na www glowne nalewajk
fot.: Wydawnictwo Cyranka / Marek M. Berezowski

O(d)wlekanie emocji

Z Tomaszem Nalewajkiem, autorem „Chciałbym, żeby dzisiaj coś się wydarzyło” i psychoterapeutą w nurcie integratywnym rozmawia Mateusz Romanowski.

 

Mateusz Romanowski: Marek, bohater twojej książki, sprawia wrażenie osoby z unikającym modelem wchodzenia w relacje. Z kolei jego partnerki – z lękowo-ambiwalentnym. To bardzo ciężkie połączenie.

Tomasz Nalewajk: Pisząc książkę, nie myślałem o konkretnych stylach i nie budowałem na tej bazie bohaterów. Myślę, że w Marku widać pewne sprzeczności – cały czas imprezuje i szuka przygód, ale jednocześnie dąży do tego, żeby mieć rodzinę, dziecko. Chce zbudować sobie życie wokół związku, ale cały czas coś mu nie odpowiada. Przy czym na pewno jego wybory dotyczące partnerek wynikają z tego, jaką jest osobą. To błędne koło w relacjach – wiążemy się z konkretnym typem osób, z nadzieją, że taka właśnie osoba zrealizuje nasze potrzeby; a jednocześnie potrzeby są najczęściej niewyrażone i nieuświadomione. Kończy się to tym, że często ludzie zamiast ze swoim partnerem czy partnerką wiążą się z tej osoby wyobrażeniem.

 

Problemy Marka są tym poważniejsze, im poważniejsze stają się jego relacje.

Tak. Marek wiąże się z Sylwią po bardzo długim związku z Niną, który zaczyna się psuć, kiedy obopólne wyobrażenia na temat drugiej osoby okazują się nie przystawać do rzeczywistości.

 

Jak Marek z Sylwią poradziliby sobie podczas kwarantanny? Ich związek w dużej mierze był w stanie funkcjonować dzięki temu, że przez pracę Marka mieli ze sobą stosunkowo mało styczności.

Marek na pewnym etapie wymyślił sobie system punktowy. Przyznawał sam sobie punkty na zrobienie czegoś pożytecznego dla dziecka i żony. Po zdobyciu określonej liczby punktów „wymieniał” je na możliwość zrobienia czegoś dla siebie. Myślę, że podczas kwarantanny Marek, zamknięty z żoną i dzieckiem 24h na dobę, mógłby wymyślić jakiś równie udany system samooszukiwania się. W gorszym scenariuszu ten związek po prostu by się rozpadł. Bez dużej ilości „palenia” nie widziałbym dla nich zbytnich szans.

 

Bohater ciągle pali [marihuanę] i to właściwie stanowi jego stabilizator emocji. Uświadomiłem to sobie na dość późnym etapie lektury…

Marek raczej nie uświadamia sobie swoich emocji. Nic dziwnego, skoro jest z domu, w którym nikt z nim o emocjach nie rozmawiał. Jego tata jest alkoholikiem, on sam znalazł sobie marihuanę jako alternatywę. Coś bardziej hippisowskiego, kontrkulturowego. Cieszy mnie, że późno dostrzegłeś, że to jest w jego życiu problem. Bo to nie jest książka o nałogu, który nie pozwala ci normalnie żyć, a o funkcjonalnym nałogu. Takim, który możesz mieć całe życie i nawet tego nie zauważyć. Jointy nie niszczą życia Markowi, ale sprawiają, że nie przeżywa go w pełni świadomie. Pojawia się pytanie, co to oznacza w dłuższej perspektywie czasowej. Z początku Marek pali, kiedy spotyka się z czymś trudnym. Potem pali niezależnie od tego, co się dzieje. Nie postrzega tego jako problemu, bo wciąż ma normalną codzienność: chodzi do pracy i zarabia na rodzinę. Granica dostrzeżenia problemu może być przesuwana bez końca.

 

Mam wrażenie, że świadomie uwypuklasz brak kontaktu Marka z jego własnymi emocjami. Jest w stanie uchwycić jedynie odczucia fizyczne i myśli. Marek jako narrator nigdy nie nazywa tego, co czuje. Na ile był to świadomy zabieg?

