25 maja 2020
plot1
© HBO

Prawdziwa historia alternatywna

Przez większą część pierwszej połowy XX wieku amerykańscy obywatele nie widzieli potrzeby prowadzenia przez rząd ich kraju jakiejkolwiek polityki zagranicznej. Gdy do Stanów Zjednoczonych dotarły informacje o wybuchu I wojny światowej, „Chicago Herald” napisał: „Miłujący obywatele tego kraju powstaną teraz i wzniosą z głębi serc wielkie dzięki dla Kolumba, że odkrył Amerykę”[1]. Odbywający się gdzieś za oceanem konflikt mało kogo interesował, niektórzy byli nawet zaskoczeni, że w ogóle do niego doszło. Sceptycyzm wobec wszelkich zagranicznych sojuszy propagował już ojciec narodu, George Washington, jasno deklarując, że w relacjach z innymi państwami USA winny kierować się jedynie własnym interesem. Dlatego gdy w 1914 roku prezydent Woodrow Wilson został zmuszony do opowiedzenia się po którejś ze stron konfliktu, nie wybrał żadnej. Wprawdzie państwa ententy mogły uzyskać pożyczki, jak również importować materiały wybuchowe ze Stanów Zjednoczonych, jednak to samo zagwarantowano państwom centralnym. Dzięki temu podejściu ubiegający się o reelekcję w 1916 roku Wilson mógł z czystym sumieniem uczynić hasło „He kept us out of war” (On uchronił nas od wojny) swoim kampanijnym sloganem.

Nawet gdy został zatopiony brytyjski statek pasażerski Lusitania, na którym wśród pasażerów znajdowało się 128 obywateli amerykańskich, Wilson nawoływał do neutralności, jednocześnie przestrzegając Niemców przed dalszymi działaniami wojennymi. Dwudziesty ósmy prezydent Stanów Zjednoczonych był postacią kontrowersyjną, rasistą, który otwarcie wspierał Ku Klux Klan jako „obrońców amerykańskiego południa”, oraz anglofilem rozkochanym w brytyjskiej kulturze. Pomimo tej fascynacji w dyplomacji Wilson kierował się przede wszystkim dobrem własnego narodu. Zmienił zdanie dopiero w 1917 roku, gdy Brytyjczycy przechwycili telegram nadany przez niemieckiego wiceministra spraw zagranicznych, Alfreda Zimmermanna, do ambasadora w Meksyku. Gdy Wilson przeczytał, że Niemcy mieli zaproponować Meksykowi sojusz i pomoc militarną w wypadku rezygnacji Amerykanów z neutralności, nie miał wyjścia – doszło do wypowiedzenia wojny.

Dwadzieścia lat później Ameryka stanęła przed podobnym dylematem. Zamiast wyciągnąć lekcję z  rezultatów poprzednich napięć na starym kontynencie, zacząć działać odpowiednio wcześnie i zapobiec konfliktowi, kraj uległ złudzeniu, że tym razem na pewno uda się zachować neutralność. Amerykanie mieli zresztą własne problemy – zapoczątkowany w 1929 roku wielki kryzys położył kres erze prosperity. Wybrany trzy lata później na prezydenta demokrata Franklin Delano Roosevelt praktycznie nie miał czasu zajmować się polityką zagraniczną; walka z kryzysem trwała również podczas jego drugiej kadencji. W sprawach europejskich prezydent napotykał zaś opór ze strony Kongresu, którego członkowie żywili nie tyle nadzieję, ile przekonanie, że do II wojny światowej nie dojdzie. Podobnie niechętnie odnoszono się do propozycji zmian praw imigracyjnych, które skutecznie powstrzymywały większość żydowskich uciekinierów przed znalezieniem azylu w Stanach Zjednoczonych. Nie chodzi nawet o to, że powolnie odbudowująca się gospodarka mogła załamać się pod naporem kolejnych bezrobotnych nieznających kultury i języka. Większą przeszkodą był narastający w kraju antysemityzm, podsycany intensywnie przez Niemiecko-Amerykański Bund.

