21 marca 2016

Sennik Richtera

Kilka dni temu w Berlinie miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którego nie sposób nazwać po prostu i tylko koncertem. W budynku dawnej elektrowni wykonano pełnej wersji projektu „SLEEP” Maxa Richtera. Kryje się pod tym całonocne przedsięwzięcie prezentujące album koncepcyjny opiewający ludzki sen i tworzący dla niego soniczne otoczenie. Uczestnicy chłonęli muzykę, leżąc w łóżkach i choć uczestniczyli w wydarzeniu wyjątkowym, można domniemywać, że jakąś jego część po prostu przespali, co jednak w tym przypadku było w przebieg owego zdarzenia wpisane jako naturalny i zaplanowany aspekt. Berlińska noc z muzyką Maxa Richtera stanowiła pokłosie ośmiogodzinnej płyty „SLEEP”, której towarzyszy godzinny ekstrakt „from SLEEP” oraz album zawierający trawestacje wybranych kompozycji wykonane przez innych artystów.

Na neoklasycznej fali

Max Richter to jeden z bardziej rozpoznawalnych przedstawicieli neoklasycznego nurtu w poszukującej muzyce XXI wieku. Wraz z takimi muzykami, jak Nils Frahm, Ólafur Arnalds, Jóhann Jóhannsson czy Michał Jacaszek, eksploruje on obszary muzyki klasycznej, próbując jednocześnie łączyć je z brzmieniami elektronicznymi lub poszukiwaniami charakterystycznymi bardziej dla sceny niezależnej niż filharmonii. Trzeba przyznać, że to dość ryzykowana formuła, a jednocześnie mocno obciążona syndromem odrzucenia jako niewystarczająco „szlachetna” dla klasycznych melomanów i zbyt „usztywniona”, a może i pretensjonalna dla najbardziej progresywnych słuchaczy. Nie zmienia to faktu, że twórczość neoklasyków zyskuje na popularności i stopniowo wypracowuje sobie coraz bardziej autonomiczną pozycję. Spora w tym zasługa szczególnego rodzaju aktywności muzyków z tego kręgu, to jest tworzenia muzyki ilustracyjnej. Sam Max Richter jest autorem kilkudziesięciu ścieżek dźwiękowych do filmów i seriali. I to właśnie z kinową produkcją wiązać należy spektakularny początek jego kariery, czy raczej szerszej rozpoznawalności, który stanowiła, pochodząca z 2008 roku, muzyka do animowanego filmu „Walc z Baszirem” Ariego Folmana. Richter zaproponował muzykę świetnie oddającą główne akcenty filmu: rozpływającą się w cieniach przeszłość, intensywność powracających w pamięci obrazów i emocji, dramat okrucieństwa wojny pozbawionej sensu.

Za album definiujący styl Richtera należałoby jednak uznać wcześniejszy o 4 lata, choć mniej spopularyzowany, „Memoryhouse”, którzy brzmi wręcz jak sampler całej późniejszej dyskografii artysty. Są tam typowe neoklasyczne smyczkowe pasaże, potężne orkiestracje, fortepianowe miniatury czy wreszcie podążająca za nimi i reagująca na nie stonowana elektronika lub drobne „skrawki” melorecytacji lub dialogów. Różnorodność albumu jest tym bardziej dostrzegalna, że niektóry motywy Richter ogrywa kilkukrotnie w ramach różnych instrumentacji, wykraczając zdecydowanie poza formułę remikserską. Przede wszystkim jednak uderza niesłychana emocjonalność tej muzyki, będąca jedną z jej bardziej wyrazistych właściwości, ale jednocześnie  – czynnikiem ryzyka, gdyż jest to muzyka mocno ukierunkowująca słuchacza, wręcz na granicy swoistego „programowania” jej odbioru na poziomie emocjonalnym. Nie każdemu taka poetyka i jej jednoznaczność będą odpowiadać, momentami bowiem Richter stąpa po dość cienkiej granicy pomiędzy subtelnością a kiczem (choć przyznać należy, że robi to uważnie i bez zbędnej nonszalancji).

Nakreślając kontekst dla najnowszego przedsięwzięcia kompozytora, nie sposób także nie wspomnieć o płycie „Recomposed by Max Richter: Vivaldi – The Four Seasons” z 2012 roku. To album w pewnym sensie „niepokorny”, Richter bowiem nie wykonuje po prostu dzieła Vivaldiego, ale podejmuje z nim zaawansowaną, rekompozycyjną grę, której efekt jest wysoce niestandardowy. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy bardziej trafne słowo-klucz dla opisania tej płyty to „interpretacja” utworu Vivaldiego, czy może raczej „inspiracja” tymże. Richter bardzo skutecznie pozacierał granice pomiędzy tak zdefiniowanymi podejściami do „Czterech pór roku”, zarówno wnikając głęboko w muzykę Vivaldiego, jak i od niej odchodząc w stronę autorskich eksperymentów.

