04 maja 2020
comis_1

Tysiące lat przepaści pokoleniowej

„Paper Girls” to dobry przykład tego, jak powinno się prowadzić postaci, aby mogły one ratować historię w jej słabszych momentach. I choć scenariuszowi Briana K. Vaughana można wiele zarzucić – to ja z komiksowymi dziewczynami bawiłam się wspaniale.

Sześciotomowa seria autorstwa Briana K. Vaughana (scenariusz), Cliffa Chianga (rysunek), Matta Wilsona (kolory) i Jareda K. Fletchera (liternictwo) dobiła do brzegu – Non Stop Comics wydało ostatni zeszyt w grudniu 2019 roku. Teraz pozostaje czekać, aż jedna z popularnych platform streamingowych stworzy na podstawie tej historii serial, bo trudno zignorować taki potencjał.

Tytułowe „Paper Girls”, cztery dwunastolatki: Erin, Tiffany, KJ i Mac, zajmują się rozwożeniem gazet w Stony Stream, fikcyjnej dzielnicy bardzo prawdziwego miasta Cleveland (które w 2010 roku „Forbes” ogłosił najbardziej przygnębiającym miastem w USA). Mamy 1988 rok, bardzo wczesny poranek po Halloween, kiedy nasze protagonistki po raz pierwszy pracują w czwórkę. Po ulicach Stony Stream wciąż wałęsają się niedobitki po halloweenowych zabawach, policja i… kosmici? Niebo rozbłyska światłem tysięcy gwiazd, zewsząd słychać grzmoty, a Cleveland zapełnia się dziwnie wyglądającymi istotami mówiącymi w jeszcze dziwniejszym języku, którym na pewno nie jest hiszpański.

Kto i dlaczego pojawił się tego poranka w Cleveland – tego Vaughan nie wyjawi zbyt szybko. Tymczasem nasza uwaga skupia się na dwóch innych płaszczyznach – dynamicznej akcji oraz rozwoju bohaterek. Obie napędzane są przez motyw znany z wielu innych historii SF: podróż w czasie.

Dobrze przedstawiony motyw podróży to szansa zarówno dla scenarzysty, jak i rysownika, który ma okazję zaprezentować wizualność wielu odmiennych światów. Podróże w czasie mogą być zarówno ogromną frajdą, jak i straszną męczarnią – a w obu wariantach chodzi przede wszystkim o perspektywę czytelnika. Bo motyw ten doczekał się wielu rozmaitych realizacji, zaś autorzy wciąż często odczuwają pokusę zrobienia „czego-nikt-jeszcze-nie-widział” – w wyniku czego zazwyczaj w skomplikowanym labiryncie wyjaśnień gubi się sam scenarzysta, a wraz z nim czytelnicy. Mam wrażenie, że Vaughan doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nawet nie silił się na zbytnią oryginalność, w zamian szukając w konstrukcji spójności. Czy mu się powiodło?

Bohaterki komiksu są bystre, odważne, wyszczekane, zabawne. Są niepewne, przestraszone, wściekłe. Erin, Tiffany, KJ i Mac to cztery dziewczyny o zróżnicowanych charakterach, ambicjach czy pochodzeniu – a jednak coś ciągnie je do siebie. Pierwszy tom, wprowadzający do historii, pokazuje – (w większości) jeszcze bez psychospołecznego kontekstu – dziewczyny działające razem, w grupie. Każdy kolejny skupia się na jednej z nich. Dziewczyny konstruują swoją tożsamość poprzez konfrontację z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością – w zależności od tego, w której rzeczywistości się znajdują. Dzięki zawiązywanym relacjom z innymi, drugoplanowymi bohaterkami (a i tutaj znajdziemy świetne, intrygujące postaci) i w końcu poprzez konfrontację z sobą – z tym, kim chciały być, kim są i kim nigdy nie będą – odkrywają siebie. Poznanie przyszłości oznacza dla bohaterek zmaganie się z nią. Kiedy więc Erin poznaje dorosłą siebie, kwituje to stwierdzeniem: „Chyba, jak dorosnę, będę chora umysłowo”. Nastolatce niezwykle trudno przyjąć do wiadomości, że jej młodzieńcze marzenia rozmyły się gdzieś po drodze. Nie łatwiej ma dorosła Erin, która musi skonfrontować się z ogromnym rozczarowaniem, jakie wywoła(ła) u samej siebie i które dotychczas udawało jej się uciszać kolejnymi dawkami xanaxu. Podobnego zawodu z powodu przyszłej wersji siebie dozna Tiffany, dotychczas przekonana, że z pewnością osiągnie w życiu sukces. Rozumie przez to „zostanie kimś wielkim”, co napędzane jest skutecznie ambicjami jej adopcyjnych rodziców. Ostatecznie okazuje się, że gdzieś w przyszłości nastąpi bunt przeciwko marzeniom opiekunów, prowadzący do zaprzepaszczenia zawodowej kariery. Nieco innego odkrycia doznaje KJ, która w trzecim tomie doświadcza „wizji” – te pozwalają jej przede wszystkim postawić pytania o własną seksualność, która będzie wyzwaniem także dla innych bohaterów. Obserwujemy również zmagania KJ z doświadczeniem morderstwa i świadomością bycia osobą, która odebrała komuś życie – a wszystko to rozgrywa się w kontekście jej dotychczasowego rozwoju duchowego: bycia praktykującą Żydówką. Mac natomiast zmierzyć będzie się musiała ze świadomością nieuleczalnej choroby, a ostatecznie perspektywą śmierci – czy należy walczyć z tym, co nieuniknione? A może nic tak naprawdę nie jest przesądzone?

