28 marca 2016

Sztuka do przeboju Maryli Rodowicz

„Chłoporobotnik i boa-grzechotnik z niebytu wynurza się fal” – śpiewała Maryla Rodowicz. Właśnie do tych słów nawiązuje wystawa, którą do 3 kwietnia można oglądać w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Chłop idący pod ramię z robotnikiem, czyli ulubiona para komunistycznej władzy, wychodzi z otchłani fragmentarycznej historii. Natomiast lukę w dyskursie na temat polskiej sztuki XX wieku usiłuje uzupełnić Ewa Tatar, kuratorka wystawy.

Picasso, jakiego mniej znacie

Wydawać by się mogło, że „chłoporobotnik” – osobnik pozornie nieciekawy, niewiele ma do zaoferowania koneserowi sztuki. Nic bardziej mylnego. Jakby na usprawiedliwienie tej tezy na początku wystawy umieszczono slideshow ze zdjęciami prac Pabla Picassa – rzeźb, obrazów, szkiców i ceramiki. Znajdziemy na nim wiele aktów inspirowanych sztuką prymitywną, prezentujących wyalienowane jednostki ze społecznego marginesu, tak charakterystyczne dla wczesnej twórczości Hiszpana.

Takimi outsiderami byli często artyści samorodni – wśród nich znajdowali się nie tylko rolnicy i rzemieślnicy, ale także osoby bezdomne i niedorozwinięte umysłowo. To oni, obok „prostego” odbiorcy z polskiej prowincji, zostali głównymi bohaterami wystawy. Nurt sztuki samorodnej, nazywanej wcześniej mało pochlebnie naiwną, po II wojnie światowej płynął korytem wyrzeźbionym w sposób „naturalny” wśród pól i fabryk.

Sala ze slajdami przybliżającymi twórczość Picassa stanowi preludium do prac tworzonych przez klasę robotniczą i chłopską. Zestawienie „wielkiego” artysty z mało znanymi, często niewykształconymi twórcami każe spojrzeć na polską sztukę samorodną z nowej, szerszej perspektywy. Salę Picassa łatwo jest jednak przeoczyć, ponieważ znajduje się ona niejako na uboczu, za główną sceną, którą oddano niedocenianym dziś twórcom z epoki PRL-u.

Duchy wywołane z czasów komuny

Na odwiedzających czeka wiele „atrakcji”. Wśród nich znajdują się: „Pomsta” – polski wariant laleczki voodoo (replika wykonana z wosku, tkaniny i drewna), rzeźba Ignacego Kamińskiego pod tytułem „Diabeł błotny”, ukazująca Borutę jako szkodnika ze skrzydełkami (pierwsze tego typu nawiązanie do Boruty z Łęczycy), „Walka ze stonką” – papierowa wycinanka Zofii Wiechno odnosząca się do szkodników, które Zachód rzekomo zrzucił na Polskę, ludowa personifikacja bólu zęba, wyrzeźbiony przez Władysława Chajca w stylu ludowym hitlerowiec z diabłem czy wystrugana z drewna rakieta o cynicznie brzmiącym tytule „Wysiłek ludzi wszystkich narodów dobrej woli pragnących pokoju” autorstwa Józefa Zganiacza. Prace pogrupowano według techniki wykonania, tematyki i nasycenia „nowomową” w szklanych gablotach, na podwyższeniach oraz muzealnych ścianach.

W MSN-ie znajdziemy łącznie około 70 prac pochodzących z instytucji publicznych, galerii i kolekcji prywatnych. Ekspozycję zasiliły swoimi zbiorami między innymi Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie, Galeria d’Art Naif w Krakowie, Muzeum Narodowe w Kielcach i Muzeum w Łęczycy.

Mniej znane zakamarki PRL-u

Kompozycja wystawy nie poddaje się chronologicznemu porządkowi, z jakim spotykamy się zazwyczaj w tradycyjnych muzeach. Zamiast tego poszczególne części ekspozycji zostały przyporządkowane wielkim typologiom twórczości z epoki PRL-u.