Ścieżki, przestrzenie i sny

Najnowsze przedsięwzięcie kompozytora to jednak rzecz zupełnie bezprecedensowa, nie tylko w ramach jego dyskografii. Koncept był prosty, ale i stanowiący spore wyzwanie – stworzyć ścieżkę dźwiękową do snu czy też muzykę, która – wedle słów artysty – mogłaby wypełnić tę przestrzeń nieświadomości, jaką jest sen. I choć Richter współpracował podczas prac nad albumem ze słynnym neurologiem Davidem Eaglemanem, próbując poznać specyfikę funkcjonowania mózgu podczas snu, to jednak owo naukowe podejście nie stanowi na szczęście istoty jego „sennej”.

Godzinny ekstrakt projektu „SLEEP” zawiera tylko kompozycje zatytułowane odpowiednio: „Dream”, „Path”, „Space” wraz z numeracją, która pozwala różnicować poszczególne fragmenty albumu, oraz ewentualnymi podtytułami. Richter nie wyjaśnia zastosowanego sposobu tytułowania kompozycji, jeśli jednak mielibyśmy – na własny użytek – szukać sensu tych trzech terminów, to moglibyśmy uznać album „from SLEEP” za splot opowieści o: ścieżce, po której podążamy zapadając w sen („Path”), śnie jako przestrzeni, w którą wchodzimy, zasypiając („Space”) i śnie jako treści, którą ową przestrzeń wypełniamy („Dream”). Jest to oczywiście „jedno z”, a nie „jedyne” rozszyfrowanie tytułów, bo nie da się pominąć faktu, że cała materia senna to obszar opowieści otwartych, niejednoznacznych, które nie niosą wyrazistych znaczeń i tematów. Sen przecież ze swej natury jest aktywnością z wielkim trudem poddającą się intersubiektywności – każdy nasz sen jest tylko nasz, a śnienie tego samego rodzi dla każdego zupełnie inne znaczenia. Nie sposób w związku z tym traktować albumu Maxa Richtera jako historii, którą chciałby nam opowiedzieć, jako prezentacji swojej kolekcji snów. Nie jest to zaproszenie do kontaktu i rozmowy, ale raczej zachęta do zwrócenia się ku sobie, wręcz do izolacji, której sen jest idealną formą – wszelka forma zaburzenia sennej separacji od tego, co zewnętrzne sprawia, że sen dosłownie znika i przestaje istnieć.

Innymi słowy, domyślamy się, czy wręcz z pewnością wiemy, że za kompozycjami Richtera kryją się nadane im przez artystę znaczenia, jego narracje czy choćby senne „migawki”. Ale jednocześnie chyba nie warto ich rozszyfrowywać, ale nadać własne, odtwarzając swoje „ścieżki, przestrzenie i sny” i rekonstruując osobiste historie senne. Przy takim ujęciu istotą pozostaje muzyka. Jest ona na płycie „from SLEEP” dyskretna, ale nie swym wycofaniem, lecz minimalizmem. To nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że – jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało – jest to muzyka „do spania”. Ów minimalizm czasem przyjmuje formę skąpego dialogu pomiędzy fortepianem a instrumentami smyczkowymi, jak w „Dream 3 (in the midst of my life)” czy „Path 19 (yet frailest)”. Innym razem będzie to krótki motyw melodyczny nucony w postaci ponad 11-minutowej pętli stanowiącej coś na kształt kołysanki, choć pozbawionej werbalnego przekazu, jak w „Path 5 (delta)”. To zresztą chyba najpiękniejsza kompozycja na całym albumie, zbudowana tylko na głosie i – rozgrywanej w tle – oszczędnej partii organowej. Wydaje się ona tak bezbłędna i kompletna, że – trzymając się logiki projektu „SLEEP” – można by chyba nawet przyjąć, że gdyby ośmiogodzinna całość wypełniona została po wielokroć zapętlonym odtworzeniem motywu z „Path 5”, wcale nie mielibyśmy poczucia znużenia.

Momenty kojących: minimalizmu i repetycji niekiedy ustępują napięciu i budowaniu niepokoju, które w sennej „rzeczywistości” nie są przecież czymś niespotykanym i sztucznym. Gdy wybrzmiewa „Space 11 (invisible pages over)”, pojawia się wrażenie zapowiedzi i oczekiwania, które jednak urywa się bez wyraźnego finału i faktycznego „nadejścia”. Podobny nastrój pojawia się w „Space 21 (petrichor)”, w którym właściwie nie ma melodii, a jedynie „lejąca się” przez blisko pięć minut fala mrocznego ambientu. Być może to jeszcze nie faza sennego koszmaru, ale na pewno coś na kształt jego zapowiedzi.

