12 grudnia 2017
orginal_picture_24654

Urodzeni wrogowie zwierząt i „heroiczna wierność” gołębi

Wbrew interpretacji, którą może podsuwać okładkowe zdjęcie, „Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii”, rzadko bawi i rozczula. Zwykle przeraża, konfrontuje czytelnika z rzeczywistością i zmusza do stawienia czoła temu, kim przez kolejne wieki dla zwierząt był człowiek. Bo przecież również z tego zdjęcia – małego, a zarazem wielkookiego pieska w ubraniu i czapeczce – wyłania się ludzka zabawka, awansująca niewiele wcześniej na „najlepszego przyjaciela człowieka”. Druga książka Érica Barataya idzie tą samą drogą. „Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie”, ponownie śledzące losy zwierząt zależnych od ludzi, to doskonałe uzupełnienie wcześniejszej lektury.

Autor obu tomów nie kryje przed czytelnikiem, jakie ograniczenia wiążą się z jego badaniami i perspektywą. Do oczywistości należy brak bezpośrednich świadectw ze strony tych, którym poświęcona jest historia. Zwierzęta reagują na sytuację, na ludzi, na ból, cierpienie i przyjemność, jednak są to stany pozajęzykowe, zauważalne w danym momencie, ale – do pewnego momentu – rzadko rejestrowane na taśmie czy fotografii. Perspektywa autora dla wielu czytelników może być kontrowersyjna przez śmiałe przekroczenie granic prostodusznie pojmowanej etyki, która kreśli swoje zainteresowania wokół człowieka i tylko człowieka. Jak pisze Baratay:

Musimy zrobić dla zwierząt to, co zrobiliśmy dla innych ludzi w XX wieku, kiedy etnologowie uwolnili się od etnocentryzmu, nakazującego mówić o prymitywnych albo dzikich, oraz wykazali się empatią i etnomorfizmem, dostrzegając to, czemu wcześniej zaprzeczano, jak również relatywizmem w rozumieniu różnic. Należy przyjąć tę zasadę patrzenia na innych i myśleć o zwierzętach zarazem jak o podobnych do człowieka, aby zawczasu nie ucinać wielokierunkowych poszukiwań, tylko je prowadzić, oraz różnych od niego, by ukazać specyfikę każdego z nich.

W obu książkach pojawia się mnóstwo źródeł pisanych nie tylko przez właścicieli zwierząt, ale także przez ich bacznych obserwatorów. Zoologów, weterynarzy, a także amatorów i sympatyków konkretnych gatunków czy ogólniej – świata zwierząt. Źródła tego rodzaju (listy, pamiętniki, także powieści i dokumenty urzędowe) są niesłychanie bogate, mimo że nie wolne od przesądów, ograniczeń naukowych, a nawet wybiórczości opisu. Autor nie pozwala nam ostatecznie zawierzyć wszystkiemu, co czytamy. Nie pozwala ustabilizować swojego poglądu czy wyobrażenia na temat relacji człowiek–zwierzę. Nieunikniona tu perspektywa, która dowartościowuje zwierzęta, stara się wydobyć złożoność ich sytuacji i nie pozostaje obojętna na ich los, jest wielką wartością tej książki. Także czytelnika, który nie stracił dotąd wrażliwości na ból – także niemej – istoty, czeka wiele wyzwań. Dla sumienia, wyobraźni i zmysłu krytycznego.

Autor definiuje swoją pozycję i dobór tematów:

Zajmuję stanowisko pośrednie, które polega na wychodzeniu od ludzkiej historii, aby wyjaśnić, jak przeżywają i odczuwają ją zwierzęta, i w ten sposób staram się zbliżyć do ich własnej historii. Stąd wybór zjawisk historycznych angażujących zwierzęta udomowione, które jako jedyne – poza oswajanymi niekiedy na przykład w zoo – są na co dzień werbowane i wykorzystywane, jako jedyne są nieustannie popychane do działania, a nawet wykazywania inicjatywy, czy wreszcie do pracy zawodowej: transportowania, produkowania, dotrzymywania towarzystwa, bawienia itp.

