16 marca 2018
lady-bird-PR

Poezja, wrażliwość, duch rewolty

Mieszka w Sacramento, niewielkim mieście położonym w sercu Kalifornii. Na każdym kroku spotyka podkreśla, że nie lubi swojego przeciętnego imienia, przeciętnego miasta, w którym mieszka z rodzicami. W międzyczasie zaczytuje się w „Gronach gniewu” Johna Steinbecka, przygotowuje się do pierwszej premiery kółka teatralnego. Jej chłopiec ma na imię Danny, w czasie szkolnej imprezy okazuje się, że jest gejem. Żeby było ciekawiej, uczy się w katolickim liceum pod okiem wykształconych sióstr zakonnych, żyje w posttraumatycznej epoce 11 września, mieszka po „złej” stronie torów. Tymczasem wszystkie nieciekawe zakręty, skrzyżowania, sklepy, szkolne korytarze, które Lady Bird znała całe swoje życie, już niedługo zamieni na inteligencką wibrację Nowego Jorku. Młodość, która była dotąd czasem pozbawionym wyścigu, pośpiechu i napięcia, pochłonie inny wariant – fascynacja żywiołem metropolii na drugim końcu kraju.

W „Lady Bird” Greta Gerwig, papieżyca amerykańskiego kina niezależnego, niepisana patronka mumblecore i natchnienie Noaha Baumbacha, staje twarzą w twarz z czasem zaprzeszłym, wyborami, które mogą zmienić życie każdego człowieka. W autoportrecie z przeszłości, nastolatki w różowych włosach i równie różowym gipsie na ręce, która pragnie jak najszybciej opuścić rodzinne strony, reżyserka opowiada o własnych marzeniach, tych małych i dużych. Gerwig mówi nam, że pochopne decyzje z niewielkim marginesem błędu to nie tylko przywilej, a obowiązek młodych. Niemal wszyscy amerykańscy krytycy rozpisywali się z zachwytem, jaki to entuzjazm i wzruszenie wywołały te słowa. Pytanie, czy słusznie.

W kontekście coming of age zrobiono już wszystko, dlatego śmiem twierdzić, że pierwszy samodzielnie wyreżyserowany przez Gerwig film, nie jest niczym świeżym i niepowtarzalny, nie jest wcale wisienką na torcie ekranowych inicjacji, jak zwykli przekonywać pozbawieni rozsądku krytycy-fanatycy. Niewiele tutaj różnorakości, popisów, metatekstowych gier. Jeszcze mniej autonomicznych realizacji tematycznych, wyłamywania się ze sztywnych i ciasnych ram wypowiedzi o pierwszym poważnym związku, poczuciu alienacji czy buncie w uśrednionym, prowincjonalnym świecie. Gerwig chodzi o coś zupełnie innego, a mianowicie starą, dobrą zwyczajność i prawdę. „Lady Bird” to obrazek szeregowy, może nawet „antykwaryczny”, taki, jaki w kinie widziałem nieraz – naiwny, sentymentalny, miejscami kiczowaty, opowiadający za to o najlepszych latach życia każdego z nas. Z tęsknoty za tym czasem dziewczyna z Sacramento zrobiła film.

Nie ma tutaj nic spektakularnego, nic zaskakującego, ot, ktoś leży na trawniku, trzymając za rękę drugą osobę, ktoś najpierw gra w garażu, potem koncert na swoim przeciętnym osiedlu, po czym próbuje nagrać płytę. ktoś wreszcie kurzy na tyłach domu, kiedy rodzice akurat nie patrzą. Z takich drobiazgów jest uszyty ten film: z prostych gestów, niezobowiązujących kumpelskich rozmów. Wszystko będziemy to mieli za chwilę pod powiekami, gdy zamkniemy oczy i sięgniemy do wspomnień – przekonuje Gerwig, wchodząc w bliską relację z widzem. Spojrzenie reżyserki i scenarzystki jest więc w gruncie rzeczy romantyczne, opiera się na grzebaniu w powidokach młodości i przywołaniu nastroju mocno odczuwalnej nostalgii. Jej pełne empatii i zainteresowania obrazy zaludniają młodzi, błyskotliwi ludzie, którzy przeżywają życie boleśnie, bo łatwiej jest ich skrzywdzić, ale wydaje się zarazem, że jakby więcej czują, więcej rozumieją. Każdy z nich ma w sobie poezję i wrażliwość. Ale również ducha rewolty.

