09 czerwca 2017
songtosong

Piosenka za piosenką, pocałunek za pocałunkiem

„Każde doświadczenie jest lepsze od jego braku. To stąd chciałam być dzika, nieskrępowana. Moje życie płynie niczym piosenka za piosenką, pocałunek za pocałunkiem. Nie można iść na kompromisy, trzeba zerwać powrozy. W końcu drugiego życia nie dostaniemy”. Rzeczywistość Faye, bohaterki najnowszego filmu Terrence’a Malicka, wielkiego poety współczesnego kina, przypomina skok bez spadochronu. Silny zryw, swobodne opadanie, a po chwili uderzenie. W Malickowym symbolizmie można jednak pójść kilka kroków dalej. Jej życie, jak twierdzi sama Faye, może też przyjąć formę węża zrzucającego skórę, feniksa odradzającego się z popiołów czy jeźdźca spadającego z wysokiego konia. Ale wielkość tego kina nie należy mierzyć wyłącznie w kategoriach wyrafinowanej, filmowej metafory. „Song to Song” to również impresjonistyczna pocztówka z krajobrazem skąpanego w słońcu Teksasu, zaadresowana do wszystkich tych, którzy rozpaczliwie poszukują miłości.

Paradoksalnie, najnowszy obraz Malicka stopniowo odwraca się od filozoficzno-teologicznego traktatu o wszechświecie, o życiu i śmierci, o grzechu i boskiej ingerencji. Pozostaje wyjątkowo blisko ziemi. Kosmiczna skala, eksperymentalna forma i strumień świadomości, którymi z upodobaniem posługuje się amerykański reżyser, zostają po raz wtóry osadzone we współczesności. Rozpoczyna się od festiwalu Fun Fun Fun Fest w Austin w Teksasie: obrazu dzikiego tłumu, w którym w hipnotycznym rytmie zderzają się niezliczone ciała. Wokół tumany kurzu, w powietrzu gitarowe wibracje. W tłumie tym, uchwyconym z operatorską maestrią Emmanuela Lubezkiego, poznajemy parę scenicznych nowicjuszy: Faye (Rooney Mara) i BV (Ryan Gosling), którzy stawiają pierwsze kroki w showbiznesie. Na ich drodze staje Cook (Michael Fassbender), wpływowy producent muzyczny, a zarazem nienasycony król życia, który zaszczepia w nich żądzę sławy. Bohaterowie zaczynają bawić się pragnieniami swoich ciał, a zarazem wyzbywać się potrzeb duszy. Malick, wchodząc z butami na salony, opowiada o psującym się od głowy artystycznym światku – to środowisko, w którym podczas wielkich koncertów wzmacniacze Marshalla traktuje się piłą mechaniczną, a w trakcie wystawnych przyjęć przekąski serwowane są na ciałach nagich modelek. Na backstage’u obok hollywoodzkiej śmietanki przewijają się Iggy Pop, Patti Smith i członkowie Red Hot Chili Peppers – dinozaury popkultury, które mogą uraczyć nas niejedną zdrożną anegdotą.

W istocie Malick nie puka do drzwi tych wszystkich luksusowych willi z basenami. Wchodzi do nich jak do siebie i nie pozostawia ani krzty prywatności. W „Song to Song” kamera pozostaje w ciągłym ruchu, bezlitośnie snuje się pomiędzy wierzchołkami miłosnego trójkąta; zbliża się do twarzy, następnie oddala, aby ponownie studiować gesty i mimikę bohaterów. Mimo tak nachalnego współuczestnictwa, autor „Cienkiej czerwonej linii” nie pociąga jednak za sznurki, nie traktuje nikogo z góry. Mówi za to między wierszami o przesycie doczesnych uniesień i egzystencjalnym głodzie – wykolejeniu tych, którzy niezdarnie łatają dziury w sercu. Ale co ciekawe, reżyserowi nie przyświeca przy tym intencja pouczania czy oświecania widza. Co prawda zadaje on szereg pytań o to, kim i gdzie teraz jesteśmy, czy i jak stać się lepszym człowiekiem, ale zarazem nie gwarantuje odpowiedzi. Od sądów i lamentu nad nihilizmem współczesnych trzydziestolatków bardziej interesują go wyciągnięte z kontekstu momenty. To dlatego scenariusze jego filmów zdają się nie istnieć, a aktorzy, którzy przyjeżdżają na plan, wyglądają tak, jakby ich jednym zadaniem było instynktowne odbijanie się od ścian, wicie w zmysłowych spazmach, spoglądanie gdzieś ponad horyzont, a następnie wygłaszanie specyficznych monologów zza kadru. „Song to Song”, podobnie jak poprzednie filmy Malicka, pozostaje zatem zawieszone w specyficznym bezczasie, pozbawione linearności, klasycznej dramaturgii i ciągu przyczynowo-skutkowego. Ale zawiera coś jeszcze: specyficzny ton oparty na pierwiastku ludzkim, przepływ szczerej empatii wobec drugiego człowieka. Malick, zdaje się, wynalazł albo przynajmniej pielęgnuje ten ton.

Tym samym jednoznaczna ocena któregokolwiek z filmów Teksańczyka dla niejednego wprawionego w bojach krytyka graniczy z cudem. Nie mieszczą się one bowiem w ramach spadku po współczesnej, klasycznej ani żadnej innej kinematografii. Nie można ich przesiać przez sito gatunkowych klisz, z założeniami prostolinijnych melodramatów mają niewiele wspólnego. To kino, które w dużej mierze po prostu się doznaje, pokłada się w nim wiarę, nie próbuje się mu nadać balastu zbędnych słów. Każde spotkanie z autorem „Niebiańskich dni” jest niczym wielogodzinna sesja terapeutyczna, po której świdrujące pytania jeszcze długo zalegają pod powiekami. Stąd jego kino pozostaje dla mnie spojone z czasem refleksji, a nawet swego rodzaju środkiem na sposób widzenia i organizacji świata. Tyle że nie każdy widz pokusi się na tak intymną, a jednocześnie czytelnie poprowadzoną terapię. Wielu powie: to zaledwie banały, kuglarskie wybryki, którymi Malick co prawda przygotował pod uprawę współczesny „antyhollywoodzki” grunt, ale zarazem pożarł własny ogon. I cóż, będą mieli w tym sporo racji.

A zatem: ekranowa grafomania, nieznośnie pretensjonalny przerost formy nad treścią czy może jednak geniusz? Zdobywca Złotej Palny swoimi poematami („Drzewo życia”, „Rycerz pucharów” i „Song to Song” to krewniacy po linii prostej) wciąż wytycza granicę między rozdartymi widzami, którzy muszą sami odpowiedzieć na to pytanie. Ale mimo uzasadnionych różnic w postrzeganiu Malickowej nomenklatury, „Song to Song” to bez wątpienia całe mnóstwo piękna, składające się na uwodzicielską harmonię obrazów i dźwięków. Doskonałość i higieniczność kadrów Lubezkiego w połączeniu ze ścieżką dźwiękową wędrującą od sasa do lasa – począwszy od rock’n’rollowego „Runaway” Dela Shannona, przez agresywne brzmienie Die Antwoord, aż po „Angelusa” Wojciecha Kilara – nie pozostawiają złudzeń co do unikatowej sygnatury i duchowej siły jednego z najbardziej tajemniczych, a zarazem konsekwentnych artystów w historii amerykańskiego kina.

 

„Song to Song”
reż. Terrence Malick
premiera: 19.05.2017