Ta dziewczyńskość udała się Vaughowi świetnie. Bohaterki można jeść łyżkami i nigdy nie mieć dość. Mimo niesamowitego, momentami przesadzonego tempa narracji autor pozwala postaciom na rozwój, zmianę i przejście czegoś w rodzaju kursu przyspieszonego dojrzewania. Niestety, każdy kolejny kadr poświęcony rozwojowi postaci to mniej miejsca na wyjaśnienie głównego konfliktu. Czy wobec tego należało obciąć dziewczynom „czas antenowy”? Nie, historii przydałoby się jeszcze kilka rozdziałów.

Motywem przewodnim napędzającym fabułę jest konflikt przebiegający między starszym i młodszym pokoleniem. Niestety, aż do czwartego tomu nie dowiadujemy się na jego temat zbyt wiele, a pojawiające się informacje i kolejne rozwiązania wydają się przekombinowane i chaotyczne – tym bardziej że tu również scenarzysta postanawia umieścić kilka „szokujących” zwrotów akcji.

Spróbujmy wyjaśnić, dlaczego dziewczyny mogą doświadczać przedziwnych przygód. W komiksowej fabule XXI wiek przynosi możliwość podróży w czasie. Bardzo szybko odkrycie to zostaje obwarowane przez Starszych wieloma zakazami i regułami. Pierwsze pokolenie, wychowane już całkowicie w rzeczywistości, w której podróże w czasie są możliwe, ma inny stosunek do tego wynalazku. Młodzi w odkryciu widzą nie zagrożenie, lecz nowe możliwości – a konkretnie możliwość naprawienia błędów przeszłości. Bohaterscy chłopcy ze swoimi idealistycznymi wizjami ruszają więc w podróż w czasie. Starzy i Młodzi skorzystali lub korzystają w jakiś sposób z tej możliwości. Jedni i drudzy uważają, że mają rację, zaś druga strona się myli – co stanowi znany i zgrany chwyt konstrukcyjny.

Przez pewien czas autorzy komiksu każą nam wierzyć, że w przypadku Młodych mamy do czynienia z bohaterami, którzy postanowili poświęcić swoje życie dla „sprawy”. Potęguje owo odczucie fakt, że Starsi bardzo szybko uznają dziewczyny za takie same zagrożenie jak Młodych. Wątek ten wypada jednak mało wiarygodnie – niemal od razu czytelnicy mogą wyczuć, że obie strony zarówno mają rację, jak i się mylą. Walka pomiędzy idealistami a pragmatykami, pomiędzy chcącymi ustanowić nowe zasady i chroniącymi status quo jest więc tak nieprzekonująca, aż w pewnym momencie przestaje nas interesować. Zatrzymać uwagę czytelnika mogą właściwie jedynie dziewczyny – to, co robią i jak to się dla nich skończy. Ale i tu dochodzi do niespójności: choć scenarzysta sugeruje, że główne bohaterki stanowią klucz do całej zagadki, w czytelniku powstaje wrażenie odwrotne: że ich udział w historii jest dość przypadkowy. Nie musi to wcale być wadą! Bo czy ciekawe historie i niezwykłe przygody mogą zdarzać się jedynie wybrańcom? Nie pomaga również bardzo przyspieszone zakończenie wskazujące, że całej tej hecy można było uniknąć dzięki... zwyczajnej rozmowie. Okazuje się bowiem, że wystarczy zapewnić o dobrych intencjach i wyjawić kilka oczywistych „sekretów”, aby na przestrzeni kilku stron zamknąć konflikt, który – według scenarzysty – napędzał ludzkość przez tysiące lat.