Założycielem tej organizacji był Fritz Kuhn, pracujący w zakładach Henry’ego Forda niemiecki imigrant. Ford zatrudniał wielu Niemców i Amerykanów niemieckiego pochodzenia, za to żadnych Żydów, był bowiem zdeklarowanym antysemitą. Pomimo szczodrego wsparcia ze strony Hitlera, Bund nie spełnił swojego zadania. Jego największym sukcesem było zorganizowanie wiecu na 20 tysięcy osób w Madison Square Garden w lutym 1939 roku. Do upadku Bundu rękę przyłożyli żydowscy gangsterzy, tacy jak Meyer Lansky, którzy organizowali bojówki rozganiające zebrania nazistów. W szczytowym momencie Bund liczył nie więcej niż 25 tysięcy członków, jednak jego ambicje były znacznie większe – Amerykanie niemieckiego pochodzenia stanowili wówczas jedną czwartą populacji.

 


© HBO

 

W tym – być może nieco przydługim – wstępie starałem się możliwie najdokładniej nakreślić sytuację stanowiącą punkt wyjściowy „Spisku przeciwko Ameryce”, żeby pokazać, jak bardzo osadzona w prawdzie jest fabuła nowej produkcji HBO. Miniserial pozwala wyobrazić sobie alternatywną historię, w której idee, jakim hołdowali amerykańscy izolacjoniści, udało się zaimplementować większości obywateli. Oto mamy rok 1940, trwa wojna w Europie, a III Rzesza kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. Tymczasem w USA jedynie niecałe 8% społeczeństwa deklaruje chęć udziału kraju w konflikcie. Aktywnie działa również noszący bardzo znajomą nazwę, liczący niemal 800 tysięcy członków komitet America First, którego jedynym celem jest niedopuszczenie do amerykańskiego zaangażowania w wojnę. O przyszłości świata mają zadecydować nadchodzące wybory prezydenckie. Po stronie demokratów do trzeciej kadencji przymierza się Roosevelt, uważający, że wysłanie wojsk do Europy jest tylko kwestią czasu. Republikanie jako kontrkandydata wystawiają celebrytę Charlesa Lindbergha, nie zaś, jak w rzeczywistości, Wendella Willkiego (który był byłym demokratą i – tak jak Roosevelt – interwencjonistą).

Lindbergh, izolacjonista, antysemita i bohater narodowy, wsławił się pierwszym samotnym lotem przez Atlantyk z Nowego Jorku do Paryża. W 1927 roku miasto Nowy Jork zorganizowało dla niego imponującą paradę, odznaczono go także Medalem Honoru. Dekadę później Herman Göring udekorował go Orderem Zasługi Orła Niemieckiego. Na jego cześć nazwano wywodzący się z Harlemu taniec towarzyski lindy hop. Na początku serialu Lindbergh jest najbardziej prominentnym członkiem America First – tak zaangażowanym w kwestię izolacjonizmu, że sam pisze swoje przemówienia. W jednym z nich krytykuje rzekomy wpływ Żydów na amerykańskie media i oskarża ich o szerzenie prowojennej propagandy. W rzeczywistości to przemówienie zniszczyło jego agitatorską karierę, członkami America First było bowiem wielu prominentnych Żydów. W serialu spotyka się ono z tak pozytywnym odzewem, że Lindbergh zdobywa republikańską nominację na prezydenta. Na konwencie partii pojawia się w kurtce lotnika ozdobionej odznaczeniami, witany przez rozszalały tłum. Na hasło wyborcze swojej kampanii wybiera proste i chwytliwe „Lindbergh lub wojna”; po zwycięstwie sekretarzem stanu mianuje Henry’ego Forda. Nie jest to nominacja wyssana z palca – faktycznie w 1943 roku, gdy po ataku na Pearl Harbor już zhańbiony Lindbergh zmienił zdanie o udziale USA w wojnie, Ford zdecydował się zatrudnić go jako konsultanta przy budowie bombowców.

