10 marca 2017
klatwa_060
fot. Magda Hueckel

To nie jest fajka

„Klątwa” to spektakl, który tylko inicjowany jest na scenie, ale toczy się poza nią – w mediach, na ulicach, podczas niedzielnych kazań i kawiarnianych dyskusji. Chociaż jako przedstawienie teatralne nie jest doskonały, znakomicie osiąga zamierzony cel. Oliver Frljić obnaża nim naszą obłudę, prowokuje do zdecydowanego opowiedzenia się po którejś ze stron aktualnych, motywowanych religijnie polskich konfliktów i udowadnia, że obraz nie jest niczym więcej niż tylko obrazem.

„Klątwa” z warszawskiego Teatru Powszechnego sprawiła, że świat stanął na głowie. Kiedy tylko ogłaszane są kolejne terminy grania spektaklu, bilety rozchodzą się na pniu. Wiele osób, które nie przywykły do tej czynności – modli się! W ten sposób próbują apelować do lepiej ustawionych w środowiskowej hierarchii koleżanek i kolegów, błagając ich o pomoc w zdobyciu wejściówek. Z kolei ci, którzy na co dzień deklarują przywiązanie do modlitwy, znacznie częściej przeklinają – zarówno aktorów biorących udział w spektaklu, jak i jego publiczność. Nie stroniąc przy tym od inwektyw, które napełniają dumą szczęśliwych posiadaczy biletów gromadzących się w teatralnym foyer. Wreszcie mogą się pochwalić swoimi nawykami przed lewicowo nastawionymi znajomymi. Zatem – zasiadając na widowni z poczuciem dumy z powodu dotykającego ich „prześladowania” – chętnie manifestują online, gdzie są. Po kilku selfies na tle kościelnych sztandarów i rozmodlonego tłumu przed teatrem mogą z uśmiechem powtarzać za Tadeuszem Kantorem (i Maciejem Nowakiem), że w to miejsce nie chodzi się bezkarnie. Zwłaszcza jeśli teatr ten – jak głosi napis na frontowej ścianie Powszechnego – „się wtrąca”.

Jestem propagatorem takiego wtrącania i gorącym zwolennikiem łączenia sztuki i życia. Nie mam nic przeciwko temu, żeby artyści zdecydowanym głosem mówili o sprawach bieżących. Chcę, żeby nie powstrzymywali się przed zajmowaniem stanowisk czy manifestowaniem własnych przekonań. Pogląd, że twórcy zawsze powinni pozostawać poza doraźnymi sporami politycznymi, uważam za postawę asekurancką, która ogranicza wolność wypowiedzi i jest szkodliwa. Polityka wtrąca się do życia kobiet, edukacji naszych dzieci, ogranicza nasze wolności i prawa. Na co dzień wtrąca się tak do mojego życia. Ale nawet gdybym żył w państwie idealnym, nadal byłbym przekonany, że sztuka ma pełne prawo wtrącać się do polityki. To nie tylko możliwość – to jej powinność. Tym bardziej że (dzięki wolnościowej licencji o horacjańskich korzeniach) dysponuje środkami niedostępnymi na innych płaszczyznach dyskusji publicznej. Artyści, jak wszyscy ludzie świadomi swojego miejsca w świecie, powinni mieć własne zdanie. Niech będą zimni albo gorący – niech letnich publiczność wypluje z ust swoich! Sztuka, która łączy się z życiem, żyje – niosąc się echem poza galerie, sale widowiskowe i teatralne sceny. Niech więc prowokuje, wywołując dyskusje i spory; niech poszerza zakres swojego oddziaływania; niech zawłaszcza swoim spektaklem szerokie przestrzenie i rozlewa własne wpływy na całą przestrzeń publiczną. Niech prowokuje i oburza! A jeśli może zawstydzać – niech się wstydzi ten, kto robi, nie ten, kto widzi.

