24 marca 2016
alt
fot. Krzysztof Bieliński

Po co nam teatr?

Dlaczego pozwalamy sobą manipulować? Dlaczego całe społeczeństwa myślą pod dyktando mediów, polityków i wielkiego biznesu? Barbara Wysocka w świetnej inscenizacji Szekspirowskiego „Juliusza Cezara” pyta, czy potrzebujemy jeszcze wolności. Prowokując dyskusję, gotowa jest ujawniać teatralne techniki manipulacji.

W udzielonym Mateuszowi Węgrzynowi wywiadzie towarzyszącym premierze „Juliusza Cezara”, reżyserująca spektakl Barbara Wysocka stwierdziła, że dziś każde przedstawienie można odczytywać politycznie. W swojej pracy starała się natomiast unikać tematów znanych z gazet czy telewizji. Jej „Cezar” grany jest jednak we współczesnym kostiumie, nad sceną wyświetlane są fragmenty z preambuły konstytucji, z głośników wybrzmiewają hity Brygady Kryzys, Kultu i Republiki, a w pewnym momencie pada żart, w którym łatwo rozszyfrować nawiązanie do rządowego programu 500+. Recenzenci spektaklu starali się wyszukiwać podobne aluzje, podejmując próbę jego interpretacji przez pryzmat aktualnych wydarzeń. Taka strategia, umniejszająca dokonania reżyserki, realizatorów i aktorów, wydaje mi się niewłaściwa. Podobnie jak wsadzenie spektaklu Wysockiej do bezpiecznej szufladki z napisem „przedstawienie na temat uniwersalny”, co mogłoby zwalniać publiczność z konieczności krytycznego myślenia. Reżyserce tymczasem udało się stworzyć taki model teatru politycznego, który nie przedstawia zdarzeń społeczno-medialnych w sposób mimetyczny, a jednocześnie – na wskroś boleśnie – obnaża współczesną sytuację. „Cezar” prowokuje do sporów interpretacyjnych, zmuszając równocześnie do namysłu nad aktualnymi wydarzeniami, łącznie z perspektywą ich medialnego zapośredniczenia.

Scenografię Barbary Hanickiej stanowi stożek pomarańczowych, rozkładanych foteli, po których nieustannie wspinają się aktorzy. Dla granych przez nich postaci wdrapywanie się po szczeblach władzy i kariery wiąże się z deptaniem cudzego miejsca i walką o wygodną pozycję. Te „schody” z foteli umieszczone są na obrotówce, co obrazować może nie tylko „wielkie koło historii”, lecz pozwala także na zdynamizowanie inscenizacji sztuki przepełnionej elementami retorycznymi.

Wysocka od samego początku przełamuje teatralną iluzję. Zanim jeszcze zacznie się właściwy przebieg spektaklu, umazani we krwi bohaterowie siedzą nad trupem Cezara (Michał Jarmicki). Chwilę później, już czyści, krzyczą do widzów, traktowanych jak reprezentacja rzymskiego tłumu: „Rozejść się! Wracać do domów, nieroby!”. Bezpośrednie, kierowane wprost do publiczności zwroty są w całym przedstawieniu bardzo częste. Widownia jednak nie odpowiada – aktorzy robią to za nią. Widz jest w tym spektaklu tylko jednym z wielu – w dodatku bardzo łatwo podlegającym manipulacji – obserwatorów. Mechanizm ten najwyraźniej widać w scenie śmierci Cezara, w której aktorzy grają na wysokim rejestrze emocji, wręcz „szarżując”. Brutus (świetny Arkadiusz Brykalski) zbiera spiskowców, którzy z niecierpliwością czekają na przybycie Juliusza. On z kolei ulega namowom żony, Kalpurnii (Anna Moskal, niezwykle elastycznie wcielająca się w kilka ról), której sny zwiastowały nieszczęście i decyduje się pozostać w domu. Spiskowcy – podobnie jak widzowie – wiercą się w fotelach. Decjusz (Grzegorz Falkowski) usilnie namawia Cezara, by jednak wybrał się do Senatu, na co ten skwapliwie się zgadza. Nie zważa przy tym na protesty żony, która wykrzykuje: „Nie idź! Nie idź! Nie wiesz, jak się kończy ta sztuka?!”. Napięcie potęguje puszczana z głośników piosenka Republiki „Biała flaga” („Gdzie oni są, gdzie wszyscy moi przyjaciele?”). Widzowie niecierpliwie przebierają nogami. Wiedzą, co się zaraz zdarzy. Czekają na efektowną śmierć. Nic z tego – aktorzy biorą kubeł farby i od niechcenia znaczą na ciele Michała Jarmickiego czerwone smugi. Aktor posłusznie kładzie się na ziemi, wypowiada leniwie słynne słowa i „umiera”.