„Zwierzęcy punkt widzenia” obfituje w bardzo szczegółowe opisy rozwoju zwierząt, ich „formowania” przez hodowców i krytyczną refleksję na temat przebiegu oraz standardów przyjmowanych w takim kształtowaniu gatunków, aby wypełniały oczekiwania człowieka. Skupienie się na zwierzętach udomowionych pozwala zajrzeć pod podszewkę ludzkich wyobrażeń na temat tego, czym różni się od nas zwierzę, w jaki sposób definiowana jest jego funkcja (zawsze z punktu widzenia człowieka) czy wreszcie gdzie przebiega granica postrzegania zwierzęcia jako bliskiego człowieka, a gdzie jako mięsa, maszyny lub środka transportu. Nie będzie zaskoczeniem dla czytelnika tej książki fakt, że nie są to poglądy stałe i że różnią się w zależności nie tylko od miejsca i czasu, ale również gatunku zwierzęcia. Za bardzo cenne uważam to, że Baratay nie stroni także od indywidualnych świadectw, zwracając uwagę na chwalebne wyjątki. Jednym z przykładów jest weterynarz Boissier walczący z kierownictwem kopalni w Gard, które widzi uważa za „urodzonych wrogów koni”, pisząc: „nie kryją zresztą, że patrzą na nie jak na maszyny, a w konsekwencji tak też się nimi posługują”.

O wysokiej jakości obu książek świadczy przede wszystkim to, że autor nie operuje ogólnikami, nie wyręcza czytelnika w ocenie tego, czego doświadczają zwierzęta. To prace doskonałe materiałowo, oferujące wgląd w historię relacji ludzi i zwierząt bez sentymentów, a jednocześnie bez pustego moralizatorstwa. Baratay operuje nierzadko obrazami bardzo brutalnymi, kreślonymi bez wahania i precyzyjnie. Mało tu fabularyzacji, wiele – konkretu, procedur, materialności i cielesności.

W kopalniach konie doświadczają ponadto znacznie gwałtowniejszego stresu podczas spuszczania do szybu, które odbywa się przez długi czas „w kapocie”. Każde zwierzę widzi i czuje, jak powala się je na ziemię, kładzie na boku, wiąże siecią, pasami, rzemieniami, a następnie unosi, zawiesza w pustce w pozycji siedzącego psa, opuszcza powoli, aby nie uderzało o ściany, choć często nie udaje się przy tym uniknąć mniej lub bardziej głębokich zadraśnięć. Strach, jaki sidła wywołują w tej roślinożernej zdobyczy (kondycja, która warunkuje całą jej psychologię), sprawia, że serce jej się ściska, oddech staje się urywany, ciało tężeje, kończyny drżą, oczy się rozszerzają.

W książkach znaleźć można też wiele informacji dotyczących tego, co prawdopodobnie większość czytelników podejrzewa, ale tutaj znajduje swój wyraz w długotrwałych obserwacjach:

Zdarza się często, że zwierzę rani się przy nakładaniu chomąta i odmawia pracy pod okiem jednego woźnicy, podczas gdy prowadzone przez innego, bardziej troskliwego, służy wyśmienicie.

Dostrzegając „behawioralną elastyczność koni”, nie tylko woźnica, ale i hodowcy zyskują niepowtarzalną wiedzę na temat komunikacji i znaczenia komunikacji międzygatunkowej. Nie oznacza to oczywiście, że wraz z uzyskaniem tej wiedzy los koni się poprawia. Czytelnikom tych książek pozwala jednak dojrzeć jeszcze bardziej dobitnie, że zwierzę nie jest maszyną. Że nie tylko czuje, reaguje na bodźce, ale ma indywidualne preferencje, rozpoznaje ludzi i daje wyraz swoim emocjom i obserwacjom. A nade wszystko – że w efekcie okrutnych czy bezmyślnych działań człowieka cierpi i umiera.

Baratay wiele miejsca poświęca krowom (nie ukrywam, że były chwile, kiedy miałam już dosyć opisów kolejnych gatunków i ich rozwoju), koniom i psom. Konie zajmują niewątpliwie uprzywilejowane miejsca. Raz ze względu na ich wielorakie funkcje w życiu i pracy człowieka, dwa – złożoność samych koni. Ich zachowania, przyzwyczajenia, preferencje (np. lęk przed nagłymi zmianami) były też chętnie odnotowywane i komentowane przez kolejne dziesięciolecia, co także wpływa na pełniejszy obraz tych zwierząt. To skądinąd uzmysławia, jak wiele zależy również w tej sprawie od człowieka. To zwierzęta, które omawiamy, które stają się nam emocjonalnie czy intelektualnie bliskie, których obecność w ogóle odnotowujemy – stają się w podstawowym sensie bardziej „żywe”, rzadziej postrzegane jako oddychające maszyny, które można eksploatować i, najzwyczajniej, zjadać, jeżeli sobie tego życzymy. Przy tej okazji ujawnia się też to, jak dalece człowiek sobie podporządkował zwierzę. Jak czytamy w „Zwierzęcym punkcie widzenia”:

Tryb życia również nie mógł zwierzętom odpowiadać, zwłaszcza połączenie przestrzeni żywienia, odpoczynku, wydalania, które na pastwisku zawsze rozdzielają, bez wątpienia po to, aby nie przeszkadzały im zapachy, kontakt, wilgoć… Co więcej, konie te muszą znosić legowiska źle dostosowane do ich potrzeb, stworzone wedle ludzkich kryteriów ceny i robocizny, decydujących o tym, że słoma […] często zostaje zastąpiona innym materiałem.

Ale są też krowy, którym autor poświęca wiele miejsca, bardzo szczegółowo śledząc ich historię i rozwój. Ma to kapitalne znaczenie dla zrozumienia, jak bardzo człowiek stworzył to zwierzę, które dziś postrzegamy jako odwieczną oczywistość. Krowa daje mleko – wiedzą to nawet najmłodsze dzieci. Pełne zdanie brzmiałoby jednak – człowiek doprowadził do tego, że krowa stale daje mleko. Weganie przodują w dogłębnym rozumieniu tego, jak bardzo fałszywą świadomość człowiek wytworzył dla samego siebie przez dekady. Każdorazowy argument w rodzaju „przecież krowy i tak dają mleko” chwieje się w posadach:

Chodziło o to, aby funkcję, która naturalnie trwa określony czas, uczynić ciągłą; aby przekształcić niewyspecjalizowane krowy w wydajne i permanentne krowy mleczne, nawet już bez cielaka: „staramy się zrobić z nich tylko maszyny do mleka”, jak pisze Grongier w 1834 roku, podkreślając zerwanie z „porządkiem natury”. […] Konsekwencje okazują się dotkliwe, jak to obserwuje Grognier w Lyonnais. Krowy są zmęczone, a nawet wyczerpane przez tę wymuszoną laktację, „której nie spotyka się w naturze”, do tego stopnia, że ich konstytucja wydaje mu się „niemal patologiczna”.

Nie inaczej wygląda ludzkie wyobrażenie o zgodzie krów czy wręcz potrzebie, aby oddawać mleko człowiekowi. Oczywiście, na tym etapie brak dojenia jest bolesny. Nie wynika on jednak z konstytucji krowy, ale z tego, co z krową uczynił przez lata człowiek:

Najnowsze badania etologiczne w takich zakładach pokazują, że krowy dobrze znają zasady pracy, często z wyprzedzeniem robią to, czego się od nich oczekuje, szybko przyzwyczajają się do nowych procedur, uciekają się do podstępu, na przykład próbując uniknąć dojenia lub nie idąc tam, gdzie chce tego hodowca, jeśli nie mają na to ochoty: czekają wówczas do ostatniej chwili lub pozorują wymagane zachowania, przerywając je, gdy to tylko możliwe.

„Zwierzęcy punkt widzenia” – wbrew wrażeniom, które można odnieść na podstawie powyższych cytatów – nie oszczędza czytelnika. Dobitne opisy wyrywania uszu psom, katowania zwierząt, głodzenia zwierząt, bestialskiego okrucieństwa czy bezbrzeżnej głupoty i niewrażliwości nie pochodzą jednak wyłącznie od autora. Ponownie czytelnik jest konfrontowany z dokumentami, danymi i świadectwami obserwatorów. Wstrząsające – naprawdę wstrząsające – opisy zachowań wobec zwierząt to coś, co nie może pozostawić obojętnym i obojętną. Spokojne sumienie „miłośników zwierząt”, posiadaczy psów i kotów, którzy zajadają się burgerami i carbonarą, może takie pozostać, jeżeli zdystansują się wobec tych opisów w nihilistycznym geście „tak to już jest na świecie”. Obfite opisy uboju krów, procedur, które się wdraża – ich zalet, wad i skupienia ludzi na własnej wygodzie, uderzają – co zaskakujące – spokojnym tonem autora. Wszystko to, co jest oferowane czytelnikowi, oferowane jest bez histerii i z dużą krytyczną świadomością. Historia zwierząt nie jest pisana bezinteresownie i bez myśli przewodniej. To jednak po stronie czytelnika leży to, w jaki sposób tę książkę wykorzysta. Jej cel to nie tylko rozbudzenie świadomości i wrażliwości czytelnika na „zwierzęcy punkt widzenia”, ale także ukazanie w możliwie pełny sposób innych aktorów naszej historii. Tych mniej widocznych i cichszych. Intelektualna uczciwość wobec tej książki domaga się bardziej znaczących argumentów oddalających tę perspektywę niż przyzwyczajenie, gust kulinarny czy zastany porządek świata. Ten bowiem także ulega zmianom.