Jak najbardziej świadomy. Na początku chciałem do tej książki podejść jeszcze bardziej behawioralnie, jak do scenariusza, w którym opisuje się tylko to, co się dzieje z bohaterem, co może zobaczyć kamera. Jak mu się wykrzywia twarz. Jak reaguje ciało. Planowałem pozbawić bohatera narracji tłumaczącej, samousprawiedliwiającej się. Teraz czytam „Ludzką Skazę” Philipa Rotha, gdzie autor robi coś zupełnie odwrotnego, gdzie wewnętrznych monologów jest mnóstwo i jej bohaterowie analizują wszystko. Z jednej strony imponuje mi język Rotha oraz głębokość jego przemyśleń, z drugiej jest tam dla mnie niekiedy za dużo dywagowania i za mało miejsca na własne interpretacje. Chciałem stworzyć bohatera, który nie tłumaczy swojej postawy czytelnikowi, a stawia go w pozycji obserwatora. W toku pisania pojawiła się chęć pokazania pewnej autorefleksyjności Marka, ale moim celem było oddanie papki umysłowej wytwarzającej się w jego głowie. Tego, że cały czas myśli to samo. Wiem, że część czytelników irytował ten zabieg, ale to jest po prostu taki bohater. Powtarzający cały czas to samo myślenie, bo tylko w tym myśleniu odnajduje swoją wolność.

 

Widzę w tych opisach krytykę pewnego typu toksycznej męskości. Z jednej strony trudno polubić bohatera przez tak wiele stron postrzegającego kobiety w sposób przedmiotowy. Z drugiej strony obserwowanie, jak niszczy sam siebie przez swoje niespełnione fantazje, które nie wytrzymują kontaktu z rzeczywistością, budzi współczucie.

Tak go widzę. Moja partnerka, która też jest pisarką, mówi o nim „biedny Mareczek”. Jest on postacią tragiczną – uwikłany we własne potrzeby, których na głębokim poziomie nie rozumie. Bardzo chce konkretnych rzeczy, ale kiedy je otrzymuje, jest przerażony. Realizuje swoje fantazje w dziwny sposób. Chciałby być postacią rodem z filmu porno, bo jest wbity w pewną narrację o byciu mężczyzną. Zupełnie się w takiej narracji nie odnajduje, bo nie wytrzymuje ona kontaktu z rzeczywistością. Nie dostał pozytywnego wzoru męskości, nie ma też możliwości nawiązania bliskiej, głębokiej relacji z innymi mężczyznami. Myślę, że jest „toksycznym mężczyzną”, a jest nim w sposób zupełnie nieświadomy. Jest po prostu tworem swoich czasów. Za jego życia miała miejsce istotna transformacja kulturowa, która doprowadziła do tego, że wylądował w innej rzeczywistości niż ta, w jakiej się wychował, i próbuje realizować ideały, które się nie sprawdzają.

 

Czy w swojej praktyce terapeutycznej spotykasz się z takimi pacjentami? Jak przebiega proces rozbrajania tego rodzaju obciążającego konstruktu społecznego?

Niezależnie od płci ludzie przychodzą na terapię z bagażem różnych konstruktów. jako terapeuta chcę widzieć pacjenta w całości. Często jest tak, że rzeczy, które mogłem podejrzewać na początku, w którymś momencie pracy okazują się chybione. Wiele konstruktów niesie jakiś rodzaj prawdy o potrzebach konkretnej osoby i jej prawdziwych tęsknotach. Raczej unikałbym mówienia o rozbrajaniu konstruktu, wolałbym mówić o pracy nad uświadomieniem sobie, z ilu warstw się składamy. Jest to model „cebulowy”: co mi mówiono w domu, co mówili mi koledzy, co ja myślę o sobie, co myślę, że inni o mnie myślą. Gdzieś w środku jest ziarno tej prawdy o mnie, którą chce odkryć, a potem zastanawianie się nad tym, czy to ziarno to jest ta prawda, czy pod nią jest jeszcze inna prawda. Koniec końców i tak ta wizja siebie jest subiektywna. Jako terapeuta nie mam żadnej prawdy na temat pacjenta – on czy ona ma swoją prawdę, którą pomagam odkryć. Pacjenci są dla mnie jednak sferą nienaruszalną. Książkę opierałem w dużej mierze na moich doświadczeniach i obserwacji dotyczącej związków. Wyraźnie oddzielam bycie pisarzem od bycia psychoterapeutą.

