26 czerwca 2017
TheRedTurtle

Świat z żółwiej perspektywy

Człowiek i wyspa. „Czerwony żółw” zaczyna się sztormem na morzu, momentem obezwładniającej desperacji i bezsilności, wymuszonym poddaniem się sile natury – prawdziwą klątwą, która spada na bezimiennego mężczyznę płynącego łodzią w nieznane. A potem następuje cisza. Główny bohater budzi się na plaży – przed sobą ma ocean, za sobą gęsty, tropikalny las, a za jedynych towarzyszy grupkę poczciwych, ale małomównych krabów. Cisza utrzyma się do końca seansu (przetykana jedynie muzyką i okazjonalnymi wykrzyknieniami), jako że „Czerwony żółw” wchodzi w zaszczytny poczet współczesnych filmów pozbawionych jakichkolwiek dialogów. Przedstawiana historia o samotności i bezbronności wobec sił otaczającego nas świata przemieni się w coś więcej – medytacyjne studium życia jako takiego, opowieść zbliżającą się w formie niemal do przypowieści biblijnej, która za pomocą rozbuchanej metafory ma uzmysławiać odbiorcy najbardziej podstawowe z prawd.

Brzmi to ambitnie, ale nie wpływa negatywnie na odbiór filmu. Skromność w środkach wyrazu, cierpliwość w przedstawianiu kolejnych wydarzeń i skupienie na detalach idealnie współgrają z poważnymi ideami kryjącymi się za potyczkami wyciszonego mężczyzny, a fakt, że „Czerwony żółw” jest klasyczną rysunkową animacją, pozwala na nieograniczone możliwości konstrukcyjne, jeśli chodzi o konwencję świata przedstawionego. Całość ma w sobie posmak niemych pozycji klasycznego Hollywoodu, tak samo skupiających się przede wszystkim na fizyczności postaci i ich kontakcie z otoczeniem. Bardzo szybko okazuje się, że wyspa, wespół z zamieszkującymi ją różnorodnymi stworzeniami, staje się bohaterem sama w sobie – dyktuje ona rytm i warunki życia, jest w stanie zarówno dawać, jak i odbierać, a także wydaje się posiadać własne potrzeby i pragnienia. To z niej zdaje się też pochodzić tytułowy żółw, którego pojawienie się zmienia życie mężczyzny nie do poznania.

Czerwony żółw to figura równie kluczowa, co enigmatyczna – staje się ona centrum filmowego wszechświata i swoistym mistrzem sprawującym pieczę nad otaczającą rzeczywistością, nieraz rozstrzygającym o losach zamieszkujących wyspę postaci. Jest ona też najbardziej baśniowym elementem opowieści, przywołującym konteksty metaforycznego oniryzmu i z każdym pojawieniem się na ekranie zmieniającym zasady rządzące światem przedstawionym. Tak jak w każdej najlepszej historii, wyspa spełnia się przede wszystkim jako postać usytuowana gdzieś poza głównym nurtem fabuły; tajemnicza i obdarzona świadomością wagi i konsekwencji dokonujących się zdarzeń. Stanowi ona też łącznik pomiędzy światem ludzi i światem natury, a także światem realistycznej codzienności i światem sennych wizji – medium komunikacji strzegącym należnej równowagi.

