09 lutego 2018
ESTHER-KINSKY-Am-Fluß-©-www.matthes-seitz-berlin.de-2

Rzeka, czyli ruch

To wspaniała książka. Osobna – tak jak osobny potrafi być język literacki. Fragmentaryczna, mimo że zbudowana wokół jednego tematu. Rzeka to jednak nie tylko konkretne miejsca, które narratorka obserwuje w różnych okresach swojego życia. To także jej sposób życia, nieustannego podróżowania, wędrowania i poszukiwania.

Fragmenty wspomnień przeplatają się w nierównych proporcjach z czasem względnie teraźniejszym. Narratorka opowiada o swoich przeżyciach i, nade wszystko, obserwacjach w bardzo stonowany, chwilami wręcz niepokojąco wyciszony sposób. To, co widzi, staje się głównym tematem nie tylko tekstu literackiego, ale wpływa także na bezpośrednie relacje z innymi ludźmi. Mimo kilku istotniejszych epizodów (jak przyjaźń z kobietą pochodzącą z Pierwszych Narodów czy codzienne spotkania ze sklepikarzem Chorwatem) narratorka wydaje się kobietą osobną, odciętą od jakichkolwiek głębszych więzów. Widać to doskonale wtedy, gdy obserwuje – z mieszaniną zazdrości i poczucia odrębności – chasydzkie rodziny przygotowujące się do świąt czy szabatowych kolacji. To charakterystyczne spojrzenie – przez okno, ukradkiem, tylko na chwilę – decyduje o kształcie tej prozy. Ruchliwej, ale niesłychanie cichej zarazem.

A jednak to rzeka i różne rzeki są powracającymi wątkami. Zaczyna się wcześnie:

W dzieciństwie często chodziliśmy nad rzekę. Wystawaliśmy na falochronach, czekając, aż fale dziobowe barek zaczną chlupotać prawie u naszych stóp.

Ale opowieść Esther Kinsky nie kończy się na dziecięcych wspomnieniach czy sentymentach. Rzeka to wielka metafora, eksplorowana i odczuwana na bardzo różne sposoby. Wiele tu bardzo subtelnych refleksji, przemyśleń i autobiograficznych analiz. Nie odseparowuje to jednak narratorki od ogólniejszych, a nawet uniwersalnych znaczeń. Rzeka zdaje się mieć transową moc, wciągającą zapatrzonego w nią człowieka jak otchłań.

Rzeka oznaczała ruch, harmider i nieobliczalność w świecie dążącym do porządku. Niosła na swoich plecach ruchliwe, niewyobrażalne życie w postaci barek, które nigdy nie spuszczały kotwicy – przynajmniej my tego nie widzieliśmy – tylko krążyły, płynąc z jednej dali w drugą. […] Kiedy woda opadała, pozostawał pas spustoszenia, ciągnący się zależnie od wysokości powodzi w górę, ku nasypowi kolejowemu, aż do torowisk, a nad tym wszystkim unosił się smród.

Fascynujące jest śledzenie tego, w jaki sposób autorka zręcznie i w wyrafinowany sposób lawiruje pomiędzy namacalnym konkretem a poetycką opowieścią o rzece. Nieodłącznym wątkiem zdaje się tu relacja z ojcem i jego odrębne przeżywanie tego, co niesie ze sobą woda w różnych postaciach. Łączy się to także z licznymi odkryciami, z których narratorka zdaje sprawę. Kiedy przypomina sobie wydarzenia, ale także wtedy, kiedy odkrywa liczne fotografie. A jednak to, co się tu przede wszystkim zaznacza, to odrębność relacji ojca z rzeką, jej inność wobec tego, co przeżywa narratorka.

Mój ojciec był przywiązany do rzeki, przy każdej sposobności korzystał z promu, znał wszystkich przewoźników, wystawał z nimi na wietrze i podczas gdy my, dzieci, przyciskałyśmy się do relingu, on, podobnie jak przewoźnicy, chował ręce do kieszeni i rozmawiał o pogodzie.