Tego typu scenariusz – w którym niemający żadnego doświadczenia politycznego, ale pewny siebie, wyrazisty celebryta zostaje prezydentem – wydawałby się absurdalny, gdyby nie sukces wyborczy takich figur jak gwiazda reality show Donald Trump czy aktor Wołodymyr Zełenski. Gdy w 2004 roku ukazała się powieść Philipa Rotha, na której oparty jest serial, dostrzegano w niej pewne nawiązania do prezydentury George’a Busha i narastającej po atakach 11 września 2001 roku niechęci do „obcych”. Sam pisarz się od tego typu porównań odżegnywał. Pomysł na fabułę książki zrodził się w jego głowie cztery lata wcześniej, gdy natrafił na dowód poważnego rozpatrywania kandydatury Lindbergha przez kilku republikańskich senatorów (ponoć nawet zaproponowano mu udział w prawyborach, ale odmówił).

Roth wyobraził sobie więc własny kraj jako wybitnie niegościnny takim jak on. I opisać go postanowił z własnej perspektywy – to staruszek Philip Roth jest narratorem książki, a wydarzenia obserwujemy oczami siedmioletniego chłopaka mieszkającego z rodzicami i starszym bratem w Newark, New Jersey. Największa różnica między książką i serialem dotyczy perspektywy – przeobrażenia, jakim ulega kraj, śledzimy wraz z całą rodziną Levinów (tak nazywają się serialowi Rothowie). Większość fabuły powieści jest zachowana, twórcy serialu poświęcają natomiast więcej uwagi związkowi ciotki Philipa z rabinem Bengelsdorfem czy doświadczeniom wojennym ich kuzyna, Alvina, co wychodzi całej historii na dobre. Dzięki temu możemy obejrzeć inne reakcje na populizm niż tylko bierny opór Levinów – Bengelsdorf i Evelyn ulegają czarowi propagandy Lindbergha, a Alvin wstępuje do kanadyjskiej armii, by walczyć przeciwko nazistom w Europie.

Levinowie są bardzo amerykańscy: to typowa rodzina nuklearna i idealni przedstawiciele klasy średniej. Słuchają obecnego wtedy chyba w każdym domu komentatora Waltera Winchella i emocjonują się baseballem. W pewnym sensie uosabiają amerykański sen, przynajmniej na początku serialu. Uroczy furiat Herman (Morgan Spector) pracuje w firmie ubezpieczeniowej, Bess (Zoe Kazan) jest idealną gospodynią domową, a starszy brat Philipa, Sandy, utalentowanym rysownikiem. „Spisek przeciwko Ameryce” bije po oczach sielskością już od pierwszej sceny, w której widzimy bardzo zżytą ze sobą społeczność – gdy ojcowie wracają z pracy, bawiące się na ulicy dzieci pędzą do domów na obiad; wieczorami rodzice stoją przed domami i rozmawiają o polityce. Kiedy do Levinów przychodzą chasydzi zbierający na „żydowską ojczyznę w Palestynie”, mały Philip pyta ojca: „a to nie jest nasza ojczyzna?”. Odpowiedź na to pozornie proste, postawione przez siedmiolatka pytanie, stanowi clou „Spisku przeciwko Ameryce”.

 


© HBO

 

Serial pokazuje, jak jeden zwrot historii, jeden detal może wpłynąć na życie miliardów ludzi. Chociaż po kilku scenach, w których się pojawia Lindbergh, trudno zrozumieć, na czym polega jego czar, sam fakt, że ulegają mu niektórzy Żydzi, nie budzi takich wątpliwości. Nastolatek Sandy jest zafascynowany amerykańską ikoną, bierze udział w rządowych programach i kłóci się z ojcem w imię swoich przekonań. Śni o prawdziwym bohaterstwie, sukcesach i sławie, które wydają się nieosiągalne jego rodzicom, uporczywie (jego zdaniem) podkreślającym swoją zwyczajność i nieistotność. W pewnym momencie nazywa matkę i ojca „ograniczonymi Żydami z getta”, odrzucającymi wspaniałość amerykańskiej kultury, którą w oczach Sandy’ego uosabia obecny prezydent.