Zagadnienie: „kto, po co i oczywiście jak?”, żelazny punkt każdej opowieści z motywem podróży w czasie, wyjaśniający sposób jej odbycia i z jakimi konsekwencjami się wiąże, najpierw jest przez scenariusz całkowicie ignorowane, potem dość chaotycznie tłumaczone, a na samym końcu bezpardonowo ucięte zakończeniem w stylu deus ex machina.

Vaughan nie może się zdecydować, czy ufa spostrzegawczości swoich czytelników, czy jej nie wierzy. Scenarzysta kładzie bardzo duży nacisk na dwa elementy: detale i cliffhangery. Te pierwsze w komiksie ukazane zostały wręcz w nadmiarze – symboli, przypadkowych zdarzeń, nic nieznaczących imion i absurdalnych snów mamy w „Paper Girls” na pęczki; i zdawałoby się, że to od naszej czujności zależy, jak szybko nadamy im sens. Vaughan pozwala bowiem czytelnikowi na samodzielną obserwację i wyciąganie wniosków. I w tym przypadku jednak jest rozdarty pomiędzy brakiem zaufania odbiorcy a pozostawieniem mu swobody interpretacji. Dlatego w kilku naprawdę ważnych momentach nie wytrzymuje i z pomocą swoich bohaterek zwraca uwagę na coś, co absolutnie nie może czytelnikowi umknąć. Drugi element składowy – cliffhangery – ma oczywiście spore znaczenie w pierwszej zeszytowej publikacji komiksu; kiedy jednak czyta się „Paper Girls” od deski do deski, jego nagromadzenie może zmęczyć. Mimo to nie można odmówić komiksowi zdolności do zatrzymania uwagi czytelnika – nawet na jednorazową, powolną i uważną, lekturę całej serii.

Jednym z mocniejszych punktów jest bez dwóch zdań strona wizualna i pochwalić trzeba zarówno rysownika, jak i kolorystę. Oczy cieszą detale graficzne – stroje, budynki, auta, przedziwne maszyny, fantazyjne krajobrazy. Twarze bohaterek nie są zniekształcane i dziewczyny przez całą serię wyglądają tak samo. Jednakże największe wrażenie robią zdecydowanie kolory – żywe i wibrujące. Komiks jest piękny – warto czasem oderwać się od wartkiej akcji, aby docenić pracę włożoną w jego warstwę graficzną.

Ukłony należą się Bartoszowi Sztyborowi, który całość bardzo zgrabnie przetłumaczył – łącznie ze stylizacją, grami słownymi czy bełkotem, który bełkotem jest tylko z pozoru, bo po dłuższej chwili zaczyna nabierać sensu.

„Paper Girls” ma całą masę mocnych elementów – jako najważniejsze wskazać należy świetne kreacje bohaterek, wartką akcję oraz rewelacyjne ilustracje i kolory. Ma też kilka scenariuszowych problemów, a z ich powodu – zdecydowanie o kilka rozdziałów za mało. Nie zmienia to faktu, że z Erin, Tiffany, KJ i Mac fantastycznie spędza się czas. Właściwie czekamy już tylko, by ich historię zobaczyć na małym ekranie.

 

„Paper Girls” tom 1–6
scenariusz: Brian K. Vaughan
rysunki: Cliff Chiang
tłumaczenie: Bartosz Sztybor
wydawca polski: Non Stop Comics
2017–2019

Numinosum
21 maja 2020

Numinosum

[…] jednocześnie fascynuje i przeraża, wywołuje ekstazę i grozę. […] Tak świętość jako zjawisko próbował wyjaśnić religioznawczy klasyk Rudolf Otto; ale dokładnie tak samo można określić doświadczenie religijne, o którym opowiada w serialu „Devs”...

Porozmawiajmy o umieraniu
19 maja 2020

Porozmawiajmy o umieraniu

Szczerość Chast ciekawie odbija się na samej formie komiksu – bo tak naprawdę mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko komiksem. To raczej pamiętnik, do stworzenia którego Chast wykorzystała nie tylko komiks, ale także notatki, wiersze, szkice i zdjęcia...