26 marca 2019
cza__stki_kobiety_fot-NK__12_
fot. TR Warszawa

Udając życie

„Cząstki kobiety” w reżyserii Kornéla Mundruczó to przedstawienie, które sformatowane jest dla nas – widzów przywykłych do oglądania telewizyjnych programów paradokumentalnych. Przychodzimy do TR Warszawa nie po to, by obejrzeć przedstawienie, ale na pokaz „udawania życia” w dwuodcinkowej odsłonie, które rozgrywa się w polsatowskim studiu ATM. Mundruczó pozwala sobie na trochę ironii wobec widzów, osadzając ich w przestrzeni studia w charakterze specjalistów od tego typu programów. To lekki pstryczek w nos wymierzony przez reżysera, bo kto z nas chociaż raz nie trwonił czasu, śledząc losy uczestników „Big Brothera” czy serial dokumentalny „Chłopaki do wzięcia”?

Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, jak w dobrze skrojonej notce w gazecie z programem telewizyjnym pierwszy odcinek można streścić tak: Maja i Lars (Justyna Wasilewska, Dobromir Dymecki) spodziewają się dziecka. Trwają przygotowania do porodu. W czasie rozwiązania dochodzi do niespodziewanych komplikacji. Czy młoda położna (Monika Frajczyk) poradzi sobie z przyjęciem na świat nowego członka naszej planety? Odcinek drugi: Do swojego niewielkiego mieszkania w bloku Matka (Magdalena Kuta) zaprasza na obiad Larsa i Maję oraz jej siostrę z mężem (Agnieszka Żulewska, Sebastian Pawlak). Na obiedzie, jako kłopotliwy gość, pojawia się jeszcze jedna kobieta (Marta Ścisłowicz). Będzie podawana pieczona kaczka. Matka próbuje zrozumieć, dlaczego Maja nie przeżywa żałoby. Co stanie się z Larsem? Czy kaczka będzie im smakowała?

Tak to właśnie, linearnie i bez pośpiechu, biegnie czas w tym reality-spektaklu. Twórcy chcieli w nim ukazać przede wszystkim drogę everywoman i jej osobiste doświadczenie, moment, kiedy pragnienia kobiet zostają zmiażdżone. Jednak te zamierzenia nie do końca sprawdziły się na scenie.

Maja rodzi w domu w asyście położnej i Larsa. Widzowie siedzą na rozłożonych poduszkach, jakby mieli uczestniczyć w lekcji szkoły rodzenia. Trzy ściany wytapetowane są zdjęciami USG, a czwarta to fasada bloku z oknem i wyjściem na balkon. Na niej to Mudruczó będzie wyświetlał akcję przyjmowania porodu, który toczy się za ścianą. Druga część spektaklu to spotkanie w mieszkaniu Matki cierpiącej na postępującą chorobę Alzheimera. Realistyczny klimat tej części przełamywany jest niezbyt udanymi nawiązaniami do estetyki realizmu magicznego. Przy otwarciu lodówki pojawia się dym jak z krypty grobowej; po podłodze raczkuje lalka dziecka ze świecącymi na czerwono oczami; tak samo świecą oczy wypchanych ptaków, które kolekcjonuje Matka. Czas pieczenie kaczki rozciąga się niemiłosiernie.

Ta estetyka szybko się przejada. Czekam na zaskoczenie, które niby nadchodzi, ale jakoś niemrawo. Fabuła coraz bardziej nuży, ciągnie się i dłuży. Są sceny zwierzeń, wypominań dawnych krzywd, przygadywań, rozmowy przy stole i w kuchni – ale one nie są żadną niespodzianką, szybko grzęzną w martwym punkcie. Dopiero na sam koniec spektaklu nadciąga długo wyczekiwane zaskoczenie, z impetem jak opóźniony pociąg TLK wjeżdżający na stację. Okazuje się, że Lars jest zadłużonym narkomanem, który chce uciec od Mai, a Maja nie chce przeżywać żałoby po stracie dziecka. W dodatku rozszyfrowała już wcześniej intencje Larsa i ubiegła go, inicjując rozstanie.

Aktorzy robią, co mogą, aby rozgrzać i uwiarygodnić swoje postaci. Chcą też pokazać, że gdzieś pod warstwami realizmu i taniej psychologii w tekście Katy Weber tętni dramat samotnej kobiety. Przeżywany „po swojemu” – intymnie. Intymność ta nie jest eksponowana na scenie poza jednym wyjątkowym momentem. Otóż kiedy wszyscy opuścili już Matkę – spotkanie się zakończyło, a kaczka się spaliła – wygasza ona światła w mieszkaniu i okrywając się kocem, kładzie się na wersalce jak gdyby na piętnastominutową drzemkę. W półmroku zapalają się czerwone oczy wypchanych ptaków (trochę to tandetny, ale jednocześnie urzekający pomysł), które strzegą śpiącej, rozścielając złowieszczą aurą odstraszającą jej potencjalnych krzywdzicieli. To jest najlepsza – jedyna wzruszająca – scena tego przedstawienia.

Może w „Cząstkach kobiety” wcale nie chodzi o wzruszenia i o Maję, o jej dziecko i (nie)przeżywaną traumę, a właśnie o Matkę? Mając świadomość, że traci pamięć, chce ona osunąć się w swój świat, jak w sen – śmieszny i niezrozumiały dla innych. Ten sen może przynieść ukojenie i stać się panaceum na samotność jednostki, przeżywaną intymnie i w smutku. Dla tej finałowej sceny warto iść na spektakl TR i razem z Matką otworzyć okno, by przewietrzyć pokój przed snem.

 

Katá Weber, „Cząstki kobiety”
tłumaczenie: Jolanta Jarmołowicz
reżyseria: Kornél Mundruczó
scenografia: Monika Pormale
muzyka: Asher Goldschmidt
dramaturgia: Kata Weber
TR Warszawa
premiera 13.12.2018

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...

Deep in Voguing
15 czerwca 2019

Deep in Voguing

Voguing – wpisany w tkankę sceny ballroomowej – wykroczył poza modną formę tańca, stając się subkulturą z własną społecznością, estetyką i aksjologią. Dziś przeżywa nowe życie – a tych miał co najmniej kilka na przestrzeni ostatnich stu lat...