16 maja 2017
szatankazaltanczyc

Szatan rzekł: pląsaj

„Niektórzy sądzą, że wszelkie istotne uwarunkowania naszego
umysłu kończą się wraz z ukończeniem lat siedmiu.
Że przekonania dotyczące płci, rasy, religii, narodowości i tego,
co dobre i złe – znaczy wiek, i że resztę życia już li tylko manipulujemy na tym zastanym materiale”.

Jacques Boyreau ([w:] P. Van Horn, „Sexytime: The Post-porn Rise of the Pornoisseur”)

„Myślę, że sposób życia jest tu bardziej pokazany.
Styl życia, które Karolina – bo tak się nazywa bohaterka – prowadzi. Myślę,
że wiele osób tak właśnie żyje – że bardzo chcą wykorzystać każdą chwilę,
ale tak nie za bardzo wiedzą, po co i gdzie zmierzają. Po prostu:
«żyjmy, jak najmocniej się da, przeżywajmy, doświadczajmy,
pokażmy się – żeby na nas wszyscy patrzyli». Tylko potem
jest coś takiego, że tak trochę to do niczego nie prowadzi […].
Wielu młodych ludzi tak trochę żyje – że niby bardzo mocno,
niby bardzo intensywnie wkładają w to dużo siebie, ale nie prowadzi to nigdzie”.

Katarzyna Rosłaniec (w „Onet Rano”)

 

Karolina ma zniszczoną twarz użytkowniczki, różowe włosy z odrostami, sztuczne futerko, a na koncie soft-porno książeczkę – grafomański debiucik, którym się wypromowała w mediach. Jej tournée po telewizjach śniadaniowych, cierpliwe zażywanie, uwiąd relacji interpersonalnych oraz smutne kopulacje to przedmioty szczególnej troski w „Szatan kazał tańczyć”.

„Wiele osób teraz ma różne sukcesy”

Walce swawolnego gnojenia, którymi w internetach recenzenci praktycznie zmiażdżyli najnowsze filmowe dziecko Katarzyny Rosłaniec, sprowokowały mnie do lekkiego grymasu niesmaku i kapitulacji na polu zacietrzewionego krytykanctwa. Uważam zresztą, że odwaga do niewybrednego obśmiewania filmowców ogranicza się u naszych recenzentów do – co intrygujące – zwykle kina polskiego, bo przy produkcjach zagranicznych konformistycznie powielają już raczej konstatacje autorów obcych.

Nie ometkuję „Szatan kazał tańczyć” jako złego filmu, bo Rosłaniec zawarła w nim zaskakująco przenikliwą obserwację na temat pewnej grupy osób. Nie idzie tu nawet o millenialsów jako takich, ale raczej o pewien ich odsetek – zakompleksionych indywiduów o artystycznych ciągotach, co przejawia się u tychże w nierzadko kuriozalny i godny pożałowania sposób.

Karolinie tylko dziwnym trafem udało się wybić z plemienia jej podobnych, trochę odklejonych od rzeczywistości bytów, frunących nad światem z kiepsko uzasadnionym przeświadczeniem o swej wyjątkowości. Nieszczęsnych próbek gryzmolenia bohaterki słuchamy w „Szatan kazał tańczyć”, aż nam uszy puchną. Wzdychamy, bo jej sukces jest oparty na czymś przejmująco małym i pustym. Bogaty, acz jednorodny komentarz do wytwórstwa niezbyt intelektualnie rozgarniętych i obytych w kulturze, choć już w zaawansowanym stopniu zmanierowanych millenialsów sprawił, że kwadratowy w formacie „Szatan kazał tańczyć” uznałem za wideoart.

Reżyserka we wstępie podkreśla zresztą, że zbiór złożony z dwuminutowych fragmentów z ludzkożernej młodości Karoliny można by poprzestawiać w dowolny sposób i nic by się nie zmieniło. Dlatego pozbawionego typowej dramaturgii „Szatana...” – którego przez ekscentryczną formę uważam za bliskiego pobratymca „Lucyfera” Gusta Van den Berghe – o wiele lepiej oglądałoby się w galerii sztuki, gdzie można by go głośno komentować przy kieliszku wina. Najlepiej by było, gdyby film „wisiał” w internecie w formie interaktywnej, a my klikalibyśmy na poszczególne sceny, pauzowali je i gapili się chwilę na scenografię, podziwiając ironiczny zmysł reżyserki do mnożenia sytuacji, w których drugi plan szydzi z nadmiernych aspiracji jej bohaterki.

„Gdzieś mnie to boli”

Dotychczasowe filmy Katarzyny Rosłaniec wywołują refleksję, że potrafi ona zręcznie i sentencjonalnie opisywać patologie młodości – od tej bardzo jeszcze szczenięcej w „Galeriankach”, po minimalnie bardziej posuniętą w latach w „Baby blues” (celny dowcip na warszawskie środowisko). I choć krytycy z lubością wyżywają się na jej filmach, reżyserka trafia w ten czuły punkt, którego reszta polskich filmowców jakoś nie bardzo ma ochotę dotykać – przez co jest zgoła osamotniona na naszym kinematograficznym podwórku.

