thumbnail
fot. Monika Sidorowska

Starość opisałam lepiej niż młodość

Rozmowa stanowi skrócony i poddany zmianom redakcyjnym zapis spotkania z pisarką, które odbyło się w ramach Dnia z Krystyną Koftą na poznańskiej polonistyce 29 marca 2019 roku. Moderują Ewa Kraskowska i Krzysztof Witczak. Spotkanie poprzedziła minisesja naukowa, w ramach której referaty o twórczości pisarki wygłosili Inga Iwasiów, Arleta Galant, Lucyna Marzec i Krzysztof Witczak.

 

 

Krystyna Kofta: Przed południem mówiłam o tym, co sobie przypomniałam: jak w 1968 roku uciekaliśmy przed zomowcami. Wbiegliśmy tutaj, na ostatnie piętro – właśnie w tym miejscu byliśmy. Przywiozłam ze sobą pierwszy dziennik z 1966 roku [pokazuje dziennik publiczności]. To był taki duży zeszyt. Rozcięłam go na pół, żeby nie nosić za dużo, bo byłam dość leniwa. A poza tym nie było papieru, oszczędzaliśmy strasznie papier. To się nazywa „zeszyt do ćwiczeń” – na tych ćwiczeniach siedziałam z obecnym tu Janem Komolką i są nawet ślady tego, ponieważ graliśmy w szubienice. Mam tu notatki:

„Poniedziałek, 12 grudnia 1966 roku. Literatura od dziesiątej do dwunastej. Referat i koreferat »Koncepcja pieśni ludowej w Konradzie Wallenrodzie«. Referat zdecydowanie niedobry, koreferat idiotyczny. Oleś Labuda – śniadanie w »Uśmiechu«”.
Była taka kawiarnia. Nie wiem, czy jeszcze jest – kawiarnia „Uśmiech”. Mieściła się przy Sienkiewicza, naprzeciwko okien mieszkania, w którym wtedy mieszkałam z rodzicami.

„Jesteśmy z Mirkiem skacowani”.
(Z Mirkiem, czyli z moim mężem – w roku 1966 wyszłam za mąż; na pierwszym roku studiów).

„Jesteśmy z moim mężem po wczorajszym balu skacowani. Oleś Labuda wyłożył swoją koncepcję na teorię symbolu – w zasadzie stworzył nową. W piątek ma referat – to spotkanie trwało trzy godziny. Całe popołudnie obijałam się, a wieczorem poszliśmy z Mirkiem do Krynickiego. Rysiek Krynicki przedstawił nam temat, w zasadzie pracy doktorskiej o Peiperze i jego teorii psychologii postaci. Bardzo ciekawe”.

Muszę tu powiedzieć, że nigdy tego doktoratu nie napisał. Leszek Dymarski będzie lepiej wiedział.

„13 grudnia rano wyszłam z myślą pójścia na ćwiczenia z logiki, godz. 11. Spotkałam Baśkę Gaj i Johna Komolkę”.
Wtedy nazywany Johnem, bo był podobny do Johna Lennona i nosił okularki lenonki.

„I byliśmy zamiast na ćwiczeniach w Półczarnej. Komolka wyszedł wcześniej. Zabrał numerek z szatni, ale jakoś palto mi wydali. Ponieważ jutro kolokwium z historycznej, usiłowałam się trochę uczyć po południu – teoria owszem, ale praktyka ani w ząb. O 19-tej poszliśmy jeszcze raz do Krynickiego. Potem, przed południem, uczyłam się trochę historycznej: materiał jest ogromny i nie sądzę, żebym napisała to kolokwium. Napisałam nie najlepiej. O 13:15 pojechałam na WF. Trochę mnie bolą mięśnie. Po WF-ie razem z Krystyną Białobok jadłyśmy obiad: krem pomarańczowy, kawę, drożdżówki, parówki z musztardą oraz oranżadę. Ledwo zdążyłyśmy na TOPL (Terenowa Obrona Przeciwlotnicza) na 15-tą. Myślałam, że mam wszystkie obecności, bo zawsze któraś za mnie krzyknęła, ale nie – w związku z tym, ponieważ lekarz pytał tych, co mają nieobecności, byłam pytana właśnie w momencie, kiedy ogrywałam Komolkę w szubienicę i dostałam z odpowiedzi dobry. Przez następną część dochodziłam, co jest kryterium oceny w wojsku i nie doszłam do tego. Potem dostałam jakiś telegram ze spółdzielni »Wenus«” – bo kiedyś pozowałam i zarabiałam trochę twarzą, ale się nie zgodziłam. Napisałam: „Pieniądze pieniędzmi, a potem widzieć swoją gębę na każdym płocie niezbyt miło”. Później jest opisany złośliwie wieczorek psychologów, na którym byłam z mężem.

