01 kwietnia 2016
alt
fot. Magda Hueckel

Sukces i rozwój – tak, ale…

Dwa spośród czterech repertuarowych bloków tematycznych zainaugurowanych jeszcze w poprzednim sezonie w Teatrze Powszechnym w Warszawie noszą nazwy: „Miasto. Między utopią a rozczarowaniem” oraz „Wszystko na sprzedaż?”. Może to przypadek, ale najnowsza premiera tej sceny w równym stopniu pasowałaby do nich obu.

„Każdy dostanie to, w co wierzy” to przedstawienie oparte na motywach „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa, które jednak w żaden sposób nie przypomina klasycznej adaptacji tekstu prozatorskiego. Jego autorzy – Jolanta Janiczak (tekst i dramaturgia) oraz Wiktor Rubin (reżyseria) – wykorzystują znane wszystkim powieściowe postaci do prezentacji i diagnozy polskich sukcesów i bolączek po 27 latach od transformacji ustrojowej, przy czym horyzont zdarzeń ograniczają do Warszawy. Nie tyle chodzi jednak o szukanie zbieżności między Bułhakowską Moskwą a dzisiejszą polską stolicą, ile o powtórzenie pytania zadanego przez Wolanda w Teatrze Variété: „Czy mieszkańcy Moskwy bardzo się zmienili?”. Zamiar Janiczak i Rubina, by wydobyć szereg spodziewanych, mentalnych i obyczajowych zmian, których warszawiacy doświadczyli od końca lat 80., od początku jest dla widzów jasny: eksplikują go sami aktorzy, zwłaszcza świetna w roli Helli Klara Bielawka. Jednak już samo umieszczenie przestrzeni gry wokół olbrzymiego, okrągłego stołu (a także na nim) nie pozostawia wątpliwości – mamy przyjrzeć się samym sobie, spoglądając w przeszłość i zastanowić się, gdzie aktualnie jesteśmy.

Janiczak z Rubinem próbują diagnozować dynamiczną rzeczywistość społeczną różnymi sposobami. Widzowie, wyposażeni w przyrządy do głosowania, dostarczyć mogą tylko częściowych informacji. Ich wybór ograniczony jest do trzech możliwości – zgody, sprzeciwu lub wstrzymania się od decyzji. Rola publiczności polega przede wszystkim na zarządzaniu przebiegiem spektaklu, choć widzowie wypytywani są także o mnóstwo innych spraw, takich jak poczucie zadowolenia, przydatność dla społeczeństwa, wysokość dochodów czy przynależność klasowa. Pytania bywają też bardziej ciekawe, a nawet zaskakujące – jak te, czy żyjemy w najlepszym z możliwych światów, czy możemy narzucić coś politykom, czy relacje rynkowe skolonizowały życie. Nawet wtedy jednak odpowiedź padająca ze sceny ogranicza się do jednego albo dwóch zdań niezobowiązującego komentarza (prym wiedzie tu Woland – Michał Czachor). Trudno więc mówić o poważnym zainteresowaniu wynikami głosowań, gdyż ich analiza jest za każdym razem krótka i powierzchowna. Ze statystycznego punktu widzenia wielkość i reprezentatywność próby także musiałyby budzić uzasadnione wątpliwości, gdyby chcieć na podstawie głosowań około siedemdziesięcioosobowej publiczności wyciągać wnioski na temat dwumilionowej aglomeracji.

