26 października 2018
pantadeusz
fot. Jakub Wittchen

„Pan Tadeusz” to pułapka

Wystawianie „Pana Tadeusza” jest ryzykowne. Nie tylko przez zatrważającą liczbę interpretacji tego tekstu, ale także przez osadzenie go w kontekście kultury narodowej. Jak niemal każde dzieło Mickiewicza, spuchł on od interpretacji i unosi się dziś po powierzchni magmy rozmytych znaczeń, z której co jakiś czas wynurzają się macki banału, przesady, uproszczeń czy pustego kpiarstwa, wciągające odbiorcę w głębiny niekończących się dyskusji o końcu romantyzmu. „Pan Tadeusz” to pułapka.

Nie bojący się otchłani różnorodnych znaczeń Mikołaj Grabowski wiosłuje na łódeczce sceny poznańskiego Teatru Nowego. Eksponuje humor pierwowzoru, wzmacniając go użyciem technik komediowych. Nie trywializuje przy tym i nie ośmiesza poematu, podchodząc do niego z godnością. Daleki jest jednak od traktowania go jako świętej epopei narodowej. Korzystając z dzieła wielokrotnie wymiętego w szamotaninie polonistycznego teoretyzowania i dywagacji, nie odcina się od dyskusji na temat jego rangi. Zbiera wycinki różnych opinii i analiz, by ułożyć z nich opowieść o losach „Pana Tadeusza” – stworzona przez niego adaptacja staje się pretekstem do zabrania głosu w sprawie recepcji kanonicznego poematu. Proponowane wnioski odnoszą się także do dawnej i dzisiejszej wizji polskości.

Reżyser starał się uniknąć niebezpieczeństwa znudzenia widzów przebrzmiałą formą romantycznej poetyki. Nie uwspółcześnił jednak poematu ani nie naruszył jego trzonu fabularnego nawiązaniami do aktualnych spraw politycznych lub społecznych. Zdystansował się do tradycji, wprowadzając współczesne elementy scenografii i kostiumy, które stopniowo zastępowane są strojami sarmackimi. W jego spektaklu przeszłość porównywana jest do teraźniejszości, a nie odwrotnie. Podstawą wszystkich odniesień jest dla Grabowskiego dzisiejszy widz.

Skromna scenografia wykorzystująca klika rusztowań, betoniarkę, kawałek muru, ławy, krzesła na ruchomych podestach i białą płachtę to prowizoryczny Zamek Horeszków. Wygląda, jakby budowa ciągle się nie skończyła – czy dlatego, że wciąż trwają dyskusje nad wyborem cegieł? Symboliczne rekwizyty wymownie tworzą scenerię, a rymy i kwieciste metafory rozbrajane są przez dowcip, w którym ważną, niemal strategiczną funkcję pełnią przerysowanie i udawana amatorszczyzna w grze aktorów. Jaskrawo przesadzone aktorskie „wykony” zdominowały sceny grzybobrania, polowania na niedźwiedzia czy sekwencje biesiadne. Wrażenie to dodatkowo podkręcała grana na żywo muzyka i zabawny śpiew. Ironia przełamywała patetyczne opisy pejzaży i szlacheckich rytuałów. Niektóre z komediowych scen można było odnieść do dawnych oraz dzisiejszych zwyczajów i zachowań – jak fragment uwznioślający kawiarkę, który mógłby rozegrać się we współczesnej, hipsterskiej kawiarni. Mickiewicz z dystansem tasował wady i zalety polskiego społeczeństwa, co – zdaje się – dziedziczy po nim Grabowski.

Przerysowaniu uległ także temat skłonności Polaków do hołdowania etosowi rycerskiemu. Aktorzy zastygali w pomnikowych pozach, z dumnie wyprężanymi piersiami i szablami wznoszonymi w geście chwały jak na płótnach naszych najświetniejszych mistrzów. Sarmatyzm i heroiczność polskiej szlachty jako elementy budujące mit epopei narodowej – odhaczone.

W monologach wygłaszanych przez otoczonych mglistym dymem aktorów pojawiały się – skromne i niedopowiedziane – nawiązania do „gotycyzmu” i „mistycyzmu”. Bardziej ciekawe wydały mi się jednak wtrącenia, typu „powiedziała Zosia”, pozostawione w kwestiach poszczególnych postaci. Wprowadzają one narracyjny dystans wobec prezentowanej na scenie akcji, jakby reżyser celowo przypominał, że w jego prezentacji najważniejsze jest słowo pisane. Dlatego na scenie często pojawiają się książki, z których czytane są fragmenty „Pana Tadeusza”. Jedna z takich scen wymownie nawiązuje do celebracji mszy. Każdy z bohaterów, jak wywołany do odpowiedzi uczeń, dowcipnie odbębniał tekst, zaciągając końcówki i zacinając się w połowie zdania. Skoro zaangażowanie w religijne rytuały jest u nas często podobne do entuzjazmu podczas lekcji języka polskiego, zestawienie tych dwóch sytuacji wyszło w spektaklu całkiem zgrabnie.

