27 stycznia 2011

Spokojny hałas Neila Younga

Urodzony w 1945 roku Neil Young jest żywą legendą gitarowego grania i najlepszym dowodem na to, że niektóre idee się nie starzeją. 66-letni dziś muzyk w swoich utworach wciąż hołduje hippisowskim ideałom, nadając kompozycjom charakter filozoficznych melodeklamacji.

Przez wielu uznawany za ojca grunge’u, swoje muzyczne wojaże odbywał już w krainach rocka psychodelicznego, folku, hard rocka i heavy metalu. Jego dzieła zawsze jednak charakteryzowały teksty – głębokie, refleksyjne, melancholijne, niekiedy nacechowane złością wobec świata, częściej oscylujące wokół ludzkiej egzystencji i związanych z nią zagadnień. No i gitarowe popisy: niekiedy długie, wielostopniowe solówki, które Neil Young rzeźbił kunsztownie z polotem Michała Anioła lub malował z nich spokojne pejzaże w stylu Chagalla. Jego muzyka, w dużej mierze ze względu na niesamowity głos, jest rozpoznawalna dla każdego fana bluesowo-rockowych brzmień.

O Neilu Youngu napisano już wszystko, bo zasługuje on na to, ażeby o nim pisać. Pisać, mówić, słuchać. W dzisiejszym świecie chwilowych, eksplodujących i szybko gasnących gwiazdek, Young pozostaje jednym z nielicznych przedstawicieli starego, prawdziwego grania. Dlatego każda jego płyta przyjmowana jest z otwartymi ramionami, nie tylko przez zapalonych fanów sędziwego gitarzysty.

Nie inaczej jest z najnowszym dziełem dziadka Neila „Le Noise”. Tytuł przewrotny, albowiem na płycie tej nie uświadczymy zbyt wiele hałasu. Wręcz przeciwnie, jest ona stonowana, spokojna, miejscami bardzo delikatna, wręcz intymna. Słuchając „PeacefulVallyBoulevard”, czułem się, jakbym podglądał nagą gitarę-kobietę. „Love And War” to niemalże bluesowy klasyk, podręcznikowy przykład tego, jak należy obchodzić się z muzyką najwyższych lotów. Pięknie akcentowane akordy współgrają z delikatnym muskaniem strun, tworzącym główną linią melodii. Otwierający płytę „Walk With Me” dla odmiany ma rockowo-grunge’owy pazur, z przesterowaną, rzężącą gitarą i zagrywkami przywodzącymi na myśl spokojniejszą część twórczości Alice In Chains. Właściwie sporo jest przesterowanego brzmienia na tej płycie, ale w jakiś magiczny sposób udaje się Youngowi je zmiękczyć, sprowadzić do roli swoistego podkładu dla jego hipnotyzującego, spokojnego głosu. Tak jak w szóstym utworze na trackliście, niepokojącym „Hitchhiker”, ewidentnie nawiązującym do grunge’owych korzeni Younga. Jest w tej płycie coś takiego, co nie pozwala zapomnieć o tym, czym był rock w latach 60. i 70. ubiegłego wieku i że tamten rock wciąż żyje nie tylko w duszach pasjonatów, ale w duszach ostatnich muzyków tworzących wtedy podwaliny pod współczesne brzmienia nowego rocka. Jest w tej płycie, pomimo całej jej melancholijności i ciemności, zaklęta nadzieja. Nadzieja na to, że artyści tacy, jak Neil Young pozostawią po sobie spuściznę wystarczająco wielką, by świat nie zapomniał o najpiękniejszych czasach dla muzyki.

Król jest nagi. Na „Le Noise” jest tylko Neil Young, jego gitara i Daniel Lanois, znany kanadyjski producent, legenda rockowych produkcji – żeby wymienić tylko U2 czy Boba Dylana. Lanois odwalił kawał świetnej roboty, nadając płycie bardzo charakterystyczne, przestrzenne, a jednocześnie intymne brzmienie. Podobno całość materiału została zarejestrowana bez poprawek, co czyni „Le Noise” albumem jeszcze bardziej wyjątkowym. To niesamowite, że w dzisiejszych czasach elektroniki, efektów i sztabu ludzi zajmującego się produkcją wielkich kapel, dwóch ludzi i kilka gitar mogą zaczarować godzinę życia bardziej, niż zapełniające 40-tysięczne hale koncertowe popularne megagwiazdy.

Co ciekawe, ten sam materiał został wydany także w wersji DVD i Blu-ray. Znajdziemy na nich zapisy wideo sesji nagraniowej, czyli po prostu Neila Younga czarującego na gitarze i śpiewającego samotnie w studiu. Podobnie jak wersja audio, nie dokonano nich żadnych poprawek ani dogrywek. Surowy, stuprocentowy materiał.
Warto posłuchać nowego dzieła gitarowej legendy choćby dlatego, że jest jednym z ostatnich przedstawicieli starej szkoły. Ale nie tylko. W świecie, gdzie czas pędzi z prędkością odrzutowca, gdzie nikt nie ma chwili dla siebie, warto zatrzymać się, włączyć „Le Noise” i dać się porwać w godzinną podróż do lat 60.; do lat niewinności, ideałów jakże odmiennych od dzisiejszych, lat swobody i historycznych przemian. Tym bardziej, że przewodnikiem będzie sam legendarny Neil Young. I chociaż dzieło miało premierę jeszcze w 2010, na dobry początek nowego roku płyta absolutnie obowiązkowa!

 

Neil Young
„Le Noise”
Warner Music Poland
premiera: wrzesień 2010

Wstyd nasz codzienny
27 lutego 2021

Wstyd nasz codzienny

Siła wstydu dla nikogo nie powinna być abstrakcyjna – jest on naszym doświadczeniem. Dlatego nie sam tytułowy afekt stanowi o wymowie przedstawienia.
Pop o kochaniu
25 lutego 2021

Pop o kochaniu

To książka dla wszystkich „osób, które chcą być kochane”. Kochanie jest powszechne i demokratyczne – ale właśnie może zbyt powszechne, a zarazem zbyt indywidualne, by uważać, że można nadać ten sam komunikat do wszystkich, nikogo przy tym nie krzywdząc...