Innym sposobem rozpoznania potransformacyjnej rzeczywistości są wplecione w spektakl, uprzednio zarejestrowane kamerą interwencje aktorów w przestrzeni publicznej. Choć są pomysłowe i nie brak im humoru ani performatywnego potencjału, prezentowane widzom efekty tych działań wydają się cokolwiek mizerne w stosunku do zamierzonej skali zadania. Dlatego w moim odczuciu najciekawsze i najbardziej udane w spektaklu pozostają bezpośrednie aktorskie interakcje z publicznością. Mimo bardzo swobodnego potraktowania materiału literackiego na scenie Powszechnego udało się zachować unikalny, nieraz zabawowy i anarchiczno-złośliwy charakter świty Wolanda. Wielka w tym zasługa odtwórców ról poszczególnych postaci, zwłaszcza Mateusza Łaskowskiego jako rozerotyzowanego Behemota. Dzięki świetnym aktorom widowisko jest dynamiczne i angażujące. Choć delikatna granica między sceną (w tym przypadku – powierzchnią stołu) a publicznością jest permanentnie naruszana, nie zostaje jednak nadwerężona. Zastosowany przez twórców patent wydaje się prosty – zadaniem aktorów jest w tym przedstawieniu zdobycie sympatii widzów oraz skłonienie ich do podjęcia gry, a nie do samego tylko udziału w badaniu. Osoby, na których Woland, Hella, Korowiow i Behemot próbują swych sztuczek, w zasadzie nie mają wyjścia – muszą włączyć się w akcję. Jeśli tego nie zrobią, okażą się całkiem pozbawionymi dystansu do siebie ponurakami.

W pewnym momencie pada skierowane do publiczności pytanie, czy rozpocząć się ma właściwa historia miłosna. To jeden z węzłowych punktów przedstawienia. Przy przewadze głosów pozytywnych na scenie pojawiają się Mistrz (Dawid Rafalski) i Małgorzata (Julia Wyszyńska). Sceny z ich udziałem przypominają, że spektakl ma coś wspólnego z Bułhakowem, ale wybierająca iluzję publiczność dostaje prztyczka w nos: aktorzy raz po raz podkreślają sztuczność scenicznej sytuacji. Przerywają swoje kwestie pytaniami w rodzaju: „Czy ja to dobrze gram?”, „Czy jestem prawdziwy?”. Te fragmenty przedstawienia najsilniej łączą się z poprzednimi dokonaniami Janiczak i Rubina – zwłaszcza szeroko komentowaną i nagradzaną trylogią o kobiecych postaciach historycznych z Teatru Żeromskiego w Kielcach. Tak jak wówczas głos zostaje udzielony kobiecie i sytuacja prezentowana jest z jej perspektywy – Małgorzata z nadmierną ekspresją mówi o swoich emocjach wywołanych porażką Mistrza i o planach ratowania go z opresji. Jednocześnie kłopoty pisarza – fikcyjnego bohatera powieści –zostają zaktualizowane i zdublowane przez nawiązanie do trudności finansowych odgrywającego go, posługującego się własnym imieniem i nazwiskiem, aktora.

Z wielu różnych komponentów składających się na spektakl Janiczak i Rubina wyłania się diagnoza dość bezpieczna i niezbyt odkrywcza: tak, odnieśliśmy sukces i jako zbiorowość słusznie postawiliśmy na rozwój, niemniej jego cena (zwłaszcza w wymiarze indywidualnym) jest wysoka. Twórcy każą więc pomyśleć, jak wspaniale byłoby uwolnić się od zobowiązań, od pułapek posiadania i sideł materializmu; najlepiej wówczas, gdy własne mieszkanie przestanie być luksusem. Kładą też duży nacisk na sprawstwo, czyniąc je ukrytym tematem przedstawienia oraz zachęcając do samodzielnego zajmowania stanowiska i decydowania (nie tylko w trakcie głosowań podczas spektaklu). Nie mówią nic o wzięciu kredytu ani o zmianie pracy, przypominają jednak o miłości i wolności. I to właśnie próba przeszczepienia w ugruntowany system liberalnego kapitalizmu zalążka utopijnego i anarchicznego za pomocą narzędzi teatralnych jest głównym powodem, dla jakiego warto wziąć udział w tym przedsięwzięciu, w którym każdy dostanie to, w co wierzy.

 

„Każdy dostanie to, w co wierzy”
na motywach „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa
reżyseria: Wiktor Rubin
tekst i dramaturgia: Jolanta Janiczak
scenografia: Mirek Kaczmarek
kostiumy: Jolanta Janiczak, Hanna Maciąg
muzyka: Bartosz Dziadosz (Pleq)
światło: Marek Kozakiewicz
video: Hanna Maciąg, Marek Kozakiewicz
Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 12 marca 2016

 

 

 

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...