„Ćwiczenia z literatury od 10:15 do 12:00. Moja koreferentka wyszła z nerwów i to tak, że nawet nie sądziłam, że mi się uda do tego stopnia wyprowadzić ją z równowagi. To brzydkie, ale byłam zupełnie spokojna i złośliwa, a jej kilka razy oczka się zaszkliły. Przynajmniej się nie nudziłam. Skrytykowałam też dyskusję, w której wiele się mówiło, ale ładunek informacyjny był bardzo nikły”.

Tak wyglądały moje studia.

„Potem zajęcia z logiki u Kmity. Powiedział: »Już się o panią obawiałem, ale zdała pani: trzy minus«”.

Tak wyglądają te dzienniczki:
„W dniu 4 grudnia 1964 roku zawarto ustne porozumienie między UAM (reprezentowanym przez rektora prof. dra Gerarda Labudę) a obywatelką docent doktor Marią Koftową i na tej podstawie odzyskaliśmy część mieszkania przy ulicy Kantaka, gdzie mieściły się sale wykładowe”.

Trzy izby z łazienką – pokój, kuchnia, korytarz i łazienka. Chciałam zaprezentować, jak wyglądały wtedy moje studia.

Ewa Kraskowska: Sporo tych zapisków diarystycznych wykorzystałaś w różnych swoich książkach; szczególnie w ostatniej, „W szczelinach czasu”. Jest tu i o Lubuskiej, i o ideologii na studiach… O tym, że Krystyna Kofta pisze dzienniki, wiemy nie od dzisiaj. Część z nich ukazała się w formie książkowej. Natomiast dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, jak monumentalne jest to przedsięwzięcie diarystyczne; że są to dzienniki, które spisujesz nieomal codziennie od bardzo wczesnej młodości. Z historii literatury znam tylko jeden przypadek aż tak konsekwentnego dziennikopisarstwa – Zofii Nałkowskiej. Czy mogłabyś powiedzieć, jaką rolę w życiu i twórczości odgrywa dla Ciebie pisanie dzienników?

K.K.: Nie wiem, co mogę powiedzieć. Po prostu je piszę. Na początku to był zapis tego, o czym nie mogę z nikim rozmawiać. To były dość intymne dzienniki. Pierwszy w ogóle zaginął. Dałam na przechowanie pewnemu studentowi prawa, a on wyemigrował. Nigdy go nie oddał. Potem pisałam już dzienniki nowsze. To się rozwijało przez pączkowanie i z tego później korzystałam. W tej chwili, kiedy zadałaś mi to pytanie, dotarło do mnie, że te dzienniki być może były próbą przed napisaniem czegoś innego. Byłam uważana za dość zarozumiałą dziewczynę, natomiast byłam bardzo skromna, wewnętrznie pełna pokory i prawdopodobnie bałam się zacząć pisać i dlatego pisałam najpierw dla siebie i dzienniki – zanim zaczęłam pisać powieści. To chyba tak było.

E.K.: Tadeusz Drewnowski napisał kiedyś o Marii Dąbrowskiej – również wybitnej diarystce XX-wiecznej – iż w niemiłosierny sposób eksploatuje własne dzienniki w swoim powieściopisarstwie. Czy w Twoim przypadku jest podobnie?

K.K.: To nie ja oceniam, tylko wy – krytycy, czytelnicy. Myślę, że trochę tak; dlatego, że dziennik jest warsztatem. Bardzo często w dziennikach robiłam ćwiczenia językowe i zapisywałam pomysły. Do tej pory mam takie dzienniczki mniejsze, w których zapisuję pomysły na wypadek, gdyby mi ich zabrakło, bo coś się zacznie ze mną dziać – różne rzeczy się dzieją z człowiekiem. Potem pomyślałam sobie, że jak zaczyna się coś dziać, to już nie ma ratunku i pomysł nie pomoże – można go rozpisać tylko wtedy, kiedy jest się w pełni władz umysłowych. Ale znałam reżyserów, którzy przychodzili do mnie i mówili: „Krysiu, słuchaj, mam podcięte skrzydła. Wymyśl coś”. I wtedy trzeba było coś wymyślić. A reżyser potrafił z tego coś zrobić.

