06 października 2016
zomo

Solidarni

Gorzowski teatr rozpoczął sezon w sposób – jak dla siebie – dość niestandardowy. Widzowie otrzymali spektakl rocznicowy (z okazji 35. rocznicy ogłoszenia stanu wojennego), którego tematem jest życie byłych funkcjonariuszy ZOMO. Na przedstawienie, prezentowane w ramach Miejskiej Kampanii Edukacyjno-Informacyjnej „Obudź się”, przybywają uczniowie miejskich szkół. Choć nie jest to propozycja najłatwiejsza w odbiorze, może motywować młodych widzów do refleksji na temat historii i krytycznej dyskusji o współczesności w dużo większym stopniu niż ubiegłoroczna, także prezentowana w ramach wspomnianej kampanii, „Moralność Pani Dulskiej” Mirosława Siedlera. Dla teatru, w którego produkcjach nieczęsto podejmowane są zagadnienia społeczne i polityczne (w poprzednim sezonie takim wyjątkiem był również rocznicowy, opowiadający o słynnych gorzowskich zakładach włókienniczych „Stilon. Najlepszy ze światów” w reżyserii Jacka Głomba), gest ten jawi się jako szczególnie znaczący.

ZOMO z żelaza

„New Year’s Day” składa się z dwóch części, w których do głosu dochodzą kolejno jednostka i zbiorowość. W pierwszej z nich widz poznaje marzenia i rozterki głównego bohatera: aspirującego poety będącego także funkcjonariuszem ZOMO. W drugiej pojawia się perspektywa współczesna – były zomowiec to jeden z uczestników suto zakrapianego spotkania odbywającego się z okazji 35. rocznicy rozpoczęcia stanu wojennego.
Do chwili rozpoczęcia spektaklu scenę dzieli od widowni żelazna kurtyna. Po jej podniesieniu ukazuje się spowity chłodnym światłem pustostan. W jego wnętrzu zdyscyplinowany oddział ZOMO wykonuje układ choreograficzny do muzyki Piotra „Ziarka” Ziarkiewicza. W grupie wyróżnia się Zbyszek Kowalski (w tej roli Jan Mierzyński), którego problemem jest nadmiar wrażliwości. Choć chciałby pisać wiersze, wciąż pozostają one w jego głowie, bo brakuje papieru, a zomowcowi i tak nie wypada być poetą. Pierwsza część spektaklu jest więc relacją z umysłu Zbyszka, w którym mieści się wiele niewypowiedzianych treści i emocji. W ten sposób teatralna żelazna kurtyna staje się nie tylko nawiązaniem do ówczesnej polityki międzynarodowej, ale i sygnałem psychologicznej granicy, którą wytworzył w sobie jeden z „martwych za życia” zomowców.
Gęsty, społeczno-polityczny namysł Kowalskiego zostaje wyrażony w chaotycznych monologach, wizualizacjach marzeń (odbiór nagrody Nobla za twórczość poetycką i towarzysząca mu przemowa), we wspomnieniach czasu spędzonego wspólnie z kolegami, w zapośredniczonym przez media komentarzu historycznym (Bogusław Wołoszański tłumaczący historię podzielonego narodu), a także w wizji tworzonej przez kobiecy chór, który ujawnia również fizyczną przyczynę rozterek głównego bohatera. Kobiety w kusych strojach wykonują prowokacyjny układ choreograficzny. Zdejmują peleryny, pod którymi skrywały atrybuty kojarzące się z ZOMO – pałki i tarcze. Zarazem jednak nie rezygnują z wygłaszania historyczno-politycznego komentarza na temat kondycji Polski.
Druga połowa „New Year’s Day” nie tłumaczy niestety, dlaczego w tekście Rowickiego tak wiele miejsca poświęcono rozterkom Zbyszka Kowalskiego. Jego twórcze zapędy w konfrontacji z mniej skomplikowanymi – albo po prostu mniej egzaltowanymi – depozytariuszami stanu wojennego uprawniają go do komentowania ich stanu mentalnego czy wygłaszania długich tyrad na temat ojczyzny i kondycji społeczeństwa. Minione 35 lat nie zmieniło znacząco zomowca-poety: wciąż porusza on szlachetne i istotne tematy („Solidarność” a solidarność), przez co w kontekście kompozycji całego spektaklu wydaje się postacią bardziej monotonną niż jego rozgoryczeni towarzysze.