Artystyczna prowokacja pełni ważne funkcje. Zmusza do zastanowienia, rewidowania utartych przekonań i popycha do konkretyzacji poglądów i zdecydowanych reakcji. Zachęca nie tylko do myślenia, ale i działania. A ono, jeśli odbywa się w przestrzeni publicznej – choć samo w sobie może być traktowane jako spektakl – jest sposobem na wyrwanie się poza krytykowane przez Guya Deborda społeczeństwo spektaklu. Dlatego akceptując środki użyte przez autorów „Klątwy” i uznając ich prawo do artystycznej prowokacji, uznaję też prawo manifestantów do wyrażania swoich poglądów – zarówno przed teatrem, jak i w każdych innych dekoracjach. Ten spektakl, podważając utarte znaczenia symboli, do których przywiązana jest spora część Polaków, zachęca do refleksji na temat typowej dla nas wszystkich, fasadowej moralności. Jeśli szacunek dla symbolu jest ważniejszy niż szacunek dla innego albo mającego inne poglądy człowieka, postawa ta trąci bałwochwalstwem. I chociaż nie jestem zwolennikiem sokratycznej metody prowadzenia dialogu z religijnymi ekstremistami, tym razem chętnie spytam ich o to, co wojujący dzisiaj o szacunek dla symboli Kościół ma wspólnego z przykazaniem miłości? Czy polska wspólnota katolicka, niesiona sojuszem z władzą państwową, nie dryfuje przypadkiem na wody judaistycznej doktryny starotestamentowej?

W miejscu, w którym spotykają się władza, religia i wolność wyrażania poglądów poprzez sztukę, zaczyna się problem, którego w zachwycie nad społecznym zasięgiem oddziaływania „Klątwy” nie można pominąć. Stronnicza prezentacja wybranych treści spektaklu w mediach publicznych niepokoi i oburza, ale na tle innych, tendencyjnych prezentacji nadawców podległych władzy już raczej nikogo nie dziwi. Egzorcyzmy, modlitwy przebłagalne, manifestacje i inne formy religijnej obrzędowości mające łagodzić gromowładny gniew katolickich świętych, jawią się zgoła ciekawie – jako barwna forma ludycznego folkloru. Przyjrzenie się jego wcieleniom – całkiem wdzięcznym i widowiskowym, chociaż najczęściej pozbawionym serdeczności – pozwala zauważyć, że do dzisiaj mocno trzymają się w naszym kraju środowiska, których mentalność zakorzeniona jest w średniowieczu. Prawdziwy problem zaczyna się w momencie, kiedy w spór rozbieżnych, subiektywnych poglądów, niezależnie od tego, czy motywowane są wyznawaną religią, czy przekonaniami, angażuje się aparat władzy. Uznaję przy tym, choć nie bez wątpliwości dotyczących stosowanych przez nich środków, prawo polskich hierarchów do obrony symboli przywłaszczonych przez reprezentowaną przez nich instytucję. To na nich Kościół katolicki od wieków opiera swój autorytet. Dlatego nie oburza mnie deklaracja Konferencji Episkopatu Polski, która stwierdza, że spektakl Frljicia „ma znamiona bluźnierstwa”. Szczerym gniewem reaguję dopiero, kiedy podległa ministrowi polskiego rządu Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga z urzędu wszczyna dochodzenie w sprawie obrazy uczuć religijnych i nawoływania do zabójstwa Jarosława Kaczyńskiego. Ze sceny!

Frljić nieraz stosował prowokację jako środek estetycznego oddziaływania reżyserowanych przez siebie spektakli, przez co zyskał łatkę skandalisty – także w Polsce. W grudniu 2013 roku Jan Klata nie dopuścił do premiery przygotowanego na deskach Narodowego Starego Teatru spektaklu „Nie-Boska komedia. Szczątki”. Zaproszona na zeszłoroczny Festiwal Prapremier w Bydgoszczy „Nasza przemoc i Wasza przemoc” skłoniła dziennik „Fakt” do umieszczenia na pierwszej stronie krzykliwego nagłówka: „Zrobili z Jezusa gwałciciela”, Kościół – do organizacji modlitw przebłagalnych, a prokuratora – do wszczęcia dochodzenia w sprawie obrazy uczuć religijnych i znieważenia polskiej flagi. Tuż po tych zdarzeniach Stanisław Godlewski błyskotliwie tłumaczył (odwołując się do tez Williama J.T. Mitchella z książki „Czego chcą obrazy?”), z jakiego rodzaju nieporozumieniem mamy do czynienia, kiedy mylimy symboliczną reprezentację jakiegoś zjawiska z tym zjawiskiem. W „Klątwie” chorwacki reżyser poszedł o krok dalej. I to nie tylko w grze symbolami, ale też w typowej dla siebie refleksji metateatralnej i zjadliwej autoironii.