Dla mnie dziennik jest warsztatem-zapisem, z którego mogę korzystać w powieści. Zwłaszcza w wydanych teraz „W szczelinach czasu” jest mnóstwo rzeczy z dzienników. Jeden cały miesiąc jest dokładnie przepisany z dziennika – 1970 rok, bardzo ważny miesiąc, wrzesień. Urodziłam syna. Są listy: moje, męża – nie wszystkie, ale wiele, dość zabawnych, bo wtedy nie było rodzinnych porodów i nawet mąż, partner, nie mógł wejść do szpitala. Uważano, że w ten sposób chroni się dzieci przed chorobami. I wszystko to opisałam w dzienniku, w tej klinice. To było niesamowite, bo myliłam daty, ale zostawiłam te pomyłki, bo zawsze dbałam o to, żeby to była prawda. Myślę, że jeśli korzysta się w powieści z dzienników, to ta prawda wychodzi.

E.K.: Dziennik jest taką swoistą protezą pamięci, a fenomen pamięci, jak to w swojej książce określasz, zawsze Cię fascynował i fascynuje. Jedna z Twoich książek prozatorskich nosi tytuł „Złodziejka pamięci”. Jest bardzo osobista, przynajmniej jeśli się zna te rzeczy stricte autobiograficzne, wydawane w ostatnich latach. Czy przed rokiem 2000 wydawałaś takie narracje osobiste, jak autobiografia czy fragmenty dzienników?

K.K.: Nie. Dopiero po chorobie.

E.K.: No właśnie. Jestem czytelniczką książek Krystyny Kofty od debiutu powieściowego. Przeczytałam ten debiut – „Wizjer” – w roku, w którym się ukazał, a więc w 1978. To była książka, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Właściwie pisarstwo Krystyny Kofty towarzyszy mi bez mała przez całe moje życie. W miarę jak dojrzewałam, w miarę jak się starzeję, w zasadzie na każdym etapie życia znajduję w nim coś, co mnie wspiera. Ale po tych książkach osobistych powrót do książek wcześniejszych jest już zupełnie nową lekturą. Nie sposób czytać „Złodziejki pamięci” czy „Wizjera”, nie uruchamiając kontekstów autobiograficznych. Piszesz o sprawach, które dotyczą niekiedy rzeczy niesłychanie prywatnych, intymnych, takich, które ktoś inny być może chciałby zachować w sekrecie…

K.K.: To niech zachowuje. Wydaje mi się, że mam w sobie różne tajemnice, które nigdy nie zostały opisane, są wewnętrzne. Nie wszystko, co się publikuje i jest osobiste, jest łatwe. Najtrudniej mi było wytrzymać książkę „Lewa. Wspomnienie prawej”. To jest prawdziwy dziennik, dziennik choroby. Po tym rzeczywiście czułam się obdarta ze skóry. Wszystko mnie dotykało, ale wiedziałam, że ta książka jest potrzebna. Dostałam z wydawnictwa propozycję, żeby napisać powieść na temat choroby. Najpierw pomyślałam, że zrobię bohaterką jakąś kobietę ciemnowłosą, tęgą, odpodobnię ją, ale włożę w ten worek siebie i swoje przeżycia; następnie – że to nie ma żadnego sensu i nikt w to nie uwierzy. Uwierzyłby, gdybym nie była chora i to wymyśliła. Tak, jeśli to jest moje, a ja tego nie dam, to będzie zupełnie fałszywe. I w związku z tym pomyślałam, że dam rok tego życia i to zrobiłam; ale potem miałam naprawdę ochotę się schować.