Impreza wybitnie polityczna

Gdyby zomowcy mieli swoją „Wycinkę” – rozrachunkową „artystyczną kolację” jak w spektaklu Krystiana Lupy – to przypominałaby ona zapewne drugą połowę gorzowskiej produkcji. Nie wliczając samego zakończenia, jest to jego najlepsza partia. Spotkania dawnych członków ZOMO oraz innych działaczy stanu wojennego to senne imprezy, w trakcie których pije się alkohol, tańczy oraz czyni publiczne wyznania dotyczące zarówno tamtego okresu („Nie biłem zbyt mocno, tylko tyle, ile trzeba”), jak i rozczarowującej współczesności („Dziś kręcą filmy za nasze pieniądze przeciwko nam!”). Monotonne rozmowy przy stole co chwilę przerywane są przez nagłe hasła wzywające do apelu, hymny, pieśni religijne czy kolędy. To jedyne momenty zgody – imprezowicze reagują na słowa komendy, wstają lub przyłączają się do śpiewu. Po chwili przychodzi jednak otrzeźwienie. Ktoś zmęczony usiądzie, inny zaśmieje się z siebie pod nosem. Zdrada potrafi wyposażyć te sceny w hipnotyzujący rytm, a konkretnym zachowaniom (jednostkowym i grupowym) przydać niejednoznaczności. Reakcje postaci na kolejne hasła stwarzają okazję do konstruowania najbardziej komicznych partii spektaklu, ale są też przejmującym sygnałem zagubienia, wpisującego się w odruchy ich ciał. Mentalność bohaterów „New Year’s Day” zatrzymała się w poprzednim systemie, przez co gorycz późniejszej narracji krytycznej jest dla nich szczególnie dotkliwa. Stanowią oni parabolę dzisiejszego – rozczarowanego, skłóconego, obcego dla siebie – społeczeństwa polskiego.
Wspomniane rozgoryczenie ciekawie wybrzmiewa w kreacji Marzeny Wieczorek. Graną przez nią postać określić można jako symboliczną Matkę Narodu (pijana wykrzyknie, że jest „matką miliona, czterdziestu i czterech milionów dzieci”). Aktorka przekonująco odgrywa alkoholowe upojenie, płynnie przechodząc od radości z wypitki i możliwości flirtu do frustracji i samotności. Najpełniej potrafi zapracować na dojmujące poczucie zmęczenia, udzielające się uczestnikom imprezy, widzom spektaklu oraz jej samej. Jej pełne rozpaczy, podawane bełkotliwie pytanie: „Gdzie jest moja, że się tak brzydko wyrażę, Polska?” wybrzmiewa naprawdę przejmująco.

Biała siła, czarna pamięć

W „New Year’s Day” pojawia się wiele nawiązań literackich (dominuje poezja romantyczna i powojenna) i scen kojarzących się ze stanem wojennym (przemówienie Jaruzelskiego czy śmierć Zbyszka Godlewskiego, znanego jako Janek Wiśniewski). W pierwszej części spektaklu pojawia się kontekst drugiej części Mickiewiczowskich „Dziadów”. Milicjant-poeta (Mierzyński przed dekadą kreował w Gorzowie postać Gustawa/Konrada w „Dziadach. Zbliżeniach” Rafała Matusza) z towarzyszeniem chóru przywołuje funkcjonujące w potocznej świadomości postaci, cytaty, historie, ale też widmo chłopczyka, które pojawia się na scenie, cytując Mickiewicza. „Szkarady” nie przepadają i po trzydziestu pięciu latach nadal zatruwają życie bohatera. W drugiej części spektaklu dominują znane pieśni i utwory („Zomo na Legnickiej”; „My, pierwsza brygada”; „Deszcze niespokojne”; wreszcie utwór tytułowy z  repertuaru U2), które pozwalają stworzyć ironiczny dystans do wzniosłej kreacji poety-zomowca. Składają się one zarazem na prowizoryczne dobro wspólne – swoisty kanon, który kojarzy każdy. Wszelkie znane melodie okazują się jednak głośnymi sygnałami, które zdążyły już się oderwać od swoich znaczeń. Poszukiwanie sensu mija się z celem – pozostaje współzawodnictwo o natężenie dźwięku.
Zdrada i Rowicki celnie sportretowali mentalną kondycję współczesnego społeczeństwa polskiego, odważnie odwołując się do zachowania aktorów czasu stanu wojennego. Pomysł ten nie wybrzmiewa jednak w pełni z winy problematycznego zakończenia, w którym pojawia się banda agresywnych, zamaskowanych nacjonalistów. Ich obecność sugeruje, że przeciągający się kac po stanie wojennym nie pozwolił przygotować bezpiecznej teraźniejszości. Teza ta, nawet jeśli godna przemyślenia, pochodzi już jednak jakby z innego spektaklu, w tej kompozycji wydaje się obca. „New Year’s Day” tymczasem najciekawiej wybrzmiewa w tych scenach, w których odtwarzane w nieskończoność hasła, wspomnienia i żale okazują się podstawą naszej smutnej solidarności.

Piotr Rowicki, „New Year’s Day”
reżyseria i scenografia: Joanna Zdrada
kostiumy: Anna Kaczkowska
choreografia: Kamil Wawrzuta
muzyka: Piotr „Ziarek” Ziarkiewicz
Gorzów Wielkopolski, Teatr im. Juliusza Osterwy
premiera: 17.09.2016

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...