06 grudnia 2019
piernikowski-3
materiały promocyjne

Skanowanie dna

Co mogą znaczyć „rozchylone uda”, jeśli zaśpiewać je – albo raczej melodyjnie wypowiedzieć – w sposób nie tylko gnuśny, ale też bez oparcia w kontekście? Znaczą przede wszystkim jeszcze jedno zerwanie, jeszcze jedną z licznych odmów, jakie skierowano w tym roku do „truskulu”. Jego fiksacje punktują z jednej strony Taco w mainstreamie, z drugiej – Koza w podziemiach. Robert Piernikowski idzie jeszcze inną drogą. Nawet jeśli wciąż nazywany jest emce, to na pewno nie z powodu tego, co wychodzi mu najlepiej – udaremniania ciągów skojarzeniowych, do których przyzwyczaił słuchaczy polski hip hop.

„Wczoraj wieczorem obiad w mieście. Ledwie wybąkałem parę słów. Nuda granicząca z desperacją” – notował Cioran w „Zeszytach”. „The best of moje getto” to właśnie takie „bąkanie” – namolny, zarażający chandrą hip hop, któremu nie zależy na flow, na pobudzających bitach, a stałe tematy i kody kulturowe budzą w nim pełny politowania désintéressement. Zanim zdążymy dopasować do „rozchylonych ud” jakiś obrazek, jakąś postać kobiecą znaną z rapsów, słyszymy, że „dużo najka, dużo adidasa” nie łączy się tu z braggą na modę, lecz stetryczałym narzekaniem na ciuchy, które w pralce oblazły strzępy odwirowanej wraz z nimi chusteczki higienicznej.

 

Odzywa się Piernikowski

Marcin Flint nazywa nową muzykę Piernikowskiego psycho smooth jazzem; na Going czytamy o „podwórkowym Vangelisie”; sam autor stosuje określenie „gangsta emo”; i rzeczywiście – „The best of moje getto” to płyta aliaży. Sama obecność utworów z featuringami sprawia, że nazwa „raper osobny” przestaje do Piernikowskiego pasować. Interesujące jednak, że nie mając do zaoferowania wiele więcej niż połączenie kilku stylistyk i charakterystyczny wokal, był w stanie wydać album o bardzo istotnym zastosowaniu. Można doń przykład inne hiphopowe produkcje tego roku i mierzyć, jak daleko postąpiła nuda, ten syński czerw, który niepostrzeżenie wywraca rap na nice.

Narrator jednej z moich ulubionych płyt rapowych tego roku – Konera na „Palmach” – chce wyjść z domu, ale jak tylko założy czapkę, od razu wraca na kanapę. Chciałby nosić je dumnie, ale atrybuty hip hopu odbierają mu siły. Nie chodzi tylko o ubrania, lecz także o tak zwane pisanie (fetyszyzowane zarówno przez „filozofów”, jak i półanalfabetów rapu). „Ile można męczyć to samo skanowanie dna”? Najlepiej mu przy słuchanych na shuffle The Cure, najlepiej w depresji, a zioło i alkohol działają nie jako symbole estetyki, lecz sposoby na radzenie sobie z traumą. Nuda pożerająca to życie – toczone między „kapitalizmem jak chuj” a „siedzeniem w ogródkach w ciepłe noce” – nie przypadkiem pchnęła je w stronę hip hopu.

 

 

Konera nie kozaczy na swoim debiucie. Jeśli sypie hajsem, to bezdomnemu i tylko dlatego, że drażni go „brzęczący portfel”. Jeśli przeżywa jakieś szybkie relacje, to z dziewczynami, owszem, skąpo ubranymi, ale też „gadającymi coś o Romach”, widocznie będącymi na tym samym poziomie pogubienia, co sam raper. „Silne”, energetyzujące podkłady pojawiają się na płycie jak gdyby z grzeczności, żeby wyjść naprzeciw słuchaczowi. Sam Konera wolałby chyba jednak zatopić się w „nudziarskich”, ambientowych podkładach z „The best of moje getto”. „Wet Land” Hiroshiego Yoshimury byłby dla obu znakomitym źródłem sampli; ogólnie rzecz biorąc, powinni w ogóle zrezygnować z rapu, tyle że nasuwa się im on jako sposób narracji najlepszy do mówienia o małych sprawach – okolicy, przeżyciach, o nudzie.