Łatwe i spontaniczne zabijanie psów w miastach było na porządku dziennym do międzywojnia, na wsi zaś – do lat sześćdziesiątych. Psy chore, ranne, stare, złe albo po prostu niepotrzebne, brzydkie, niechciane, których nie można lub nie chce się wyleczyć, których nie chce się już żywić, są topione, wieszane, trute, powalane strzałem lub ciosem siekiery w czaszkę albo też rzucane żywcem w dół, jamę, studnię, a nawet sprzedawane szmaciarzom, którzy biorą na siebie to zadanie, a następnie sprzedają skóry do fabryk rękawiczek (rozwiązanie spopularyzowane po wprowadzeniu podatku z 1855 roku). Zwierzęta często konają powoli, tracą siły na walkę albo nie padają przy pierwszej próbie, czemu towarzyszy ogromny ból i głębokie „nieszczęście”, tak jak w wypadku psa, który ucieka z pękniętą czaszką, bez części głowy, odjętej niezręcznym uderzeniem siekiery!

Psy zostają związane grupowo, razem podniesione, wyją, próbują się uwolnić, a następnie długo wiszą, skowycząc; konają w ten sposób często ponad godzinę, gdyż zbiorowe duszenie zajmuje więcej czasu, a w wypadku wielu z nich okazuje się niewystarczające, dobija się je wówczas uderzeniem pałki. Albowiem zarówno tu, jak i w miejscu ćwiartowania, dokąd właściciele oddają psy na zatracenie, zwierzęta te „bardzo trudno zabić; gdy się je powiesi, nie umierają od razu i trzeba je zatłuc, żeby uciszyć ich krzyki”. W Paryżu, aby tego uniknąć, od 1879 roku psy umieszcza się po trzydzieści lub czterdzieści w komorach wypełnionych gazem pierwotnie używanym w miejskim oświetleniu. Umierają szybciej, operacja rzadziej kończy się niepowodzeniem, ale stresują się przy tym, są poruszone, wyją, cierpią – różnie, ale prawdziwie – przez dziesięć minut, kiedy komora napełniana jest gazem, oraz kolejne dziesięć do piętnastu oczekiwania na efekt. Agonia skraca się do pięciu minut wraz z zastosowaniem kwasu węglowego w 1903 roku, ale zabieg ten nie od razu upowszechnia się na prowincji.

Baratay opiera swoje rozważania na temat psów na pęknięciu, które dokonuje się wraz z przemianami postrzegania tych zwierząt. Warto dostrzec tu na wskroś krytyczne spojrzenie autora, który także w udomowieniu czy też uczynieniu „towarzyszem” niektórych zwierząt dostrzega dwuznaczność i ludzką skłonność do niewolenia innych istot. To, co dziś wydaje się oczywiste albo wręcz „naturalne” – jak to, że krowy dają mleko w trybie ciągłym bez względu na posiadanie cieląt – w istocie takie nie jest. Dotyczy to także psów i ich wprowadzenia do najbardziej eleganckich domów:

Psy rodzinne są inne niż wszystkie: nie pracują, lecz towarzyszą; nie zostawia się ich na zewnątrz, uwiązanych lub zamkniętych w psiarni, ale mogą swobodnie krążyć po domu; nie wałęsają się po drogach, ponieważ pilnuje się, aby szybko i regularnie wracały, albo wyprowadza, zresztą coraz częściej na smyczy. Ekstrawagancja, jaką – wedle Balzaca – są spacery na smyczy w pierwszych trzydziestu latach XIX wieku, dobrze ilustruje niezwykłość tej praktyki oraz zaistniałe zerwanie.