Wspomnienia mają różny charakter. I mimo że dominuje wyciszony ton, poetyzujący nawet najbardziej prozaiczne wydarzenia, nie oznacza to retuszu czy topienia w sepii całości doświadczeń i przewijających się obrazów. Jednak to wobec rzeki zdaje się konstytuować osobowość i wrażliwość piszącej. Cierpliwość, rzeka i czujność na zmianę – to niewątpliwie najważniejsze cechy, które można dostrzec w tekście. Moje skojarzenia kierowały się podczas lektury wielokrotnie w stronę poezji Małgorzaty Lebdy i jej wybitnego tomu poetyckiego „Matecznik”. Jest tu nie tylko podobny rodzaj cierpliwości wobec świata, ale i – mimo że to proza – języka poetyckiego. Także zbliżenie do niezależnej wobec nas przyrody wydaje się odbywać na podobnych zasadach.

Kilka lat później spędzałam w czasie roku szkolnego prawie codziennie pół dnia nad rzeką. Jeździłam brzegiem na rowerze tam i z powrotem, godzinami przesiadywałam na skarpie nadbrzeżnej, umocnionej wielkimi czarnymi kamieniami zasmarowanymi smołą, i szukałam tych napisów: imion statków, kilometrów oznaczających długość rzeki, numerów rejestracyjnych barek. Interesowało mnie tylko to, co płynie w dół rzeki, ku tej jaśniejszej dali, gdzie w pewnym momencie można się natknąć na morze.

Ale to książka nie tylko o rzece. To też książka o stałej zmianie, na którą gotowa jest narratorka. Jej opisy podróży i zmieniających się okoliczności, miejsc i ludzi zdają się czerpać z biografii autorki książki, która znana jest nie tylko ze znakomitego pisarstwa, ale i własnego kosmopolityzmu i braku oporu wobec emigranckiego życia. Także i ten rodzaj obcości nie pojawia się znikąd. Poruszająca jest historia o ojcu, który swojej rodzinie robi stale zdjęcia, sprawiając, że wszyscy wokół natychmiast rozpoznają ich jako obcych. Ten gest ojca, dręczący dla rodziny, jest ciekawym sposobem opowiedzenia historii tego, w jaki sposób człowiek może się nie zadomowić. Ta opowieść ujawnia właśnie taki rodzaj potrzeby: bycia zadomowioną i jednoczesnego lęku przed stabilnością miejsca. Co ciekawe jednak, ta ze wszech miar migracyjna powieść poetycka nie eliminuje bardziej przyziemnych czy wręcz brutalnych historii. Są kradzieże, są problemy finansowe, są też lęki wynikające z wczesnych okresów macierzyństwa. Książka Kinsky w tym sensie jest pełnym, nieomal totalnym projektem – opisania siebie w ruchu, kierującą się w dół rzeki. Pojawiają się tu też oczywiście inne postaci, bliskie i odległe. Jedna z historii kulminuje w opowieści znajomej:

Niektórzy nazywają to szałem imigrantów. Ktoś, kto czuje się tu już prawie jak w domu, wypływa, patrzy na oślepiająco migotliwe morze i nagle ogarnia go taka tęsknota za tym, co opuścił, że patrząc wstecz na brzeg za sobą, wmawia sobie, iż przebyta droga do pozostawionego kraju – który w rzeczywistości znajduje się nieopisanie daleko i leży na zupełnie innych brzegach – jest krótsza niż powrót na plażę nowej ojczyzny. I zdrowsza dla jego serca.

 

Esther Kinsky, „Nad rzeką”
przełożyła: Sława Lisiecka
Biuro Literackie
Wrocław 2017

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...

Epika, liryka, dramat
12 października 2018

Epika, liryka, dramat

„Kamerdyner” to film ze wszech miar epicki: rozciągnięty na lata, łapiący wielką historię, nakręcony z ogromnych realizatorskim rozmachem. Ale jest w nim również wiele z intymnego liryzmu...