Wysocka obnaża teatralną iluzję nie tylko dla ładnego (i zabawnego) efektu, lecz by w ten sposób ujawnić naturę i techniki manipulacji, a także zwrócić uwagę na przyzwyczajenia odbiorcze widzów. Forma przekazu staje się w jej spektaklu siłą, zdolną wpłynąć na znaczenie samego komunikatu, a nawet unieważnić go. Problem szczególnie wyraźnie rysowany jest, kiedy – w świetnej skądinąd scenie – sama Wysocka pojawia się przed publicznością jako Marek Antoniusz. Zręcznie, używając kilku prostych chwytów retorycznych, obala wcześniejszą przemowę Brutusa do ludu, udowadniając, że nie jest on „człowiekiem honoru”, lecz zwyczajnym mordercą. Wysocka, eksponując swoją dwoistą funkcję reżyserki i aktorki, czyta również kwestie plebejuszy, żywo reagujących na wygłoszoną chwilę wcześniej orację i zwraca przy tym mikrofon w stronę widowni. Wskazanie pozorów demokracji nie jest jednak tylko kolejnym chwytem, użytym przez sprawną reżyserkę, a jej istotnym celem.

Sprawa jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Wystąpienie Wysockiej, świetnie zagrane i korzystające z niejednoznaczności jej statusu w przedstawieniu, jest również rodzajem manipulacji – jak się wydaje – nieświadomej. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że wszystkie działania dokonujące się na scenie były efektem realizacji misternego planu jednego człowieka, co z wypiekami na twarzy oglądamy jako szekspirowski pierwowzór „House of Cards”. W „Cezarze” Wysockiej brakuje jednak wyjaśnienia dotyczącego motywacji, kierujących Markiem Antoniuszem. Po przejęciu władzy zachowuje się on tak, jakby nagle stracił połowę swojej inteligencji, a jedyną interesującą go sprawą była eliminacja wrogów. Wiadomo, kto znajdzie się na szczycie, musi pilnować, by nie zostać z niego strąconym. I szkoda tylko, że Tomasz Śpiewak, który świetnie zaadaptował dramat, nie dopisał Antoniuszowi jeszcze jednej sceny, pozwalającej lepiej rozgryźć jego polityczną strategię czy raczej „reżyserską koncepcję”.

Barbara Wysocka obficie czerpie z ogranej już metafory „sceny politycznej”. Ale w jej spektaklu Senat prezentowany jest także, a może przede wszystkim, jako cmentarzysko. W finale, na przewróconych, nadpalonych i zniszczonych fotelach siadają już nie sami politycy, lecz ich trupy i duchy.

Ujawnianie manipulacji jako rodzaj użytej techniki inscenizacyjnej jest w „Juliuszu Cezarze” na wskroś współczesne. Reżyserka nie staje po żadnej ze stron politycznego konfliktu – wie doskonale, że politycy to tylko skorumpowani aktorzy. Zwraca szczególną uwagę na sposoby pozyskiwania informacji, formy komunikowania się z tłumem i techniki służące podburzaniu go. Prowokacyjny sens wszystkich zwrotów do widzów i wkładanych im w usta słów służy ujawnieniu obywatelskiej bierności, z jaką reagujemy na manipulację. W finale spektaklu Kazik śpiewa utwór z wydanej przez Kult w 1989 roku „Kasety”: „Po co wam wolność? Macie przecież telewizję!”. No tak, mamy. Ale mamy też teatr.

William Szekspir, „Juliusz Cezar”
reżyseria: Barbara Wysocka
dramaturgia: Tomasz Śpiewak
scenografia: Barbara Hanicka
kostiumy: Julia Kornacka
reżyseria światła: Artur Sienicki
Teatr Powszechny w Warszawie
premiera: 23.01.2016

 

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...