Bardziej szkodliwa okazuje się fascynacja słynnym pilotem dorosłych Żydów, takich jak rabin Bengelsdorf (John Turturro), elegancki i opanowany południowiec, który decyduje się poprzeć Lindbergha w kampanii prezydenckiej. Podczas jednego z wieców z dumą podaje rękę uśmiechniętemu kandydatowi. Alvin doskonale rozumie znaczenie tego gestu – nie chodzi w nim o zapewnienie Lindberghowi głosów społeczności żydowskiej, lecz gojów; w ten sposób kandydat oczyszcza siebie z podejrzeń o rasizm. To typowe zachowanie pod publiczkę, prawdziwy stosunek prezydenta do Żydów widać, gdy na balu w Białym Domu, stojąc pośród innych prominentnych polityków, ignoruje wyciągniętą w jego kierunku rękę rabina. Z podobnym zachowaniem mamy do czynienia na tym samym balu, gdy partnerka rabina i siostra Bess, Evelyn (Winona Ryder), zostaje poproszona do tańca przez ministra spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachima von Ribbentropa. Taniec odbywa się przed kamerą kroniki filmowej, a naiwna Evelyn nie rozumie, że zostaje wykorzystana w celach propagandowych.

W powieści związek rabina i Evelyn nie jest zbyt rozbudowany, w serialu wybija się na pierwszy plan. Rodzice Philipa i Sandy’ego są zbyt mdli, jakby Roth, a za nim twórcy serialu, zbytnio ulegli fascynacji prostotą kojarzoną ze starymi, dobrymi czasami. Herman jest typową głową rodziny, zawsze znajdującą wyjście z trudnej sytuacji, Bess zaś jest kochającą i wyrozumiałą żoną, która w razie potrzeby potrafi pokazać, jak silny ma charakter. Bengelsdorf i Evelyn są o wiele bardziej interesującą parą. Pomimo popełnianych przez nich błędów trudno nazwać ich złymi ludźmi. Wbrew najlepszym intencjom okazują się „pożytecznymi idiotami” dla Lindbergha i jego sprawy. Niewiedza polityczna rabina zostaje obnażona, gdy podczas kłótni z Hermanem wskazuje na bezzasadność porównań między Lindberghiem a Hitlerem, ponieważ tego drugiego nie wybrano w demokratycznych wyborach (co oczywiście nie jest prawdą).

Evelyn jest szczególnie barwną postacią. Szuka miłości w niewłaściwych miejscach, aż spotyka wdowca Bengelsdorfa. Jej chęć zaimponowania niedołężnej matce jest tak silna, że gdy zakochuje się z wzajemnością w kimś tak szanowanym jak rabin, z dumą przyprowadza go do mieszkania rodzicielki. Matki w książce praktycznie nie ma, umiera bardzo wcześnie, w serialu zaś zostaje „utrzymana przy życiu” na dłużej, ponieważ to, jak ciągle krytykuje córkę, w pewien sposób wyjaśnia bezgraniczne oddanie Evelyn starszemu mężczyźnie. Uczucia pary wobec siebie, a także ich zaangażowanie polityczne są jednak szczere – podobnie jak chęć pomocy rodzinie.

 


© HBO

 

Evelyn poleca Sandy’ego do rządowego programu „Zwykli ludzie”, którego celem jest integracja żydowskich nastolatków z amerykańskimi rodzinami. Trafiają na farmy do odległych stanów, gdzie absorbują amerykańską kulturę i jedzą wieprzowinę, wypinając się na religijne dogmaty. Z czasem Bengelsdorfowi zostaje przydzielony inny program, „Gospodarstwo 42”. Podczas gdy udział w „Zwykłych ludziach” jest dobrowolny, tu obywatele partycypują obowiązkowo. Za zwrot kosztów przeprowadzki zakłady pracy przenoszą rodziny z typowo żydowskich dzielnic – takich jak Weequahic, gdzie żyją Levinowie – do małych miasteczek w Kentucky czy Montanie, gdzie „przesiedleńcy” okazują się jedynymi przedstawicielami swojej społeczności. Przecząc faktom, pierwszy sekretarz Ford deklaruje, że „Gospodarstwo 42” również jest programem dobrowolnym – bo tak jak pracownicy jego zakładów, Żydzi, mogą przeprowadzić się i „pracować lub nie”, a zatem ich „wybór” jest ograniczony do beznadziejnej pracy lub śmierci głodowej.