A wracając do tego, o czym mówiłam, czyli o prawdzie i fałszu: w powieści „Chwała czarownicom” moja bohaterka zachorowała na raka mózgu (była operowana). Nie miałam wtedy pojęcia o swojej chorobie (przeszłam inny rodzaj raka), ale wymyśliłam to od początku do końca i wymyśliłam wygląd tego wyciętego raka. Tak się składa, że obok nas mieszka sąsiadka, pani doktor (anestezjolog), która wie, co, jak wygląda. Kiedy napisałam i wydałam książkę, zapytałam ją, jak wyglądają te preparaty i jej przeczytałam, co napisałam. Moja bohaterka była bardzo ciekawa i chciała swojego wyciętego raka dostać (tego chyba nie da się zrobić) – schowała go sobie w słoiku. Opisałam to. Moja sąsiadka Basia powiedziała: tak to wygląda. I wtedy sobie uświadomiłam, że kreacja jest czymś nadzwyczajnym i że wcale nie jest tak, że aby coś opisać, trzeba to polizać.

E.K.: Krzysztofie, czytasz Koftę właściwie od niedawna.

Krzysztof Witczak: To prawda. Od niedawna, acz dość intensywnie. Trafiłem trochę przypadkowo na pisarstwo Krystyny Kofty, ale zakochałem się w nim od razu. I myślę, że to miłość z wzajemnością, bo nasza współpraca przebiega dobrze. Chciałbym, żeby państwo posłuchali Krystyny Kofty w znaczeniu dziennikowym, bo cały czas mówimy o dziennikach trochę teoretycznie. Przygotowałem fragment, który trochę nas naprowadza na dzisiejsze spotkanie. Zastanawialiśmy się z profesor Agnieszką Kwiatkowską, kiedy ugościć Krystynę Koftę – chcieliśmy znaleźć jakąś konkretną datę, dzień mocno związany jej z pisarstwem. Wówczas pomyślałem o 30 marca 1978 roku, który jest oddany w „Monografii grzechów”. Przeczytam ten fragment:

„30 marca 1978 roku. Czwartek. Komolian wczoraj wyjechał. Dziś dostałam autorskie egzemplarze »Wizjera«. Odebraliśmy je z Mirkiem z »Czytelnika«. Spotkaliśmy Andrzeja Heidricha, rozmawiamy o okładce, na której są moje rysunki. Jest z niej zadowolony, uważa, że farba mogłaby być bardziej czarna. Ja inaczej, sądzę, wypadło lepiej, niż oczekiwałam”.

I jeszcze jeden wpis:

„Szapiro dumny jak paw z fotografii na okładce »Wizjera«, którą mi zrobił. Jest dziwaczna i tajemnicza, technicznie wygląda jak zdjęcie zrobione z legitymacji partyzanckiej. Jest na niej coś na moim ramieniu, jakaś ręka, nie wiadomo czyja. Ja wiem, to łapka Wawrzyna. Był mój teść. Dla niego wydrukowana książka to jest coś, sacrum druku”.

„Wizjer” to była pierwsza książka, która wprowadziła Krystynę Koftę na salony literackie. Została zauważona i świetnie oceniona. Jak teraz, po latach, podchodzisz do pierwszej książki? Ile dla Ciebie znaczy? Czy nadal jest dla Ciebie najważniejsza, czy może już nie?

K.K.: Nie wracam do swoich książek tak bardzo. Czasami, jeśli ktoś robił film, na przykład z „Pawilonu małych drapieżców”, musiałam przeczytać, bo pisałam scenariusz. Myślę, że „Wizjer” był bardzo ważny pod kątem języka – bo wtedy pracowałam nad językiem. Zawsze nad nim pracuję, ale wtedy pracowałam naprawdę ciężko. Było mi trudno, musiałam zapomnieć wszystko, czego się uczyłam na polonistyce. Podobnie jak po liceum plastycznym, kiedy chciałam malować – musiało parę lat minąć, abym zapomniała, że nie wolno używać za dużo bieli, że nie wolno operować za dużym kontrastem. Po prostu trzeba się wyzwolić. Dzienniki były przygotowaniem do pisania, a „Wizjer” był książką, z której napisania byłam zadowolona. Nie z całości, bo w tej chwili bym usunęła z niego część. Wyrzuciłabym tę historię Senii – jej romansu. Tam jest sporo rzeczy, które mogłyby zostać, ale na pewno bym to przycięła. Ta książka jest dojrzała. Pisałam ją dość długo, chyba byłam za młoda. Starość opisałam lepiej niż młodość. Pamiętam, jak Staszek Barańczak bardzo chwalił tekst i powiedział: „Możesz z tym iść do każdego wydawnictwa prosto z ulicy”. I tak było. Poszłam z Mokotowskiej do Czytelnika, bo miałam blisko. „Wizjer” dałam Ryszardowi Matuszewskiemu, z którego podręczników się uczyliśmy. Powiedział, żebym zaniosła do jakiejś młodej redaktorki. Powiedziałam, że nie mogę, że on to musi przeczytać, bo ona tego nie jest w stanie ocenić, a to jest moje pierwsze dziecko. Przyjął to, śmiał się. „Wizjer” w końcu poszedł bez poprawek, natomiast Staszek Barańczak zauważył, że tam jest pęknięcie. Myślał, że go nie zauważyłam; zauważyłam je, ale nie w takim stopniu, jak on to widział. Ludzie, którzy się znają na literaturze, patrzą inaczej niż autor. Pamiętam: przyjechał jakiś student Barańczaka ze Stanów i powiedział, że prowadzi z nimi zajęcia: „Pęknięcie konstrukcyjne w »Wizjerze« Krystyny Kofty”. To pęknięcie teraz bym zakleiła.