Wizja życia według Michaela Dudoka de Wita, debiutującego w formie pełnometrażowej twórcy, opiera się właśnie na pojęciu równowagi. „Czerwony żółw” przedstawia nieoczywisty i niezaprzeczalnie wzruszający obraz świata naturalnie dążącego do utrzymania odgórnego porządku. Najlepsze, co można zrobić w starciu z wrogą, wydawałoby się, rzeczywistością, to poddać się jej obezwładniającej sile. Powracający obraz głównego bohatera leżącego na wznak z rozłożonymi ramionami początkowo zdaje się ukazywać jego bezbronność i poczucie dogłębnej porażki. Kiedy jednak po kilku nieudanych próbach ucieczki z osamotnionej wyspy mężczyzna w końcu podda się i wypuści swoją na wpół zbudowaną tratwę w otchłań nieskończonego oceanu, po czym położy się na tafli wody i spojrzy w gwiazdy, kontekst zmienia się. Otwarcie ramion staje się gestem przyzwolenia na otaczającą rzeczywistość i zasygnalizowaniem gotowości na bycie jej częścią. To moment samoświadomości i akceptacji – jeden z wielu fragmentów filmu wdzierających się niepostrzeżenie pod skórę i wywołujących lekkie dreszcze. Ciężko pozostać niewzruszonym na niezaprzeczalny czar debiutu de Wita, wywołany przede wszystkim wiernością wobec własnych założeń i konsekwentnej estetyki, ale też szacunku wobec widza, któremu nie próbuje się na siłę wcisnąć łzawych banałów.

„Czerwonemu żółwiowi” udaje się też osiągnąć pożądany efekt dzięki samemu medium animacji. Od kilku lat bowiem kolejni twórcy udowadniają, że to, co wydaje się niemożliwe w filmie aktorskim, za sprawą animacji ma szansę zadziałać znakomicie. Jest coś niezwykle hipnotyzującego w obrazach goniących po plaży krabów i wbiegających do oceanu maleńkich, nowonarodzonych żółwi, niewprawnymi ruchami przebierających płetwami po białym piasku. Afirmacja prostego, a zarazem perfekcyjnego w swej chaotyczności życia nabiera kolorytu za sprawą ręcznie narysowanych scen, stając się, paradoksalnie, bardziej ludzką i przyswajalną; emocje potęguje piękna, prosta i nostalgiczna muzyka. I takie, zdaje się, jest ostateczne założenie „Czerwonego żółwia” – zmusić do spowolnienia, do refleksji, do docenienia szczegółów. Rodzący się w filmie świat, kierowany przez niezastąpionego zwierzęcego bohatera, pomimo wszystkich swoich przywar wydaje się w końcu bardzo bliski naszemu, a jednocześnie wcale niedaleki od raju.

Film de Wita staje się więc doświadczeniem nie tyle oryginalnym na tle współczesnej animacji (która sama w sobie charakteryzuje się ogromną różnorodnością formy i stylu), ile na tle współczesnej kinematografii w ogóle, od dobrych kilkunastu lat zaaferowanej przede wszystkim samą sobą i mnożącej do kolejnych potęg następne posty w postmodernizmie. „Czerwony żółw” stoi w absolutnej kontrze do tego rodzaju myślenia, nie zasłaniając się ani krztyną ironii, tak przydatnej w chwilach niedomagającego materiału. Jego oryginalnością staje się więc powrót do korzeni, i to powrót bez żadnego dwu- czy trójznacznego mrugnięcia okiem. To film w bardzo prostym tego słowa znaczeniu, bez żadnych kruczków i skrótów myślowych. Podczas seansu zaleca się jedynie pozostanie w ciszy, a popcorn najlepiej zostawić przed wejściem. Płacz jest dozwolony (miejscami wskazany). I tyle. „Czerwony żółw” jest tak czarujący i zwyczajnie w świecie dobry, że naprawdę nie potrzeba więcej.

 

„Czerwony żółw”
reż. Michael Dudok de Wit
premiera: 23.06.2017

Pożegnanie
23 lutego 2018

Pożegnanie

David Vann swymi błyskotliwymi i poruszającymi opowiadaniami wpisuje się w literacki nurt poszukiwania własnej tożsamości, co czyni syn, spoglądający wstecz i oceniający skomplikowane relacje z ojcem...

#Berlinale2018
22 lutego 2018

#Berlinale2018

Festiwal w Berlinie od wielu lat zachwyca, by nie powiedzieć: przytłacza swoją wielkością. Liczba filmowych sekcji sprawia, że z łatwością można zagubić się w gąszczu proponowanych premier, których nie sposób przyswoić w ich całej okazałości...