Jak się okazuje, to dopiero początek represji i zapowiedź pogromów, z których najgorsze i najstraszniejsze zostają pozostawione na ostatni z sześciu odcinków serialu. Tak mocne podsumowanie tej miarowo postępującej historii obrazuje, jak normalizowana jest dyskryminacja – stopniowo, a potem nagle. Efekt finalny „Spisku przeciwko Ameryce” nie powinien być zaskoczeniem, już znając nazwiska twórców, można być niemal pewnym wysokiej jakości serialu. Odpowiedzialny za przeniesienie na mały ekran powieści Rotha duet David Simon i Ed Burns ma na koncie tak świetne produkcje, jak „Prawo ulicy” czy „Generation Kill: Czas wojny”. Simon zresztą uzyskał zgodę na adaptację od samego pisarza, który podczas jedynego odbytego spotkania – Roth zmarł dwa lata temu – przestrzegał go przed traktowaniem Lindbergha jako ówczesnej reprezentacji Trumpa. Zdaniem pisarza ten pierwszy był elokwentny i elegancki, uwielbiany przez wszystkich niezależnie od rasy, wyznania i koloru skóry. Dlatego tak bardzo szkoda, że twórcy biorą jego prezencję i urok osobisty za pewnik, nie pozwalając widzowi samemu ocenić, jak charyzmatyczną był postacią.

To jednak jedyna wada tego świetnie zrealizowanego i napisanego serialu. Simon i Burns operują materiałem źródłowym z niezwykłą precyzją, stawiając na powolne tempo, pozwalające na lepszą eksplorację postaci, ale też dokładniejsze obserwowanie zmian nastrojów społecznych. W przeciwieństwie do nieco zbliżonego tematycznie, ale bardzo słabego serialu „Hunters”, który ukazał się w lutym na Amazon Prime, same wątki żydowskie w „Spisku przeciwko Ameryce” nie są zbiorem tanich gestów, kilku zwrotów w jidisz wplecionych w angielskie zdania i twardych akcentów. Przemoc wobec Żydów w „Hunters” nie przeraża, co jest też po części winą samej konwencji serialu, wyglądającego jak dzieło zafascynowanych Quentinem Tarantino, upalonych, średnio rozgarniętych studentów. W „Spisku przeciwko Ameryce” każdy, nawet najdrobniejszy akt opresji frustruje i boli, bo wszystko jest tu realne, namacalne, a niestety również bardzo znajome. Na aktualność serialu szczególnie zwraca uwagę inne niż w powieści zakończenie, świadomie nawiązujące do planowanych na listopad wyborów prezydenckich w USA. W ten sposób twórcy chcą przekonać amerykańskich widzów, że to na nich spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie demokracji. To ona ma być gwarantem tego, że obywatele amerykańscy nie będą czuć się, by użyć sformułowania Hochschild, wyobcowani we własnym kraju.

[1] Za: H. Brogan, Historia Stanów Zjednoczonych, przekł. E. Macauley, Wrocław 2004.

 

 

„Spisek przeciwko Ameryce”
twórcy: David Simon, Ed Burns
HBO

Last.fm jako źródło cierpień
13 sierpnia 2020

Last.fm jako źródło cierpień

W istocie słuchanie muzyki zostało tu poddane procesowi grywalizacji – tyle że to gra bez końca, bez zwycięstwa, z możliwością nieustannego zdobywania nowych poziomów: dziesięć tysięcy odtworzeń, sto tysięcy odtworzeń, tysiąc wykonawców w bibliotece, trzy tysiące wykonawców w bibliotece...

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny
10 sierpnia 2020

O takich pięciu, co nie wrócili z wojny

Po zaznajomieniu się z filmografią Lee można uznać reżysera za mistrza metonimii. Wyselekcjonowane, reprezentatywne skrawki – wycięte z określonego miejsca i czasu motywy, wątki i postaci, przy jednoczesnym pominięciu tych nieinteresujących, z których skleja swoje historie, mają na celu przekazać konkretne doświadczenie...