K.W.: Jest to zastanawiające. Nie rezygnujesz jednak z tego pęknięcia i szczelin, cały czas o nich piszesz – więc być może zaklejenie nie byłoby dobrym rozwiązaniem. Twoja narracja często płynie meandrycznie. W jaki sposób podchodzisz do samej konstrukcji swoich książek? Niesamowite jest to, że często, na przykład w przypadku opowiadań, kiedy są wznawiane, dzielisz je, poprawiasz, nadpisujesz, traktujesz je jak palimpsesty.

K.K.: Trochę tak jest, ale specjalnie się tym nie martwię. Wydaje mi się, że dopóki czuję, że trzeba coś poprawić, to jest dobrze. Nigdy nie pomyślałam o tym, co piszę: że to już jest to, o co mi chodzi, że nic nie trzeba poprawić. Nie wiem, jak inni pisarze, ale kiedy czytam książki innych, to ich też poprawiam. Z wielką trudnością znajduję coś, co mnie nie denerwuje i co mogę przeczytać od początku do końca. Mam dość specyficzny gust literacki. Na przykład czytam Irlandczyków. Bardzo ich lubię i odkrywam ten sposób pisania. Ostatnio odkryłam wspaniałą książkę Bernarda MacLaverty’ego. Pomyślałam sobie: „Będę czytać po dwadzieścia stron, żeby mieć na dłużej”. Zaczęłam czytać i pomyślałam: „To jest książka, którą mogłabym napisać”. Jest świetnie napisana, nie mogę się do niczego przyczepić. I nagle pojawiły się jakieś zgrzyty w tłumaczeniu. Poprawianie rzeczywistości – to nie jest łatwe życie. To przekłada się z literatury na życie. Jestem po prostu „poprawialska”: chciałabym ludzi też naprawić (wiem, że nie można), siebie chciałabym naprawić – wiem, że przemiany są możliwe. Mówiło się o tym, że jest to coś genetycznego – być może gdzieś to tkwi. Może być coś takiego, o czym nie wiemy, natomiast ostatnie odkrycia mówią, że nawet w wieku 90 lat niektóre komórki się odbudowują w pewnej części mózgu i to jest bardzo pocieszające dla ludzi w różnym wielu: dla młodych, dla starszych, dla zupełnie starych. Wszystko można poprawić. Trzeba nad tym pracować.

 

Dzień z Krystyną Koftą na poznańskiej polonistyce. Od lewej: Krzysztof Witczak, Krystyna Kofta, Ewa Kraskowska | fot. Monika Sidorowska

 

Bożena Chołuj: Mam pytanie, które mnie prześladuje. Pamiętam, że rozmawiałyśmy, kiedy była wystawiana Twoja sztuka we Frankfurcie nad Odrą. Powiedziałaś, że sztuka była bardzo udana i że masz taką fazę, że już nie chcesz pisać literatury fabularnej. Skąd ta niechęć?