Po pierwsze, zwiedzający znajdą w MSN-ie prace profesjonalnych artystów i rzemieślników, którzy tworzyli na zamówienie władzy, posługując się technikami typowymi dla sztuki ludowej. W gablotach rozmieszczonych na głównej osi sali wystawienniczej znajdziemy malarstwo na szkle, wycinanki i obrazki opiewające tradycyjne wartości wiejskie, polską rolę i pracę chłopa. Po drugie, trzon wystawy stanowi sztuka prymitywna – prace artystów z tego nurtu zostały wyeksponowane w różnych strefach przestrzeni muzealnej. Po trzecie, w MSN-ie można zobaczyć wielkoformatowe wydruki „Nowej Wsi” – ilustrowanego magazynu, który stanowił tubę tak zwanej miękkiej propagandy. Warto podkreślić, że na łamach tego czasopisma ukazywały się „Notatniki Fotograficzne” Władysława Hasiora – komentarze do przemian zachodzących w kulturze ludowej, wykonane w formie zdjęć – także wyeksponowane w muzeum. Po czwarte, na końcu wystawy warto obejrzeć i przekartkować woluminy ze sztandarowymi tytułami ukazującymi się przed 1989 rokiem w Polsce.

Zderzenie artystów samorodnych z Picassem, „Nową Wsią”, twórcami-rzemieślnikami i poczytnymi polskimi magazynami pozwala umiejscowić tych pierwszych w konkretnej czasoprzestrzeni.

Życie jak z obrazka w wersji exclusive

A skąd boa i grzechotnik w tytule wystawy? Dla takich twórców ludowych, jak zafascynowany egzotyką Stanisław Marcisz, Jan Ptaszkiewicz czy Józef Piłat wplatanie do twórczości własnej dzikich zwierząt stanowiło sposób na oderwanie się od codziennych problemów życiowych. Artyści czerpali inspirację z tego, co mogli zobaczyć w takich czasopismach jak „Nowa Wieś”.

Wydruki tego „lifestylowego” magazynu skierowanego do młodej ludności wiejskiej stanowią jeden z ważnych lejtmotywów wystawy. Tygodnik wydawał się postępowy jak na swoje czasy chociażby z tego powodu, że można było znaleźć w nim wiele praktycznych wskazówek, jak żyć nowocześnie. Zamieszczano w nim zdjęcia z egzotycznych części świata (o ich odwiedzeniu „chłoporobotnik” mógł tylko pomarzyć), instrukcje pływania żabką, a nawet wskazówki, jak ćwiczyć jogę. Chłop z „Nowej Wsi” między siewem a żniwami miał zasiadać wygodnie w kawiarni i planować kolejną prywatkę. Wszystko to okraszone było informacjami oi najnowocześniejszych osiągnięciach techniki. Na łamach magazynu zamieszczono nawet infografikę „z komputerem do buraka”.

Na warszawskiej wystawie znajdziemy również prace nawiązującej do stylistyki z „Nowej Wsi”. Wśród nich warto wymienić nietypowego jak na owe czasy „Biegosza” Adamy Zegadły – rzeźbę przedstawiającą sportowca oraz „Kobiety na plaży” Ludwika Więcka, których śmiałe pozy i skąpe odzienie zdradzają fascynację „zachodnim” ideałem piękna.

Posłuszni rzemieślnicy vs. kontestatorzy rzeczywistości

Liczni artyści samorodni – być może po prostu dlatego, że nie byli znani, oparli się wpływowi mainstreamu. Podczas gdy oddawali się oni sztuce w domowym zaciszu lub na ulicy, inni podchwycili język propagandy. Z perspektywy ponad 60 lat uderzający wydaje się chociażby „Lenin” Teofila Kożuchowskiego – drewniana płaskorzeźba w stylu chłopskim.
Autonomię twórczą najłatwiej było zachować „odmieńcom”. Warto w tym miejscu wspomnieć „Jaszczura” i „Wieloryba” – rzeźby analfabety Józefa Piłata, rysunek Bronisława Surowiaka – odludka, który z braku pieniędzy tworzył na odwrotach zerwanych na ulicy plakatów oraz obraz sztandarowego przedstawiciela sztuki samorodnej – Nikifora Krynickiego (Epifaniusza Drowniaka). Ten ostatni był bezdomny z wyboru, a swój pseudonim zawdzięcza miastu, w którym żył. Kuratorka wystawy zadbała o to, aby prace wymienionych buntowników zasiliły ekspozycję w MSN-ie.