Zacięcie do krytyki społecznej powoduje, że obrazy Rosłaniec chciałyby przede wszystkim żyć tu-i-teraz – w tych momentach, gdy pomysły na fabuły zanotowała jeszcze „na świeżo”. Dlatego później padają pod adresem tych filmów oskarżenia – chyba jednak niesłuszne – o reportażową przejrzałość. Podejrzewam, że z odleglejszej perspektywy będą one traktowane z większym dystansem jako portrety młodszych i starszych Polek i Polaków.

„Jest taka moda na egoizm”

Moralizatorski wydźwięk „Szatan kazał tańczyć” sprzęga się z niechrześcijańską krytyką pop-satanizmu, ujętego jako połączenie egoizmu z hedonizmem, ale bez ambonowego straszenia widza zgubnymi skutkami opętania przez zło.

Zamiłowanie do szokowania katolików bluźnierstwami, które uprawia Karolina do spółki z jej seks-kumplem, z profesji fotografem, to trochę świntuszenie pary dzieciaków. Czujemy, że chwilę temu nauczyli się przeklinać na szkolnej wycieczce i muszą teraz naprodukować „dup” i „cycków” ad infinitum. Dlatego gdy oglądamy improwizowane przez nich sesje zdjęciowe z wątkami typu sexy Jesus czy „nieletnia erotyka” – miast łapać się za głowę, wzdychamy nad ich niedojrzałością.

Satanizm w filmie jest drwieniem z religii przez osoby nijak w nią zaangażowane. Dla Karoliny to wyłącznie składnik jej wizerunku skandalistki, budowanego na poły cynicznie, na poły z nudy. Dawne rytuały pokolenia rodziców dziewczyna podmienia na te, które podpatrzyła u innych millenialsów i instagramowiczek. Jej czyny to papugowanie i efekt podglądactwa, chęć nadążenia za tym, co modne, podbite szukaniem możliwości przeżywania tych samych emocji, które czują śledzone przez nią „ikonki” kultury. Jak w „Satanizmie” pisze Mariusz Gajewski SJ:

[…] koncerty liderów muzycznych przyjmują formę organizowanych na wielką skalę spektakli (widowisk) muzycznych, które przemawiają do słuchaczy nie tylko dźwiękiem, ale również nagromadzonymi symbolami i wyreżyserowanymi zachowaniami (często o charakterze prowokacyjnym) muzyków. […] Okultyzm i satanizm okazują się doskonałym nośnikiem emocji. Czy to oznacza, że wszyscy fani rocka i metalu to zagorzali sataniści? Nie.

Jeśli dr Misio, uczony w „Piśmie” zgromiłby Karolinę, że „od zbawienia lepsza jest zabawa”, to ta biedna przytaknęłaby mu, biorąc jego słowa dosłownie i bez grama zdrowego pomyślunku.

 „Ten film nie jest o superpozytywnym wydźwięku”

„Szatan kazał tańczyć” powracającymi do znużenia scenami bardzo smutnego i brzydkiego seksu i równie niewdzięcznym kontemplowaniem zażywania przez bohaterkę substancji wszelkich dość szybko zaczyna męczyć. Kolejne dwuminutówki coraz bardziej bolą i są do siebie łudząco podobne pod względem nagromadzenia poszukiwań po omacku przez Karolinę czegoś, co wytrąci ją z apatii i jeszcze troszkę podpsuje i tak nie nadające się do niczego serduszko.

Seans filmu Rosłaniec przypomina wizytę na kiepskiej wystawie czy oglądanie w internecie rozkosznych kotków, amatorskich filmów porno, fotek instagramowiczek i lektury copy-pasty na Facebooku o akcjach wąsiastych Januszów i prymitywnych Grażyn, które – w zależności od wersji – wydarzyły się w Polsce A, B bądź C. Jeśli jednak tak łatwo nudzimy się „Szatanem...”, to tylko dlatego, że mało ambitne zabawy Karolin-niespełnionych-artystek są właśnie tak banalne bądź nasza internetowa-fejsbukowa aktywność tak monotonna. Zasłużyliśmy sobie.

Podobno dobre kino musi zakłamywać rzeczywistość, aby było wciągające. Podziwiam antropologiczne zacięcie Katarzyny Rosłaniec, która ostentacyjnie „zapomina” o wdzięczeniu się do widza i z każdym filmem coraz bardziej doczepia się do mało pociągających składników i bohaterów codzienności.

 

Cytaty ze śródtytułów pochodzą z wywiadu z Katarzyną Rosłaniec dla „Onet Rano”.

„Szatan kazał tańczyć”
reż. Katarzyna Rosłaniec
premiera: 5.05.2017

Nowa wspólnota
26 maja 2017

Nowa wspólnota

Jak nastroje polityczne wpływają na teatr? Czy sztuka kształtuje przestrzeń publiczną? „Wesele” Jana Klaty nie prowokuje może do refleksji na powyższe tematy, ale wywołuje gwałtowną, emocjonalną reakcję publiczności narodowej sceny...

Artysta w superpozycji
24 maja 2017

Artysta w superpozycji

Ze względu na długą i płodną drogę twórczą artysty „Indeks możliwości” wydaje się wystawą retrospektywną. Od lat 60. do dziś Kaltenbach zdążył już naznaczyć swoją sztuką nie tylko galerie i muzea, ale też gazety, chodniki, reklamy w nowojorskim metrze, a śmiałe projekty sięgają gwiazd...