzył. Momentami dokumentalista uzupełnia materiały wizualne warstwą dźwiękową, oddając głos mówiącym z offu znajomym podróżnika, którzy z niekiedy niekrytą satysfakcją weryfikują przekłamania. Najwięcej na ten temat ma do powiedzenia jego syn – Ozana. Niespotykane imię dziecka jest również owiane legendą. Według Halika tak samo nazywał się Indianin, który miał uratować mu życie podczas walki między rdzennymi plemionami Amazonii, w jakiej podróżnik uczestniczył. Mniej fascynująca wersja wydarzeń – a co za tym idzie, bardziej prawdopodobna – mówi natomiast, że takie imię nosił mały indiański chłopiec, którego szczególnie polubiła żona Halika.

Podróżnik nie rozstawał się z kamerą, tworząc barwną kronikę swoich wyjazdów. Borchardt momentami wchodzi w bardzo ciekawy dialog z tworzonymi przez Halika nagraniami. Dokumentalista nie bał się ich dekonstruować, pokazując tym samym, w jaki sposób podróżnik fingował mrożące krew w żyłach materiały z polowania na tygrysy czy jak podkolorowywał relacje z Bożego Narodzenia spędzanego w środku dżungli. Niczego to Halikowi nie ujmuje, wręcz przeciwnie – pokazuje, jak sprawnym był filmowcem, z jaką wirtuozerią posługiwał się dramatyzującym montażem. Trzeba pamiętać, że Halik kręcił swoje podróżnicze narracje w czasach, gdy niechętnie przyznawano się do wpuszczania do dokumentu elementu fikcji. A on czynił to nagminnie.

Szkoda jednak, że Borchardt nie poszerzył swojego filmu o kontekst tłumaczący kulturę, w której funkcjonował Halik. Dziś ucho rażą wykorzystywane przez Halika nomenklatura i epitety. Bez skrępowania nazywa on Indian „dzikimi”, egzotyzując ich i sprowadzając do podróżniczej atrakcji, którą można sprzedać „cywilizowanym” niczym turystyczne pamiątki. Halik jednak rozpoczynał swoją podróżniczą działalność jeszcze w czasach kolonialnych, najprawdopodobniej nie był też zaznajomiony z klasyką pism antropologicznych zrównujących umysł tubylców z logiką człowieka zachodniego. Dłuższy cień na postać Halika kładzie jednak coś innego.

Borchardt co prawda nie ocenia pod względem moralnym swojego bohatera, ale nie unika przedstawiania problematycznych epizodów z jego biografii. Najbardziej frapujący pochodzi z czasów, gdy Halik powrócił w latach 70. do Polski z Elżbietą Dzikowską. Bogate materiały i relacje świadków sprawozdają o poziomie jego życia w tamtym okresie – bardzo komfortowego, opływającego w luksusy, zupełnie niewspółmiernego do poziomu życia przeciętnego Polaka. Ten status Halik zawdzięczał zbrataniu z władzą. To ona zezwalała mu na dalsze podróżowanie po świecie. Czego domagała się w zamian? W pewnym momencie pojawia się wątek tajnego współpracownika. Nie tylko w tym politycznym kontekście życie Halika bywa krytycznie oceniane przez komentatorów. Dotyczy to także sfery prywatnej – szczególnie krytycznie opowiadanej przez syna, który uważa, że nigdy nie miał prawdziwego, troskliwego ojca, bo Halik zawsze przedkładał swoje pasje nad wszystko inne, w tym rodzinę.

Skłonność do ubarwiania podróżniczych przygód ściśle splata się u Halika z chęcią tworzenia własnej biografii w taki sposób, by była pozbawiona wszelkich niewygodnych epizodów. Jak podróżnik przeżył II wojnę światową, w jaki sposób utrzymywał wysoki status życia w PRL-u, jak sprawdzał się jako ojciec? Tego wszystkiego możemy się tylko domyślać. Halik zrobił wiele, by unikać oceny jego poczynań w kategoriach „prawdy” i „fałszu”. Starał się, by przygoda i egzotyka rekompensowały jego skłonność do fingowania. Borchardt to szanuje, dlatego momentami jego dokument przypomina awanturniczy film przygodowy, pełen zwrotów akcji, niespodziewanych wydarzeń i barwnych podróży. Ale jednocześnie reżyser nie pozwala, by narracja Halika zdominowała dzieło. Nie boi się dywersyfikacji punktów widzenia i rzucania na postać Halika nieco odmiennego światła. Wszystko to sprawia, że oglądamy przede wszystkim obraz podróżnika jako wielkiego mitotwórcy, od mitu uzależnionego, za każdym razem coraz bardziej ubarwiającego opowiadane wydarzenia.

Dzikowska mówi, że zawsze wierzyła Halikowi w najciekawszą wersję jego przygód. Zaś ja wierzę w każde słowo Borchardtowi.

 

„Tony Halik”
reż. Marcin Borchardt
premiera: 6.09.2020
film dostępny także online w ramach 17. Millenium Docs Against Gravity

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...