28 maja 2019
parasite

Problemy poznawcze

W to, co dzieje się w „Parasite”, filmie Bong Joon-ho, który właśnie otrzymał Złotą Palmę, trudno uwierzyć. Jakoś trudno mi też uwierzyć, że jury wyszło naprzeciw oczekiwaniom publiczności, która przez sześć minut oklaskiwała film, a którego definicja mogłaby brzmieć: „czarny-koreański-komedio-dramat-społeczny-rodzinny-kryminał-gore-i-Bóg-wie-jeszcze-co”. To najodważniejszy i najbardziej ambitny, po prostu najlepszy film, jaki widziałem w tym roku w Cannes.

Dla niewtajemniczonych: chodzi o koreańskiego reżysera, właściciela jednej z najbardziej cudacznych filmografii, o jakich słyszałem. Quentin Tarantino w zestawieniu swoich dwudziestu ulubionych tytułów po 1992 roku, wymienił dwa jego filmy: „Zagadkę zbrodni” – opowieść o serii tajemniczych morderstw, których ofiarami są kobiety w czerwonych sukienkach oraz „The Host: Potwór” – monster movie skrzyżowany z traktatem o degradacji środowiska. Gdybym miał wybrać mój ulubiony, wskazałbym „Snowpiercera”. W filmie tym, anglojęzycznym debiucie Koreańczyka, garstka ocalałych z apokalipsy ludzi znajduje schronienie w gigantycznym pociągu, który pędzi po skutej lodem Ziemi. Rozkład wagonów to wypisz wymaluj ilustracja polaryzacji społeczeństwa, papierek lakmusowy współczesnych nastrojów ekonomicznych. W pierwszej klasie bogacze i ludzie władzy, ostatnie wagony zamieszkują pasażerowie na gapę, którzy umierają z biedy, głodu, wycieńczenia. Sytuacja graniczna wywraca hierarchię do góry nogami. Nadchodzi rewolucja.

Podobnie jest w „Parasite” – tam też rozgorzała dyskusja o rażących dysproporcjach. Na górze jeden kolor, na dole drugi. Niebo i ziemia. W niebie zbudowanym na kształt luksusowej willi żyją bogacze – rodzina prezesa firmy informatycznej wpisanej w ekosystem wielkich instytucji. Na ziemi, a właściwie pod nią, bo w prowizorycznej suterenie, gnieździ się pozbawiona środków do życia familia: ojciec, matka dwoje dorosłych dzieci, którzy całymi dniami składają kartony do pizzy i podkradają internet sąsiadom. Ci z piwnicy zaczną życie pełną gębą, kiedy przenikną do świata tych pierwszych. Zajmą miejsce służby w luksusowym domu, zaczną zagarniać przestrzeń dla siebie, panoszyć się, żerować i pasożytować. Chciałoby się powiedzieć, że w tym małym fragmencie jest cały film. Nic bardziej mylnego.

Bonga faktycznie interesuje hipotetyczna sytuacja spotkania dwóch odległych światów, ale interesuje go również spektakl błyskotliwie opowiedziany. I przede wszystkim: zobrazowany. Koreańczyk dba o piękno każdego szczegółu, co moim zdaniem gwarantuje mu już teraz glejt klasyka. Nie znaczy to, że krytycy filmowi zgodnie i natychmiast ogłosili: oto PRAWDZIWE kino. Przeciwnie, przykład Bonga doskonale obrazuje problemy poznawcze, jakich przysparzają dzieła będące wyrazem niejednorodności, wielowartościowości. Jakiekolwiek przyłożymy do „Parasite” kategorie, błyskawicznie legną one w gruzach pod wpływem bogactwa stylów, konwencji i kulturowych skojarzeń. Reżyser wymyka się z każdej szufladki. Przedstawia ciąg sekwencji, który wiedzie przez obłąkane gatunkowe przewrotki – porusza się płynnie pomiędzy karykaturą życia w rzeczywistości slumsu, gęstym kryminałem i hołdem składanym horrorom klasy B. Ja się zachwyciłem. Inni mniej.

Oczywiście nie odbieram nikomu prawa wypowiedzi, ale kiedy w poczytnych polskich pismach znajduję komentarz, „że zarówno śmiech, strach, jak i wizja świata są w «Parasite» płytkie”; że „pusta rozrywka”, to trudno opędzić się od myśli, że cytowany krytyk przyleciał w połowie maja na inny festiwal niż ten, który miał miejsce w Cannes. Gdyby człowiek zadał sobie trud zanalizowania filmu Bonga i wykazał, że jest źle napisany, że autor głupio robi – nie miałbym nic przeciwko. Zamiast tego część prasy odrzuciła myśl o wpuszczeniu światła i powietrza do canneńskiego konkursu, donosząc na gorąco o wysokiej formie Kena Loacha, Pedro Almodóvara, braci Dardenne. Jasne, też szanuję konsekwencję uznanych mistrzów, ich upór w pokazywaniu prawdziwego życia, prawdziwych ludzi, ale czy były to rzeczywiście dzieła olśniewające? Śmiem wątpić. Autorytet staroświeckich krytyków, którzy zamiast iść do przodu, drobią w miejscu, nie może być argumentem.

Bong Joon-ho był lepszym, bardziej wszechstronnym, ciekawszym reżyserem niż ktokolwiek z tegorocznej stawki. Jego dramaturgiczna precyzja i formalne wyrafinowanie, otworzyły zaskorupiałe Cannes na wigor kina ekscentrycznego. Ale również na rozmowę o tematach przyziemnych. O paranoidalnym rozłożeniu sił w strukturze społecznej. O kochającej się rodzinie, co w przedziwny sposób zrymowało się ze „Złodziejaszkami” Hirokazu Koreedy, ubiegłorocznym zdobywcą Złotej Palmy. Szczegółów tego powinowactwa nie wypada zdradzać. Reżyser – podobnie zresztą jak Quentin Tarantino – skierował do dziennikarzy w Cannes prośbę, by nie wyjawiać w swoich tekstach środka i zakończenia filmu. Powiem tylko tyle: tegoroczny werdykt pod przewodnictwem przytomnego Alejandro Gonzáleza Iñárritu to jedna z najlepszych rzeczy, jaka w ostatnich latach przydarzyła się najważniejszej imprezie filmowej na świecie. „Parasite” zobaczymy jesienią w polskich kinach. Zdecydowanie jest na co czekać.

 

„Parasite”
reż. Bong Joon-ho
premiera światowa: 21.05.2019
planowana premiera w Polsce: wrzesień 2019

Strategie negowania państwowości
19 czerwca 2019

Strategie negowania państwowości

Núria Güell to artystka społecznego oporu, która poprzez swoje działania dąży do rozsadzenia systemu kapitalistycznego od środka. Hiszpanka dekonstruuje państwowość i gospodarkę opartą na wolnej konkurencji, posługując się narzędziami, które wytworzył kapitalizm...

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA
17 czerwca 2019

Nie widziałeś katastrofy, bo jej tam NIE MA

Przed „Czarnobylem” nie da się uciec. Nawet jeśli miałoby się wielką ochotę odmówić i nie uczestniczyć w zbiorowej kanonizacji serialu, jonowa uroda zdjęć Johana Rencka i Jakoba Ihre prześwietli nas z mocą tysięcy rentgenów, a ciężar dramaturgiczny obleje nocnym potem...