K.K.: Może jestem po prostu zmienna. Zużywa się materiał, staram się pisać felietony solidnie – by była pointa o czymś (ekonomia, filozofia, zawsze coś przemycam…). Z tego się żyje. Jak mnie ktoś pyta, czy można wyżyć z literatury, to mówię, że nie, ale z pisania tak. Zostawiłam sobie jeden felieton w „Twoim Stylu”; natomiast piszę książki i nie zastanawiam się nad tym. Jestem na tyle dojrzała, że piszę literaturę i chcę ją pisać, ale chcę ją pisać inaczej. Gdy rozmawiałam z tobą, byłam na innym etapie. Ciągle na nim jestem. „W szczelinach czasu” jest przygotowaniem do czegoś nowego; inaczej już piszę dzienniki – też są przygotowaniem do innego rodzaju pisania. Szukam czegoś i jeszcze tego nie znalazłam. Już nie mogę pisać tak jak do tej pory. Wszystko ulega przemianom – i nie wiem, co z tego wyjdzie. Może jakiś potworek.

Ciągle próbuję, nawet rysuję inaczej. Wcześniej był na przykład cykl obrazów: „Siedząca kobieta w oknie” (namalowałam trzy takie). Cykl dotyczył sposobu wyjścia z życia: wyskoczyć, nie wyskoczyć, a może jednak wyskoczyć. To były rysunki i obrazy dość tradycyjne. A teraz zaczęłam rysować inaczej. Nie wiem, czy są to prace lepsze. Może są gorsze – są trudniejsze do wytrzymania. Dla mnie były trudne do rysowania i malowania. Przez te rysunki inny rodzaj widzenia rzeczywistości, inną estetykę chciałabym przenieść jakoś na język. I z tym się borykam. Ciągle.

Inga Iwasiów: Bardzo mnie interesuje sama koncepcja procesu twórczego. To, co mówisz, dotyczy poszukiwania formy, poszukiwania języka. A czy myślisz też o jakiejś innej bohaterce? Czy istnieje jakiś rodzaj doświadczenia, stanu bohaterki, którego wcześniej byś nie opisywała? Jest to już bardzo bogata galeria postaci, sytuacji, wcieleń; wszystkie dają się opisać jako pochodna doświadczenia. Mówisz o wpływie twórczości autobiograficznej – czy można w ogóle wyjść poza krąg tego doświadczenia? Czy myślisz, aby znaleźć sobie takie miejsce, w którym nie byłoby takiego bezpośredniego dostępu do świata przez doświadczenie własne? Często rozmawiam o tym ze studentami. Nie akceptują oni tego, że pisze się o doświadczeniach. Uważają, że pisanie to kalkowanie. Natomiast pisanie jest doświadczaniem. Ale być może zadajemy sobie inny świat, taki, którego my same nie dotykamy.

K.K.: To, co mówisz, jest jasne. Tylko na to pytanie chyba nie ma odpowiedzi. Szukam tego, o czym mówisz: innego rodzaju tematu, bohatera, bohaterki. Jedno jest pewne: nie będzie bohaterem mojej książki mężczyzna – nie wkraczam w te światy, bo tego po prostu nie umiem. Pisałam opowiadania o Bolu. Doszłam do wniosku, że jest słabe, mimo że się podobało, miało bardzo dobre opinie. Prawie wszyscy mężczyźni, którzy czytali te opowiadanka, mówili, że są świetne. Mnie się nie podobały. Jestem bardzo krytyczna w stosunku do siebie, to już wiem. Natomiast nie chciałabym, aby bohaterką była kobieta, która jest podobna do mnie. W różnych książkach tak bywało, ale to jest bohaterka zawsze składana (bohaterowie są składani podobnie jak ideał; nie chciałabym takiego Frankensteina lepić). Ciągle myślę. Wydałam teraz „W szczelinach czasu”, bo chciałam napisać tę książkę o PRL-u. Wydaje się, że jest potrzebna. Spotykam się często z młodymi ludźmi i słyszę, że nie mieli pojęcia, jak wyglądało nasze życie. Mój mąż, który jest profesorem psychologii społecznej, także rozmawia ze swoimi studentkami i studentami, doktorantkami i doktorantami – i mówi to, co ja: że młodzi ludzie nie wiedzą wiele o PRL-u; mają mylne wyobrażenie, że wtedy wszyscy walczyli. My wiemy, że tylko nieliczni walczyli, a reszta siedziała cicho. A ja piszę o PRL-u: myśmy się kształcili, kochali, pili, jedli. I to był czas wtedy oswojony (nie był normalny, jak się na to spojrzy z lotu ptaka). Chciałam to opisać – nie wiedziałam, że wyjdzie z tego taka gruba książka, że tyle będę musiała nad tym siedzieć. Teraz pracuję nad „Gdyby zamilkły kobiety” – to nowa wersja książki wydanej w 2006 roku. Jednocześnie już piszę i myślę, jak poradzić sobie z czymś, co będzie zupełnie nowe. I nie wiem jeszcze. I mogę odwrócić pytanie i zadać: czy też myślisz o czymś takim – rozproszonym i skupionym jednocześnie?