Gregg Araki, amerykański filmowiec niezależny, przedstawiciel new queer cinema, zwykł mawiać, że lubi kręcić filmy o nastolatkach, ponieważ w ich szalonym, rządzonym hormonami życiu jest coś monumentalnego i gorączkowego. Wyskakuje im pryszcz i świat się kończy. Żyją i umierają dziesięć razy dziennie. Gerwig pamięta o tych emocjach. W samodzielnym debiucie nie unika pytań fundamentalnych, nie ucieka od trudnych problemów. Tytułowa bohaterka w temperamentny, ale zarazem niewymuszony sposób rzuca samotne wyzwanie światu, przyjmuje tytułowy pseudonim jako naruszenie dominacji rodziców, ogłoszenie emancypacji. – Chcę być tam, gdzie kultura! – nawołuje dziewczyna, a Gerwig z wielką precyzją szkicuje ten akt niezgody. Rejestruje chwile dramatyczne i z pozoru nieistotne. Jednak dla dziewczyny, która za chwilę wyjedzie na studia do Nowego Jorku i jej rodziców coś zdecydowanie się kończy. Poczucie, że młodość przemknęła tak szybko, tylko wzmaga ciężar decyzji. Reżyserka równoważy jednak traumę dorastania ironią, zamiast elitaryzmu i moralizatorstwa czuć w tym filmie lekkość. Nic dziwnego, skoro świat – wbrew temu, co twierdzi Araki – wcale się nie kończy, a tytułowa bohaterka otwiera się ciągle na coś nowego.

Gerwig nie zatrzymuje się na poziomie opowieści o lekkomyślnym i naiwnym świecie, z którego wychodzi młoda dziewczyna, wciąż nie całkiem świadoma tego, kim jest. W „Lady Bird” mieści się mnogość spojrzeń, które przechodzą w sugestywne obrazki z życia na amerykańskim przedmieściu, wypełnionego nie tylko męką dorastania, ale również męką rodzicielstwa, kryzysu rodziny. Jest to opowieść o tym wszystkim, co ludzi w różnym wieku dzieli i od siebie oddala. A wreszcie – łączy. Subtelny, międzypokoleniowy spór staje się tutaj nie tylko źródłem cierpień, ale również rozmaitych pozytywnych przeżyć. Matka i córka to dwie wyspy, które oddalają się od siebie, obie bardzo się ze sobą męczą, mocno się w swoich złośliwościach i nieporozumieniach gubią, wywołuje to u nich dużo stresu. Ale równocześnie ta relacja jest dla nich niezwykle cenna. Nawet jeśli Lady Bird wyskoczy z pędzącego samochodu, aby przerwać kazanie matki, a ta nie pożegna córki, która wyjeżdża na studia, to gdzieś na końcu znajdą sposób na wzajemne porozumienie. Greta Gerwig, piąta kobieta nominowana do Oscara za reżyserię, niewątpliwie weszła w rolę rzeczniczki filmowej sprawy kobiecej. Kino potrzebuje takich twórców, którzy dają na ekranie siebie w zastaw, wkładają bardzo wiele z siebie. Nie mam wątpliwości, że kino potrzebuje do tego kobiet.

 

„Lady Bird”
reż. Greta Gerwig
premiera: 2.03.2017

Prosta historia o miłości
13 czerwca 2018

Prosta historia o miłości

„Zimna wojna” ma w sobie coś paradoksalnego. Opowiada bowiem niezwykle prostą historię, w której udało się zawrzeć dramat polskiego społeczeństwa całego ostatniego półwiecza. Pawlikowski dodatkowo dokonał tego bez sięgania po wielkie metafory, bez prześwietlania politycznych zawiłości czy wskazywania na ideologiczne spory...

Antywzorce i możliwości emancypacyjne
12 czerwca 2018

Antywzorce i możliwości emancypacyjne

Głównym zadaniem „Antywzorców” pod redakcją Karoliny Sikorskiej jest analiza tego, jak poszczególne praktyki artystyczne mierzą się z dominującymi porządkami społeczno-kulturowymi. Analizy oparte są głównie o case studies, choć nie brak tu subiektywnych doświadczeń artystów i pracowników pola sztuki, szerszej perspektywy teoretycznej oraz namysłu nad możliwościami politycznymi sztuki w ogóle...