„Pan Tadeusz” funkcjonuje nie tylko jako epopeja narodowa – klasyczne dzieło z kanonu dumnej waleczności Polaków – ale także sielanka pełna ckliwych opisów i ironiczna opowieść o wadach polskiego ziemiaństwa. Grabowski nie stroni od żadnego z tych znaczeń. Różnorodne interpretacje spójnie łączą się w jego spektaklu, będącym zarówno dowodem naszych narodowych cnót, jak i niedoskonałości. Podobnie splatają się także perspektywy czasowe – świadectwo przeszłości miesza się z obrazem teraźniejszości.

W poznańskim „Panu Tadeuszu” zdarzają się jednak dłużyzny oraz nienajlepsze, czasem niepotrzebne żarty. Znużyła mnie na przykład scena przebierania Zosi, której towarzyszy śpiew Julii Rybakowskiej w niezwykle irytującej, ekstatycznej konwulsji. Kompromitująca okazała się też scena rapowania fragmentu poematu. Miało to zapewne kokietować młodego widza – nie wyszło. Jest jednak w tym „Panu Tadeuszu” sporo dobrze zrobionych, niebanalnych scen, a w ogólnym rozrachunku spektakl wypada nieźle. Widać solidność wykonania i sensowny, dobrze skrojony koncept, podkreślany przez niewymuszony komizm wielu dialogów i sytuacji.

Premiera „Pana Tadeusza” odbyła się w dniu uroczystej gali z okazji 95-lecia Teatru Nowego, a spektakl stał się wisienką na torcie jubileuszu. Przedstawienie jest więc jednocześnie zapowiedzią i podsumowaniem dotychczasowej działalności tej instytucji. Wybór spektaklu wiele mówi o aspiracjach organizacyjnych Teatru Nowego. Czy pozostanie poza bieżącymi sporami i nie będzie wkraczał na ścieżkę angażowania widzów, podążając przed siebie szerokim traktem solidnie zrobionego, przemyślanego, ale bezpiecznego teatru środka? Ten „Pan Tadeusz” to spektakl-straciatella: trochę słodki, a trochę gorzki; ze szczyptą wanilii i kawałkami czekolady; trochę śmieszny, ale też serio. Mikołaj Grabowski bierze klasyczną recepturę i formułuje przepis na lody z obniżoną zawartością cukru i bez laktozy. Jego widowisko to smakołyk familijny – słodka przekąska dla każdego. Pewne konwencje jednak nie zadziałają, jeśli apetyt jest na coś innego.

 

Adam Mickiewicz, „Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie”
adaptacja: Mikołaj Grabowski, Tadeusz Nyczek
reżyseria: Mikołaj Grabowski
scenografia: Jacek Ukleja
muzyka: Zygmunt Konieczny
kostiumy: Katarzyna Kornelia Kowalczyk
Teatr Nowy im. Tadeusza Łomnickiego w Poznaniu
premiera: 13.10.2018

Świat po orgii
21 stycznia 2019

Świat po orgii

Czy postulaty feministyczne zakorzeniły się w świadomości Polek i Polaków? Jak zadać to pytanie, by nie zabrzmiało patetycznie? Jak mówić o równości i jak jej doświadczać? A czy spektakl teatralny może zrobić coś w tej sprawie...

Dwie ucieczki z Dannemory
17 stycznia 2019

Dwie ucieczki z Dannemory

Arquette, kreując postać Joyce „Tilly” Mitchell – cywilnej pracowniczki więzienia, która pomaga więźniom uciec – wynajduje na nowo ogień. I to z jej powodu „Ucieczki z Dannemory” nie wolno w tym sezonie pominąć...

Powstanko
16 stycznia 2019

Powstanko

Intuicja słusznie podpowiada więc Jakubowi Skrzywankowi (kolejny już raz!), że mówić o przeszłości trzeba inaczej niż dotychczas. Jeżeli chcemy reanimować pamięć o tym, co nas przez lata kształtowało jako wspólnotę, coś musi się zmienić w naszych słowach, gestach i manierach...