Boruta, Fugas, Rokita i inni bohaterowie „Chłoporobotnika”

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że ludowe wierzenia i gusła dostały się niepostrzeżenie do naszego życia za sprawą rzeźb, mozaik, wycinanek, obrazów na szkle, a nawet pisanek. W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej państwowy aparat usiłował kontrolować wiele prac wykonywanych tymi technikami. Nie udało mu się jednak zapanować nad wszystkimi, ponieważ gusła i czorty potrafią dobrze się ukryć. Na wystawie znajdziemy liczne rzeźby diabłów – szlachcica czy rogatego mężczyzny dźwiganego przez pijanego chłopa, ale nie zabraknie również czytającego w polu wieśniaka oraz znienawidzonych przez Polaków postaci z „doprawionymi rogami”.

Odczarowywanie sztuki samorodnej

Promowana w okresie PRL-u twórczość artystów samorodnych obecnie jest pomijana przez krytyków sztuki. Jeżeli już ktoś zada sobie trud, aby odnieść się do tego nurtu, zazwyczaj jego punktem odniesienia staje się Nikifor, uważany za protagonistę prymitywizmu w Polsce. Ewa Tatar usiłuje przesunąć ten punkt ciężkości i znaleźć złoty środek między ideologiczną sztampą a etno-folklorem w innym miejscu. Zapewne nie bez powodu twórczość Epifaniusza Drowniaka zajmuje na wystawie pozycję marginalną. Rezygnacja z „czytania” artystów samorodnych Nikiforem stanowi dość innowacyjne podejście do twórców „naiwnych”.

Sztuka prymitywna szybko odeszła w zapomnienie, ponieważ była faworyzowana przez opresyjny wobec wielu artystów aparat państwowy. Chociaż postrzegamy ją negatywnie lub co najwyżej neutralnie, to jednak Tatar podjęła się naświetlenia jej pozytywnych, wręcz unikatowych aspektów. Po obejrzeniu wystawy można odnieść wrażenie, że zamysłem kuratorskim było oddanie różnorodności sztuki samorodnej – z wątkami diabłów, wyidealizowanych wartości chłopskich i ukrytą krytyką polityczną włącznie. Idea zasługuje na pochwałę. Niestety, ekspozycja ma jeden zasadniczy mankament – bez słowa komentarza pozostaje zbiorem kilkudziesięciu chaotycznie rozmieszczonych prac.

Węże i małpy tylko dla zaawansowanych

Wystawę „Chłoporobotnik i boa-grzechotnik” najlepiej więc obejrzeć z przewodnikiem, ponieważ nawet osoba z wykształceniem historycznym może mieć problem z odczytaniem subtelnego przesłania, jakie płynie z poszczególnych prac. Prezentowane dzieła nawiązują do legend, baśni, komunistycznej ideologii i polskiej historii. Osoby, którym obcy jest rodzimy folklor, a propagandę utrzymującą się do końca lat 80. znają tylko z opowieści rodziców, zobaczą głównie drewniane figurki, malowanki, wycinanki i mozaiki. Tymczasem warto spojrzeć na nie z bliska.

„Chłoporobotnik i boa-grzechotnik”
kurator: Ewa Małgorzata Tatar
Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
29.02. – 3.04.2016

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...

Ballady i romanse
05 grudnia 2018

Ballady i romanse

Jest w debiucie reżyserskim Bradleya Coopera scena, w której gwiazdor rocka po kilku głębszych traci grunt pod nogami i ląduje na trawniku. „Czuję, że przechodziliśmy już przez to” – mówi jego przyjaciel, na co ten odpowiada, że „miewał lepsze dni”...