02 lipca 2012

Rozmówki amerykańsko-francuskie

Zdawałoby się, że w zglobalizowanym świecie przestrzenie się kurczą, granice rozpływają, a ludzie i wielkie miasta upodabniają do siebie. Nic bardziej mylnego. Julie Delpy – autorka „2 dni w Paryżu” i goszczących właśnie na naszych ekranach „2 dni w Nowym Jorku” – stara się robić wszystko, by swoimi filmami walczyć z tym utartym przeświadczeniem. Dwa wybrane przez nią miasta reprezentują wszystko to, co odróżnia Nowy Świat od Starego Kontynentu: architekturę, historię, a przede wszystkim mentalność mieszkańców. Te kulturowe odmienności posłużyły reżyserce jako źródło, niestety dość wątpliwego, komizmu. Delpy, Francuzka robiąca karierę w Stanach Zjednoczonych, zapewne na samej sobie doświadczyła, na czym polega przepaść dzieląca te dwa kraje. Dlatego tym bardziej zaskakujące, że reżyserka i zarazem odtwórczyni głównej roli ograniczyła się do ogrywania wyeksploatowanych w popkulturze stereotypów i wzajemnych antypatii.

Pomysł jest niezwykle prosty. W pierwszej części trzydziestokilkuletnia Marion i jej amerykański chłopak przyjeżdżają do rodzinnego miasta dziewczyny, by spędzić dwa urocze dni w Paryżu. Sielanka zostaje zakłócona przez jej rodzinę i znajomych, którzy reprezentują to, co składa się na stereotypowe pojęcie „francuskości”, a co wyraźnie nie odpowiada Jackowi – „prawdziwemu” Jankesowi. „Francuskość” streszcza się w umiłowaniu rozwiązłości, wina i ugotowanych króliczych móżdżków, a „amerykańskość” to słabość do fast foodów, zarozumiałość i przesadne przywiązanie do własności prywatnej. W „2 dniach w Nowym Jorku”, jak można się domyślić, przychodzi kolej na rewizytę rodziny Marion w USA. Jednak między jednym i drugim spotkaniem w życiu głównej bohaterki zachodzi wiele zmian: rodzi dziecko, rozstaje się z Jackiem i wiąże z Mingusem – czarnoskórym prezenterem radiowym i poczytnym felietonistą.

Idea „2 dni w Nowym Jorku” w porównaniu do wcześniejszej części pozostała ta sama, zmianie uległa jedynie sceneria. Zamiast spacerować wzdłuż Sekwany, bohaterowie spędzają czas w Central Parku, wąskie, paryskie uliczki ustąpiły miejsca szerokim alejom, a ulicznych artystów wyparli bankierzy z Wall Street. Ponownie, podobnie jak w pierwszej części, trudno ustalić fabularny schemat. Opowiadana historia jest szczątkowa i wyraźnie pretekstowa – na pierwszy plan wysuwają się dialogi, których komizm oparty jest na wzajemnych, kulturowych uprzedzeniach i językowych nieporozumieniach. „2 dni w Paryżu” próbowały narracyjnie naśladować dyptyk Richarda Linklatera „Przed wschodem słońca” i „Przed zachodem słońca”, w których Julie Delpy grała zresztą główną rolę. W nowym filmie reżyserka wykorzystuje konwencję nowojorskich dzieł Woody’ego Allena. Długie rozmowy bohaterów zajętych sobą i spacerowaniem zostały więc zastąpione krótkimi scenkami nasyconymi słownymi tyradami i językową ekwilibrystyką. Bohaterowie bezustannie gadają, gadają i gadają. Daleko jednak Delpy do zręczności Allena, choć plakatowe slogany starają się nas przekonać, że jest inaczej. Bliżej jej do epigona, nieudolnie kopiującego swojego mistrza, niż do inspiratora, twórczo wykorzystującego znane konwencje. Reżyserce brakuje, tak przecież charakterystycznego dla filmów Allena, inteligentnego sarkazmu i bezwzględnej ironii, co stara się rekompensować żartami o nie trzymaniu moczu czy dziecięcych penisach.