I.I.: Myślę, że to jest bardzo jasne. Cieszę się, że powiedziałaś, że nie mógłby to być mężczyzna. Cieszę się w kontekście krytyki feministycznej i naszych zmagań ze światem, w których zaczynamy rozmowę od wyjaśniania, dlaczego tak jest, że płeć autorki jest istotna dla wizji świata, który przedstawia. Że są pewne cechy, które można nazwać organicznymi cechami tekstu, a nie wszystko jest możliwe do pomyślenia i skonstruowania – dobry pisarz potrafi napisać z perspektywy wielu instancji. Kiedy zadałam poprzednie pytanie – wydawało mi się, że najłatwiejszym sposobem będzie pisanie jako mężczyzna.

K.K.: Nie podejmuję się pisać w męskim rodzaju. To jest za trudne. No i przecież tej „męskiej prozy” jest dość. Kobiety mają do napisania wiele niewyrażonych jeszcze swoich historii. To bym chciała dodać.

Lucyna Marzec: Gdybym mogła coś zamówić u Krystyny Kofty, to byłaby to powieść o latach 90. Jestem bardzo ciekawa, co się dzieje z Tobą w okresie transformacji. Bardzo wiele wiemy o Twoim PRL-u, a lata 90. łączą się przecież w twojej twórczości z nowymi gatunkami: od felietonu do powieści internetowej.

K.K.: Powieść o latach 90. to można pisać do gazet. Poza tym PRL był innym okresem. Inaczej się pisało, inaczej się myślało. W tej chwili mamy wolność i możemy pisać – nie do wszystkich pism, ale jest internet. To już jest inny świat i ten świat nie przystaje do tego, co ja robię, do mojej literatury. Mogę się zajmować psychologią, ale właśnie takiej książki nie chcę napisać jako kolejnej. Dlatego pracuję nad czymś, co chciałabym, żeby było zupełnie inne i nowe. Ludzie myślą, że jak postawią tę małpkę lub hasztag i wejdą w internet, to już jest „nowoczesne”. Można napisać powieść z SMS-ów albo z maili. Można, owszem – to też będzie jakaś forma, ale ja tego na pewno nie zrobię. To straszliwie wtórne i nie umywa się do tego, co dzieje się z nami, kiedy sami piszemy SMS-y czy maile, natomiast zrobienie z tego książki uważam za chybione.

Agnieszka Gajewska: Chciałam zapytać o Pani drogę do feminizmu. W wielu powieściach pojawiają się manifesty feministyczne. Skąd, oprócz doświadczenia osobistego, pomysły na taką formę?

K.K.: Myślę, że manifest to jest zwykła forma wyrazu. W „Ciele niczyim” bawiłam się rozmaitymi formami (jest tam list, w którego napisaniu pomógł mi prof. Wydra), jednak w Manifeście matki Judyth jest zawarta pewna feministyczna prawda: wyraża mój pogląd na sprawę, jest w nim sporo feminizmu, takiego naturalnego. Ten manifest jest bardzo prosty – nigdy nie używałam języka feministycznego w literaturze, w sensie publicystycznym – jak na przykład męskie, szowinistyczne świnie (w literaturze międzynarodowej znane są takie rzeczy). W ogóle nie lubię się posługiwać cudzym językiem – a to był dla mnie cudzy język. W związku z tym wymyśliłam swój manifest. Powieść „Suki” też jest manifestem – w całości, to manifest pewnego rodzaju niezależności kobiecej i zależności, podległości i walki z tym. W języku feministycznym nazywa się to „siostrzeństwo”. Solidarności kobiecej jest więcej, ale ciągle jest jeszcze za mało. To widzimy teraz przy różnych sprawach politycznych. Dlatego się tym zajęłam: uważam to za ważny problem społeczny. Nie możemy przymknąć oka i odwrócić się plecami, udawać, że nie słyszymy, nie widzimy. W „Sukach” więc pisałam dość ostro, nawet trochę brzydziłam się tej książki, ale uważam, że była potrzebna. Czuję, że jest to rodzaj mojego prywatnego manifestu w tej sprawie.

