12 września 2017
safari

Raj utracony

Podstawą jest głęboki, miarowy oddech – powolne obniżenie pulsu, i uspokojenie myśli. Kolejny krok to precyzyjna obserwacja. W obiektywie lunety widzimy tylko nasz cel; wszystko inne znika, zupełnie jakby cały świat sprowadził się do jednego punktu. W pewnym momencie serce ponownie zaczyna wybijać swój szaleńczy rytm, ręce ogarnia mimowolne drżenie, jednak wraz z pociągnięciem za spust napięcie opada. Kilka metrów dalej opada również ciało przeszytego pociskiem zwierzęcia, które ostatkami sił stara się walczyć z ciążącą na piersi kulą. Nie pozostaje już nic innego jak tylko przewiesić przez ramię wysłużonego mausera, uronić łezkę perwersyjnego szczęścia nad „złotym” strzałem, wykonać triumfalną fotografię ze starannie ułożonymi zwłokami, którą można pochwalić się funflom z kółka łowieckiego, a na finał zaprzęgnąć grupę czarnoskórych parobków do brudnej roboty: oprawienia i wypchania zwierzyny. „Safari”, najnowszy film Ulricha Seidla, niedoścignionego antropologa kina dokumentalnego, to swoiste zaproszenie na tematyczne wczasy all inclusive realizujące marzenia o bezkarnym zabijaniu. Wakacje, na których błoga cisza Czarnego Lądu okazuje się zwiastunem burzy, gdzie afrykański raj szybko staje się rajem utraconym, a piękno matki natury w jednej chwili przemienia się w martwą kompozycję.

Autor „Zwierzęcej miłości” po raz drugi przyjeżdża z kamerą do Afryki, gdzie drobiazgowo – swoim zwyczajem w doskonale symetrycznych, horyzontalnych, ale przy tym chłodnych, beznamiętnych, pozbawionych muzyki ilustracyjnej ujęciach – ukazuje nam rytuał polowania praktykowany przez niemieckojęzycznych turystów. Przytoczona wyżej scena jest jednak swoistym zwieńczeniem owej „przygody”. Preludium Seidlowskiej opery zbrodni wygląda nieco inaczej. Starsza kobieta w otoczeniu poroży, czaszek i innych trofeów czyta małżonkowi ceny wyznaczone przez zarządców parku narodowego za ubicie konkretnej zwierzyny: gnu – 615 euro, kob śniady – 1400 euro, eland – 1700 euro. Wydaje się więc, że łowy rozpoczynają się od przewertowania katalogu niczym na niedzielnych zakupach w Ikei. I słusznie, ponieważ niepoprawny proceder, który ze śmierci uczynił osobną gałąź turystyki i akceptowaną społecznie formę rekreacji, to kolejny, klasycznie Seidlowski portret europejskiego konsumenta – przedstawiciela dobrze sytuowanej klasy średniej, którego fanaberie sprowadzają się do cichego marzenia o wydawaniu, konsumowaniu, ale również o supremacji. O okazaniu wyższości wobec słabszych: uprzywilejowanej pozycji ludzkiej rasy, jak również o wielkości europejskiego pana w pogrążonym w niedostatku kraju.

U Seidla więcej jest zresztą takich mieszczańskich główek, którym reżyser oddaje prawo głosu: Ludzi młodych i nie tylko tych pierwszej młodości, kobiet i mężczyzn, sytych, brzuchatych panów i przedstawicieli klas niższych. W tej społecznej panoramie jakaś kobieta stwierdza, że po „położeniu” zwierzyny czuje się naprawdę szczęśliwa, dzięki czemu przepełnia ją perwersyjne doznanie bliskie seksualnej rozkoszy. Ktoś mówi, że zabijanie odbywa się w rzeźniach, a nie na sawannach, ktoś z uporem maniaka utrzymuje, że polowanie to sensowna forma ocalenia bezbronnych istot – tych starszych, słabszych i schorowanych osobników. Ktoś inny z przekory podkreśla, że do antylopy nie żywi uczuć, ale już do takiego lwa nigdy by nie wymierzył, bo przecież zostało ich tak niewiele. Wierutne bzdury powtarzane przez prymitywnych myśliwych ze Starego Kontynentu to jednak nic innego jak świadectwo sięgnięcia wierzchołka hipokryzji, pseudohumanitarna ideologia budowana tylko i wyłącznie z potrzeby manifestacji poczucia własnej siły.