 

 

Kiedy Piernikowski wprzęga hip hop do mówienia na przykład o źle wypranych ubraniach, które teraz trzeba czyścić („rolka z H&M-u zamiast majka”), to jasne, przewartościowuje wszystko (mężczyźni mówią o depresji, bloki się skończyły etc.), ale jednocześnie mało uważnie opowiada o depresji czy wspomnieniach. Roztargnienie, z jakim mówi, stało się o wiele ważniejsze od tematów albo raczej – stało się przed nimi ucieczką, formą ekspresji zastępczą wobec słów. Na początku „Zgody” Konera, proszony o tekst do bitu, wydaje się odpowiadać, jakby ocykał się z głębokiej zadumy. Odezwał się w nim Piernikowski.

Przepisać „Weisera Dawidka”

Rap miał być z założenia muzyką antynudną – energetyzującą, „otwierającą oczy”, kładącą nacisk na seks i spełnienie ambicji, przeznaczoną dla młodych, „dynamicznych” mieszkańców miast. W tym roku udało mu się przełamać jeszcze i tę barierę. Kilku autorów włączyło do jego krwiobiegu wpływ Corbina czy Billie Eilish, inni starali się odzwierciedlać folklor internetowy, a Piernikowski znalazł się na czele tej awangardy, niemal samodzielnie ją zresztą ustanowiwszy za sprawą poprzednich nagrań – solowych i jako połowa Synów. Spróbujcie posłuchać „Pierdolę to” Pono i „Pierdolę to” zaśpiewane przez Kachę Kowalczyk w „Dobrych duchach”, żeby uchwycić dystans, jaki został pokonany.

 

 

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą. W tym samym jednak czasie Piernikowski jest już o krok dalej, przekonując cierpliwie, że tego typu muzyczny aktywizm jest wołaniem na puszczy, a bardziej wymowne od rewolty jest męczenie buły albo – jak radzi Taco, autor najlepszej popowej płyty mijającego roku – „siedzenie w oknie, kiedy leci nowy Fiucz w telefonie”.

Gdzieś w tej inercji pobrzmiewają echa powieści Janusza Domagalika czy Aleksandra Minkowskiego – chłopacki realizm magiczny; pobrzmiewa nuda uwznioślająca rodem z „Weisera Dawidka”, gdyby Houllebecq zrobił z nim to samo, co  parę lat temu Kamel Daoud z „Obcym”. Wyczilowany aż do atonii Piernikowski działa jak jedna z licznych stacji radiowych, które na YouTubie puszczają lo-fi hip hop na tle zapętlonych w nieskończoność kadrów ze starych anime. Jeśli wierzyć jego ostatniej solowej płycie, „primeshit” to przede wszystkim zbiór kilku autorskich rozwiązań, które może i będą w przyszłości ewoluować, ale muszą też pozostać natychmiastowo rozpoznawalne, generując atmosferę słotnego popołudnia z pluchą, chandrą i odrobiną zioła na pociechę.

Piernikowski – „emce specjalnej troski”, jak nazwał go Flint – nie nagrywa już albumów z muzyką. To raczej mocne statementy, skoncentrowane na „gorzkim nieróbstwie” i osiąganiu nirwany przez trwanie w ciągłym bliskim kontakcie z najbardziej przyziemnymi aspektami świata. Ten brak jakiegokolwiek porywu może przeszkadzać, może też sprawić, że do języka Piernikowskiego podejdziemy jako do dyskursu potraumatycznego, który z medyczną obrazowością uwidocznia mozół, z jakim człowiek otrząsa się ze stresu i flashbacków, by co nieco ponagrywać.

 

 

 

Piernikowski (Robert), „The best of moje getto”
Asfalt
premiera: 17.10.2019

 

_________________________
Dziś, 6 grudnia, w poznańskim PAWILONIE koncert 6. urodziny LAS-u / LAS #326 Piernikowski, OOBE z udziałem Piernikowskiego.

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny
10 sierpnia 2020

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny

Po zaznajomieniu się z filmografią Lee można uznać reżysera za mistrza metonimii. Wyselekcjonowane, reprezentatywne skrawki – wycięte z określonego miejsca i czasu motywy, wątki i postaci, przy jednoczesnym pominięciu tych nieinteresujących, z których skleja swoje historie, mają na celu przekazać konkretne doświadczenie...

Odsłuchy lipca
07 sierpnia 2020

Odsłuchy lipca

Gdyby nie pewne nieprzyjemne okoliczności, spora część z nas spędzałaby teraz czas na którymś z festiwali muzycznych. Pamiętajmy jednak, że popowa maszyneria pracuje cały czas na wysokich obrotach...