Co ciekawe, autor zauważa przy tej okazji, że w XX wieku wraz z rozwojem relacji z właścicielami, tracą w istocie kontakt z innymi zwierzętami (innymi psami, ale także innymi gatunkami). Dobrze widoczne jest to także w „Zwierzętach w okopach. Autor idzie za ciosem i ponownie snuje zajmującą (choć nieco mniej) historię zwierząt. Tym razem skupia się na okresie I wojny światowej oraz losach zwierząt podczas walk na froncie, zwierząt porzucanych i „walczących”. Jak pisze autor:

Musimy pamiętać o wszystkich zwierzętach domowych porzuconych wzdłuż frontu przez uciekających cywilów. Trafiają one pod ostrzał, zostają natychmiast zabite lub też skonfiskowane, a następnie są wykorzystywane lub przygarniane jako maskotki. Były też wreszcie dzikie zwierzęta uwięzione między liniami frontu albo zwabione tą pustą ziemią niczyją. Wypełniały one żołnierzom godziny bezczynności.

Skupienie się na tej właśnie wojnie wydaje się ciekawe o tyle, że I wojna światowa zwykle opisywana jest pierwszy moment wykorzystania nowoczesnych militariów. Zwierzęta wydają się postaciami z antypodów tego wyobrażenia. Co ciekawe, autor szczegółowo różnicuje podejście różnych armii do zwierząt, włącznie ze skalą wykorzystania poszczególnych gatunków (muły, konie, psy, gołębie) i stosunku do ich przymusowej służby. O ile książka ta jest o wiele bardziej uporządkowana i systematyczna, to pierwsza pozycja wywołuje największe wrażenia wyniesione z lektury badań Barataya. Ta późniejsza ma jednak szansę dotrzeć do innych czytelników – tych zainteresowanych historią polityczną XX wieku, I wojną światową i strategiami wojennymi. Moje zainteresowania oscylują raczej wokół tej pierwszej pozycji i to z niej wynieść można najwięcej nie tyle może uniwersalnych, ile ogólniejszych rozważań i przemyśleń. „Zwierzęta w okopach…” dostarczają jednak o wiele więcej historii zwierząt, dostrzeżonych przez człowieka w swojej złożoności. Poruszające są opowieści o współistnieniu ludzi i zwierząt, wzajemnej bliskości i dbaniu o siebie nawzajem. Zaskakuje to, jak dalece żołnierze byli czuli wobec psów i koni, jak nierzadko obecność tych zwierząt ratowała ich od postradania zmysłów. Wyjątkowe miejsce na tej wojennej mapie zajmują psy, szkolone do szukania rannych. Ich niewątpliwe zasługi w ratowaniu ludzkiego życia są imponujące, doceniane i zauważane przez ludzi. W książce pojawia się zresztą wiele „wyrazów uznania” dla zwierząt i ich „służby” na froncie. To temat nie do przegapienia.

Gorzej wygląda sytuacja zwierząt długotrwale i bez należytej opieki transportowanych setki kilometrów. To tam umierają, cierpią i chorują. Także te refleksje nie pozwalają zapomnieć ani na chwilę o tym, że wszystkie te zwierzęta są, jak tytułuje Baratay jeden z rozdziałów, „zwerbowane wbrew woli”. Że stawiają opór i nie mają tu żadnych interesów narodowych ani militarnych do zrealizowania:

Innym rodzajem reakcji zwierząt na presję wywołaną przez wojenne warunki i przemoc ze strony ludzi jest opór – od nieposłuszeństwa, poprzez przebiegłość, aż do czynnej agresji. Wydaje się to szczególnie istotne, ponieważ dowodzi, że zwierzęta nie są maszynami, wbrew przekonaniu rozpowszechnionemu w owych czasach, a podtrzymywanemu przez niektórych także dzisiaj.

Na obie te książki składają się setki historii i dowodów. Pytanie tylko, czy dowody zawsze wystarczają, żeby przekonać człowieka.

 

Éric Baratay, „Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii”
tłumaczenie: Paulina Tarasewicz
Wydawnictwo w Podwórku
Gdańsk 2014

Éric Baratay, „Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie”
tłumaczenie: Barbara Brzezicka
Wydawnictwo w Podwórku
Gdańsk 2017

Seks, trumny i walizki
19 lipca 2018

Seks, trumny i walizki

Krzysztof Warlikowski od przeszło dekady konsekwentnie rozwija swój teatr monumentalny. Nie licząc realizacji operowych zaczęło się to gdzieś pomiędzy „Aniołami w Ameryce” a „(A)pollonią”...

Miłość w czasach rock’n’rolla
17 lipca 2018

Miłość w czasach rock’n’rolla

„Na plaży Chesil” zarzucić, nie ma artystycznego lenistwa – to nie prosta adaptacja, w której mamy wrażenie, że znani aktorzy cytują nam jedynie najciekawsze fragmenty książki, a stojąca na uboczu kamera jedynie ich obserwuje...