Seidl patrzy na ten przerażający spektakl, rzecz jasna, chłodnym okiem: nikogo do niczego przed kamerą nie zmusza, nie wpada też przy tym w panikę. Nie rozpacza ani nad losem szlachtowanych, filetowanych i odzieranych ze skóry zwierząt, ani nad kierunkiem, w którym podąża współczesna Europa. Nawet jeśli przyjmiemy, że autor „Import/Export” to oprawca narodu austriackiego, którego twórczość nie pozostawia na nim suchej nitki, nie daje się on jednak poznać jako wytrawny ironista, który prowokuje i bezpardonowo obnaża infantylizm swoich krajanów. Nie przypadkiem więc brak opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron, przy równoczesnym porzuceniu narracji subiektywnej, staje się dla reżysera punktem wyjścia do postawienia znacznie dalej wybiegających pytań: nie tylko o prawdziwą naturę człowieka, ale też o kształt podkreślanej na każdym kroku, postępowej, cywilizowanej Europy. Seidl przemyca w ten sposób do „Safari” wątki stricte klasowe i rasowe. Kiedy turyści przyjeżdżają do krajów Trzeciego Świata, pokazują naturalną potrzebę powrotu do imperialistycznego porządku. Biali panowie gawędzą o przedmiotowości lokalnej społeczności: chwalą ich poświęcenie i profesjonalizm w oprawianiu zwierzyny, natomiast kolorowi podwładni milczą, pokornie wykonując kolejne polecenia. Wygląda na to, że w świecie uchwyconym przez Seidla kolonializm wciąż jest żywy, a co więcej: ma się całkiem dobrze. To właśnie w owym, wstrząsającym stwierdzeniu tkwi chyba największa siła tego filmu.

Austriak opowiada o polowaniu z perspektywy oprawców, jednak nie sposób odwrócić wzroku od bezbronnych ofiar. Skalę ich tragedii najdobitniej uświadamia jedna z ostatnich scen, w której widz bierze udział w polowaniu na żyrafę. W momencie, kiedy słyszymy strzał, a trafione zwierzę zaczyna konać w mękach, para polujących pada sobie w objęcia, ocierając wzajemnie łzy szczęścia. „Myśliwi zaskoczyli mnie tym, że zabijanie traktują jak seks – strzelają i dochodzą. Po wszystkim wydają się zrelaksowani: przytulają się i całują. Zupełnie jak po orgazmie” – mówił reżyser w jednym z wywiadów. W kolejnej scenie widzimy dalszy etap tej krwawej perwersji, którym biali nie zwykli już brudzić sobie rąk: ta sama żyrafa zostaje przekrojona na pół, z jej wnętrza wypływają jelita, żołądek, rzeka krwi. Obok tych bebechów wala się obdarta ze skóry głowa, kawałek dalej jedna z odciętych kończyn. „Świat byłby zdecydowanie lepszym miejscem bez człowieka” – rzuca w finale tego spektaklu bohater, właściciel i inicjator rancza myśliwskiego na południu Afryki. Po seansie „Safari”, jednego z najbardziej wstrząsających dokumentów ostatniego sezonu, który wystawia widza na ciężką próbę, trudno się z tym stwierdzeniem – co ciekawe: płynącym z ust kolejnego oprawcy – nie zgodzić.

 

W Powszechnym bez zmian
17 listopada 2017

W Powszechnym bez zmian

Sceneria najnowszej premiery warszawskiego Teatru Powszechnego, „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej żywcem wyjęta jest nie tylko z „Klątwy”, ale także z „Upadania” (ostatniej premiery zeszłego sezonu)...

Niespełnienia
16 listopada 2017

Niespełnienia

Wydaje mi się, że nie wypada krytykować powieści Liny Wolff. Po pierwsze – dlatego, że jest skandynawska, że szwedzki adres autora od jakiegoś czasu w Polsce oznacza doskonałą jakość. Po drugie – książka jest bardzo inteligentnie napisana, odkrywa przed nami kolejne poziomy interpretacji i gdyby wykorzystać przymiotniki, jakimi chętnie ozdabia się na Zachodzie okładki książek, można byłoby napisać, że to rzecz brawurowa, ekscentryczna, postnowoczesna czy wyjątkowo oryginalna...