10 marca 2011

Trawa ludziom nie szkodzi

24 lutego w klubie Blue Note w Poznaniu lud oszalał na 100 minut. Konkurencja była zacięta, bo przecież tego wieczoru miał miejsce również mecz Lecha Poznań.

Łąki Łan to zespół niewątpliwie specyficzny. Patrząc na scenę muzyczną, wypada oczywiście stwierdzić, że specyfika ta jest zaletą – nawet jeśli liczona jest komuś in minus. Szuka się odpowiedników – porównuje do zespołu Blenders, w elementach country („Texasco”) szuka się elemntów wspólnych ze świetnym Mitch&Mitch. Przykleja karteczki z nazwami gatunków muzycznych. Pisze się o funku/punku przeplatanym elementami folkowymi, nierzadko wzbogaconym prostymi elektronicznym tłem. I wszystko się zgadza, ale to chyba jednak niepotrzebne. Największą zaletą tego zespołu jest jego nienormalność, nieokreśloność. Czy raczej: brak potrzeby określenia. W ich obecności, nawet w ciemnym wnętrzu klubu ludzie byli narażeni na cały dziwaczny festiwal jaskrawych barw, tworzony przez niezliczoną ilość fikuśnych elementów garderoby. Straganik z „pamiątkami” był przebogaty i wyraźnie uszczęśliwiał zniecierpliwionych ludzi. Cały wizerunek zespołu oparty jest przecież na kiczu, zadziwianiu obciachem i czarowaniu słuchacza surową energią.

Punktualnie o 20.00 artyści weszli na scenę i zrobili to, co potrafili najlepiej: pokazali swoją wizję świata. I choć chwilami nie wydawała się ona zdrową, przynajmniej w znaczeniu psychicznym, to mimo to ich muzyka wręcz poraziła ludzi, którzy jeszcze chwilę przed koncertem leniwie popijali piwo, z rzadka tylko zerkając na scenę. Łąkowi ludzie poderwali ludzi z miejsc i nie puścili aż do końca.

A o to przecież chodziło, żeby poszaleć, poskakać, powrzeszczeć. Już w piątym utworze granym tego dnia publika włączyła się do występu, śpiewając na zmianę z wokalistą. Dalej interakcje były coraz bardziej pozytywnie wypaczane przez osobliwy styl zespołu. Wymyślone uwielbienie do świata łąkowej przyrody nakazało wnieść na scenę ogromną gąsienicę, której obecność wprowadziła moment hipnotycznej melancholii. Były też momenty bardziej przyziemne, choć wyrwane z trawiasto-owadziej estetyki. Mniej więcej w połowie koncertu Paprodziad, wokalista, wykrzyczał słowa „zdrowie Leszka!”. Prawie jednocześnie nad tłumem oblegającym scenę pojawiła się piłka, przez kilka minut bardzo konsekwentnie podbijana w rytm muzyki. To jeszcze bardziej poprawiło atmosferę i dodało niemal sportowej energii.

Można było usłyszeć w Blue Note zarówno utwory z pierwszej, jak i drugiej płyty grupy. „Big Baton”, „Galeon”, „Luźny łan”, „Łąki funk” i „Zakochaj mię weź”, wnosząc po reakcji publiki, przyjęte zostały najlepiej. W międzyczasie płynne przejścia pomiędzy poszczególnymi utworami wzbogacił nieco cover utworu „Funk Soul Brother” Fatboy Slima, co tylko przysłużyło się dynamice koncertu. Po godzinie zespół udał się na moment za scenę, ale nie trzeba było długo prosić i już po chwili Łąki Łan rzucili w stronę tłumu prośbę: „Przywitajcie nas brawami!”. Artyści wracali na scenę jeszcze raz, bisy były naprawdę długie, rozdmuchane. Całość trwała niemal dokładnie półtorej godziny.

Nastrojów nie były w stanie popsuć drobne niedociągnięcia, jak choćby brzmiące przypadkowo zmiany tempa. Od strony technicznej nikt też nie liczył na żadne fajerwerki. Wszystko było zagrane przyzwoicie. Teksty pozbawione były sensu, przesłania, jakiegokolwiek znaczenia – i nikomu to nie przeszkadzało. To nie ten klimat, nie ten rodzaj koncertu, żeby się tym przejąć. Teksty – przetykane lub przekręcane losowo angielskimi zwrotami, wyrazami – to zresztą kolejny znak charakterystyczny zespołu,. Czasem wręcz, nazwijmy to, figlarne („Who you wanna be? Whoyem wanna be?”), czasem symulujące improwizację i artystyczny chaos. Zdaje się, że taki patent działa. Swój image jednak członkowie Łąki Łan wyeksploatowali chyba do granic możliwości. Począwszy od ubioru i ksywek, a skończywszy na tekstach naszpikowanych udziwnionymi, „łąkowymi” zwrotami.

Prawdopodobnie wszystko już widzieliśmy. Zewsząd słychać głosy, że Łąki Łan zaczynają zjadać własny ogon, że pomysł się wyczerpuje. I można narzekać, ale reakcje fanów na koncertach przekonują, że ich granie na żywo zapewnia mnóstwo radochy. I choć można długo wymieniać i opisywać ich grzechy, zaniedbania, to może lepiej dać się porwać pod scenę.
Łąki Łan
Poznań, Blue Note,
24.02.2011

(Po łebkach) w stronę queerstory
16 listopada 2018

(Po łebkach) w stronę queerstory

Zaczyna się i kończy mocno. Z pomysłem. Gorzej z środkiem, od metodologii po treść. Smakowicie zapowiadająca się „Dziwniejsza historia” Remigiusza Ryzińskiego przypomina queerstoryczny kalejdoskop, wirujący w takim tempie i naszpikowany tyloma lusterkami, że o zagubienie przyprawił samego autora, bo o ile wypada pochwalić Ryzińskiego za intencję, o tyle wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia...

Głęboki oddech („Killing Eve”, „Bodyguard”)
15 listopada 2018

Głęboki oddech („Killing Eve”, „Bodyguard”)

Zarówno „Bodyguard”, jak i – pół roku wcześniejszy serial – „Killing Eve” charakteryzują się cechami, które nieczęsto idą w parze. Zwięzłość, psychologiczne skomplikowanie, wartka policyjna i detektywistyczna akcja, realizm przedstawienia połączony z wyrazistym konceptem narracyjnym...