„Klątwa” to spektakl, który nie przebiera w środkach. Słyszeliście państwo o wielu scenach, które się w nim pojawiają? Myślę, że wszystkie widziałem na scenie. Masturbacja drewnianymi krzyżykami, wieszanie napisu „obrońca pedofilii” na figurze przypominającej liczne polskie pomniki JP II, nadziewanie zdjęcia reżysera na przyrodzenie jednego z aktorów, markowanie seksu oralnego z księdzem, wzbogacone po chwili kilkoma innymi erotycznymi zbliżeniami duchownych czy konstruowanie karabinów maszynowych z małych krzyżyków to tylko niektóre z nich. Przepraszam. Korekta. W dwa tygodnie po premierze aktorka, która wcześniej wykonywała podobno realistyczną scenę seksu oralnego z fantomem męskiego członka, jedynie ją zamarkowała. Zdając sobie sprawę z tej zmiany, nie poczułem się zawiedziony. Raczej odczułem ulgę. Nie z szacunku dla przemówienia polskiego papieża w tle, ale z szacunku dla aktorki. Wszyscy wiedzą, o co chodzi w tej scenie. Jesteśmy w teatrze, a tu prawdziwe działania pokazuje się tylko tym, którzy gotowi są je dostrzec. I zdają sobie sprawę, że coś jest na rzeczy, kiedy zmuszona przez wspólnotę do ochrzczenia nieślubnego dziecka matka, nie mając dość pieniędzy, oddaje się proboszczowi.

Spektakl w Teatrze Powszechnym to celowa, choć ciekawie pomyślana prowokacja. Najbardziej kontrowersyjne sceny sprawiają wrażenie oderwanych od akcji, która – choć ma patchworkowy charakter – pozostaje jednak logicznie spójna. Znakomicie spisują się aktorzy, którzy wkładają wiele wysiłku w pracę na scenie i których wstająca z miejsc publiczność nagradza niesłabnącymi oklaskami. Tematyzują rolę reżysera, mówiąc o obciążeniach, jakie im narzucał; wytykają mu konformizm i przywołują kwoty jego dochodów na tle własnych. W ambiwalentnej, płynnej przestrzeni pomiędzy performatywną prywatnością a teatralną rolą odgrywają spektakl o sobie, o nas i o nich – tych, którzy w tym samym czasie, po drugiej stronie teatralnych murów odmawiają zdrowaśki. Wskazują realne problemy zideologizowania polskiej codzienności, nasze przesądy i lęki przed innością, uosabianą przez muzułmanów. Grają z symbolami. Zdarza im się też przekroczenie etycznej granicy i mojej tolerancji. Jedna z aktorek w porywającym monologu mówi o „własnych” planach wykonania aborcji. Zwracając się do publiczności, przy zapalonych światłach widowni pyta, która z kobiet miała zabieg. Pośród osób zgromadzonych na widowni za każdym razem podnoszą się ręce. W kolejnych scenach i po kolejnych „osobistych” wyznaniach aktorzy zaczynają mówić wprost, że wszystko, co dzieje się przed publicznością, to „tylko teatr”. Skoro wszystko, w czego realność uwierzymy, zależy tu od nas, dlaczego ktoś prosił kobiety o dokonanie osobistego wyznania? Może po to, żeby zagrać też na emocjach wyzwolonych przez Czarny Protest? A może żeby pokazać, że gra nie toczy się tu, jak zdaje się prawicowym publicystom, do jednej bramki?

„Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem / Polska jest Polską, a Polak Polakiem”, skandują rozgoryczeni, zawistni polscy patrioci na ulicach miast. Stojący w głębi sceny krzyż zostaje ścięty mechaniczną piłą jak drzewa po ustawowych innowacjach ministra Szyszki. Czy ten gest ma tylko wymiar smutnego memento? Bądźmy realistami – teatralna fikcja nie zainicjuje rewolucji. A może, kiedyś, tak się stanie?

 

Stanisław Wyspiański, „Klątwa”
reżyseria: Oliver Frljić
dramaturgia: Agnieszka Jakimiak, Joanna Wichowska, Goran Injac
Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera w Warszawie
premiera: 18.02.2017

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...