Najbardziej uderza w muzyce zawartej na „from SLEEP” to, że na tle całej twórczości Richtera nie otrzymujemy tu nic zdecydowanie nieoczekiwanego, wyraźnie zaskakującego. To, że muzyka ta mogłaby bez zgrzytu nieadekwatności pojawić się na innej płycie kompozytora lub że album „from SLEEP” mogłyby także dyskretnie wypełnić jego wcześniejsze utwory, nie jest zarzutem. To raczej podstawa do stwierdzenia, że kluczem do jego zrozumienia jest tu nie tylko koncept, ale i kontekst, który tak naprawdę stwarza niepowtarzalność pomysłu Maxa Richtera. W praktyce oznacza to, że funkcję „sennych” albumów mogłaby pewnie z powodzeniem pełnić większość płyt tego muzyka, jeśli tylko sami tak byśmy ową funkcję zdefiniowali. Nie odmienność poetyki czyni więc tutaj różnicę.

Post scriptum

Suplementem czy raczej dopełnieniem projektu „SLEEP” jest zestaw remiksów trzech kompozycji, umieszczony na płycie „SLEEP Remixes”. Mogwai, Clark, Digitonal, Kaitlyn Aurelia Smith, Marconi Union i Jürgen Müller to artyści, którzy przepracowują utwory Maxa Richtera. Niekiedy w procesie tym posuwają się bardzo daleko, jak choćby muzycy Mogwai, którzy z eterycznego „Path 5” uczynili po prostu wściekłą i narastającą w swej kakofonii, gitarowo-elektroniczną, „miazgę”, dokonując jednocześnie chyba najlepszej trawestacji. U Clarka, który zajął się tą samą kompozycją, ucieczka od oryginału jest jeszcze bardziej spektakularna, czyniąc go wręcz nierozpoznawalnym, choć w tym przypadku nieco rozczarowuje fakt, że artysta po prostu „przetłumaczył” utwór Richtera na swój język, tak bardzo już przecież rozpoznawalny i oswojony. Warto także zwrócić uwagę na remiks duetu Digitonal, w którym dzięki elektronicznym i skrzypcowym ingerencjom udała się rzecz niebywała – przesycona emocjami kompozycja Richtera jeszcze zyskała na dramatyzmie.

W odniesieniu do projektu „SLEEP” Richter użył określenia: „kołysanka dla szalonego świata”. Wobec albumu „SLEEP Remixes” ten klucz interpretacyjny przestaje być użyteczny. To już nie kołysanki czy ścieżka dźwiękowa do snu. To po prostu estetyczne eksperymenty, które koncept Richtera zdają się porzucać i jednocześnie orientują się na „wciągnięcie” słuchacza, a nie „towarzyszenie” mu. Niewątpliwie jednak jako autonomiczne propozycje muzyczne w większości się bronią.

Max Richter, „from SLEEP”, Deutsche Grammophon, 2015
Max Richter, „SLEEP Remixes”, Deutsche Grammophon, 2016

Zdjęcie pochodzi z jednego z trzech, 8-godzinnych koncertów Maxa Richtera w Berlinie (15–17.03.2016).

Układ, który się wtrąca
25 maja 2018

Układ, który się wtrąca

Spektakle Układu Formalnego adresowane są przede wszystkim do młodej publiczności, co decyduje o wyborze problemów, jakim teatralni artyści poświęcają swoją uwagę. Pod koniec kwietnia cztery ich przedstawienia znalazły się w programie prezentacji Instytutu Grotowskiego...

Żeby Polska nie była Polską?
23 maja 2018

Żeby Polska nie była Polską?

Ziemowit Szczerek bierze się za bary z literaturą science-fiction i kreśli wizję przyszłości Polski, a właściwie: Polsk. Wizję brawurową i obezwładniająco śmieszną, a zarazem niepokojąco bliską naszym codziennym doświadczeniom...

Sceny z życia
22 maja 2018

Sceny z życia

Skończyło się – nagrody przyznane, werdykty ogłoszono. 71. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes zwyciężył Japończyk Hirokazu Kore-eda. Można odbierać werdykt jury – pod przewodnictwem Cate Blanchet – jako wyraz zdegustowania obrazem społeczeństwa zbudowanego na kryzysie: zatomizowanego, zblazowanego, balansującego nad przepaścią...