U Allena błyskotliwym rozmowom zawsze towarzyszy wciągająca fabuła, stanowiąca fundament dla skrzących się dowcipem tekstów. U Delpy zabrakło pomysłu na akcję, która stałaby się przeciwwagą dla przesadnie rozdmuchanych dialogów. Reżyserka najwidoczniej stwierdziła, że nieustanne konfrontowanie kulturowych różnic będzie wystarczającą atrakcją dla widzów. Cały komizm zawiera się w rozmowach szczebioczących bohaterów, stereotypowych do granic możliwości. Wprawdzie postacie są niezwykle charakterystyczne, jednak ich barwność jest tak ostra, że wypadają zupełnie niewiarygodnie. Spójrzmy na przykład: ojciec Marion to niedomyty, socjalizujący artysta, myślący na zmianę o francuskiej miłości i dojrzewających serach, a amerykański partner Marion to przeintelektualizowany zwolennik Baracka Obamy, który w tajemnicy przed wszystkimi zwierza się jego kartonowemu wizerunkowi z sercowych bolączek. Mimo rozgadania jaskrawych postaci, kolejne linijki wypowiadanych przez aktorów dialogów do niczego nie prowadzą. Co więcej, bohaterowie z każdą minutą coraz bardziej irytują, a kolejny dowcip żenuje jeszcze mocniej.

Trzeba dodać, że sama formuła stworzona przez reżyserkę posiada pewien potencjał. Udowodniła to pierwszą – paryską – częścią swojego dyptyku. Działał wtedy syndrom nowości. Dobry żart żyje jednak tylko raz i jego uparte powtarzanie może jedynie zacząć drażnić, tym bardziej jeżeli zaczyna brakować mu dystansującej autoironii i dobrego smaku. Odrobinę świeżości wprowadza kilka scen, będących satyrą na współczesny świat sztuki. W interpretacji Delpy jest on przestrzenią, gdzie najbardziej chodliwy towar to dusza artystki (i tak sprzedana po obniżonej cenie), a informacją podnoszącą atrakcyjność dzieł jest spodziewana, rychła śmierć autorki. Klasą samą dla siebie jest parodiujący własne, mroczne emploi Vincent Gallo, którego krótki występ to największa wartość „2 dni w Nowym Jorku”. Choć nie lubię, gdy zarzuca się reżyserom, że nie podjęli w swoich filmach jakiegoś tematu, to w tym wypadku aż narzuca się pytanie, dlaczego Delpy nie pociągnęła dalej artystycznego wątku? Idealnie nadaje się on na fabularny szkielet dla całości, a właśnie brak spójnej opowieści jest największą wadą tego filmu.

Być może uratowałoby to w jakiejś mierze całą produkcję, ale żeby było jeszcze lepiej, należałoby na nowo przepisać dialogi, dodać szczyptę świeżego humoru i starać się walczyć ze stereotypami, a nie je pogłębiać. Przecież we Francji nie mieszkają jedynie wąsaci miłośnicy beretów i nie każdy Amerykanin uwielbia hamburgery. Przekonał nas o tym wspominany już Woody Allen w fantastycznej komedii „O północy w Paryżu”, w której dużo subtelniejszą kreską zarysował specyficzne francusko-amerykańskie relacje.

 

„2 dni w Nowym Jorku”
reż. Julie Delpy
premiera: 29.06.2012

Prosta historia o miłości
13 czerwca 2018

Prosta historia o miłości

„Zimna wojna” ma w sobie coś paradoksalnego. Opowiada bowiem niezwykle prostą historię, w której udało się zawrzeć dramat polskiego społeczeństwa całego ostatniego półwiecza. Pawlikowski dodatkowo dokonał tego bez sięgania po wielkie metafory, bez prześwietlania politycznych zawiłości czy wskazywania na ideologiczne spory...

Antywzorce i możliwości emancypacyjne
12 czerwca 2018

Antywzorce i możliwości emancypacyjne

Głównym zadaniem „Antywzorców” pod redakcją Karoliny Sikorskiej jest analiza tego, jak poszczególne praktyki artystyczne mierzą się z dominującymi porządkami społeczno-kulturowymi. Analizy oparte są głównie o case studies, choć nie brak tu subiektywnych doświadczeń artystów i pracowników pola sztuki, szerszej perspektywy teoretycznej oraz namysłu nad możliwościami politycznymi sztuki w ogóle...