K.W.: Czy ten problem będzie w nowej wersji „Gdyby zamilkły kobiety”? Jest to, jak mówiłaś, książka trochę publicystyczna, trochę nawiązująca do Twoich korzeni, do analizy dzieła literackiego. Poruszasz w niej problemy związane z życiem publicznym, z myśleniem o kobietach w przestrzeni, na różnych polach. Oczywiście z perspektywy lat niektóre problemy już nie są tak aktualne. Czy ta nowa wersja będzie sposobem odpowiedzenia na pytanie, jak się zmienił świat, czy się poprawił na lepsze w ciągu tych ostatnich lat?

K.K.: Uważam, że zmienił się na lepsze o tyle, że się o tym mówi. Kiedyś się o tym nie mówiło, a w tej chwili te rzeczy są na tapecie. Wyrzuciłam, trochę z bólem, rozważania biblijne na temat Adama i Ewy. Lubię takie rzeczy i trochę się też tym bawiłam. Usunęłam to, bo to jest książka publicystyczna, nie może być cegłą. Wyrzuciłam i zamiast tego są problemy, o których dziś mówię i o które należy walczyć. A należy o nie walczyć razem. Nie jest tak, że kobiety same to załatwią. Nie ma feminizmu bez mężczyzn – trzeba o tym pamiętać, ja pamiętam. Uważam, że mężczyźni rozumieją, jak im się wytłumaczy, o co chodzi.

Wracając do książki: jest w niej także rozdział o akcji MeToo w Polsce i na świecie. Jest też o kobietach, które sobie doskonale radzą w firmach, bo okazuje się, że jest przełożenie z tej kobiety domowej, która potrafi zarządzać budżetem; jest o alimentach, o niemożności ich ściągania; jest o samotnych matkach opiekujących się dziećmi z niepełnosprawnościami. W każdym razie będzie to książka znacznie bardziej aktualna, niż była.

Arleta Galant: Czy po opublikowaniu zapisków autobiograficznych były jakieś środowiskowe konflikty? Ktoś się obraził? Ktoś bardziej Panią polubił?

K.K.: Były. Konflikty rodzinne też były, oczywiście, ale nikt z rodziny się nie obraził. Ze środowiskiem jest tak: opisuję rozmaite osoby w powieści lub w felietonach, ale to wygląda na to, że rozpoznają one innych, siebie zaś nigdy. Ludzie nie chcą siebie widzieć – naprawdę. Nie mam więc tutaj obaw, że ktoś się obrazi. Tego nie było. A środowiskowe konflikty były na innej płaszczyźnie: jak autorka „Wiórów” może pisać do „Twojego Stylu”? Pewien poeta, który mówił: „Jak ty możesz tam pisać?”, po dwóch latach – jak się okazało, że tam dobrze płacą – zapytał mnie: „A może byś zapytała Krystynę Kaszubę, może ja bym mógł tam pisać?”. Zapytałam, powiedziała: „Niech pisze”. Napisał trzy felietony – i Kaszuba powiedziała, że on nie umie pisać felietonów. Konflikt się skończył.

E.K.: Drodzy Państwo! Ten dzień dla nas trwa od godziny dziesiątej; jest godzina piąta – więc myślę, że czas kończyć.

K.K.: Chcę bardzo podziękować wszystkim osobom, które się przyczyniły do jego zorganizowania oraz wszystkim, którzy uczestniczyli w przedpołudniowej sesji i w popołudniowym spotkaniu. To jest niezwykle ciekawe, inspirujące. I zachęca mnie do pisania.

Solidarni w przemijaniu
19 lutego 2020

Solidarni w przemijaniu

Jest więc „Kłamstewko” filmem o inscenizowaniu fikcji dla bardzo wymagającej publiczności, o fingowaniu rzeczywistości w specyficznych, antyhollywoodzkich warunkach: w środku chińskiego kolektywu, w którym to rodzina poświęca się dla utrzymania dobrostanu jednostki, a nie – jak przyzwyczaiło nas globalne Hollywood – pojedynczy człowiek heroicznie wykuwa dobrostan własnego stada...