 

Jednym z tematów książki jest dziedziczenie traumy. Można odnieść wrażenie, że z pokolenia na pokolenie zmienia się tylko forma tego, czym obarczamy swoich podopiecznych. Twoja książka jest o dorosłych dzieciach alkoholików. Wyobrażasz sobie analogiczną powieść o dzieciach dorosłych dzieci alkoholików?

 

Jak najbardziej. Może dowiem się o tym, opisując kiedyś losy swoich dzieciNiedawno wyszło polskie tłumaczenie książki „Nie zaczęło się od ciebie” Marka Wolynna. Jest tam opisany dramatyczny wątek lockdownu, tak zwanej zimy głodu w Holandii podczas II wojny światowej. Hitler odciął ten kraj od dostaw żywności. Dzieci kobiet, które były wówczas w ciąży, w dorosłym życiu masowo cierpiały na zaburzenia odżywiania, zaburzenia lękowe, depresje, schizofrenie. Ta trauma przeszła też dalej, na kolejne pokolenie, dzieci tych dzieci. Jednocześnie z pokolenia na pokolenie traumy mogą się zmieniać. Może być tak, że jedne traumy zostają zastąpione przez inne. Ktoś doświadczający przemocy w dzieciństwie może wychowywać dzieci w atmosferze, w której brakuje granic potrzebnych do zdrowego funkcjonowania. Na tej bazie mogą pojawiać się nowe traumy. To też już się dzieje, bo nowe pokolenia mają trudności w odnalezieniu się w świecie. Wynika to pośrednio, a nie bezpośrednio z traum rodziców, bo te problemy są reakcją na rodzaj wychowania mającego być odwrotnością tego, czego doświadczyli ich rodzice.

 

Można to zaobserwować na przykładzie postaci Sylwii, która wychowuje dziecko w sposób, w jaki sama chciałaby być wychowywana.

To dokładnie ten przypadek. Rodzic chce przychylić dziecku nieba, bo sam tego nie doświadczył, ale jednocześnie je krzywdzi, nie wyznaczając granic, które dawałyby mu poczucie bezpieczeństwa.

 

Opisujesz miasta i środowiska, z którymi miałeś bezpośrednią styczność. Jak powszechnym doświadczeniem w Tychach było życie z rodzicami z problemem alkoholowym?

Tychy były miastem-sypialnią dla okolicznych kopalń i zakładów pracy. Alkohol wśród górników był częstym sposobem na rozładowanie stresów. Mieszkałem na osiedlu H6 i tam ten problem był standardem. Mniej więcej było wiadomo, który ojciec danego dnia wróci pijany, o której wróci pijany, jak wróci pijany.

 

Mały Marek doświadcza dużej krzywdy ze strony ojca, ale na tle swojego środowiska nie ma wcale najgorzej.

Żyło się w tym i na pewno też porównywało się rodzaje picia. Mówiło się „ten pije rozsądnie, a tamten to ochlejtus”. Ludzie obserwowali się nawzajem i był rodzaj presji społecznej, aby za bardzo się nie wychylać. W niedzielę o dziewiątej rano, gdy jeszcze spaliśmy z bratem, mama wpadała do pokoju, żeby podnieść żaluzję. Była to godzina, o której ludzie szli do kościoła, więc opuszczone żaluzje nie najlepiej by o nas świadczyły.

 

Zastanawiam się, jak dużo osób unika konfrontacji z problemami, bo inni mają gorzej?

Jestem daleki od stwierdzenia, że można obiektywizować cierpienie. Inaczej nie mógłbym być terapeutą. Kiedy przychodzi do mnie klient czy klientka z problemami w związku, nie mogę odpowiedzieć „ok, ma pan/ pani problem w związku, ale w Afryce głodują dzieci, więc proszę się ogarnąć”. Osoba ze świetnymi warunkami życiowymi może cierpieć bardziej od tej z kiepskimi, bo akurat ma taką wrażliwość, chemię mózgu czy doświadczenia z dzieciństwa. Nie mam za to wątpliwości, że zanurzenie w danej rzeczywistości może oddalać od chęci skonfrontowania się z problemem. Kiedy twój tata wraca pijany do domu dwa razy w tygodniu, a tata kolegi codziennie, wydaje ci się, że masz lepiej.

 

Jest to też twoja historia?

Część doświadczeń Marka to też moje doświadczenia. Wyszedłem z domu rodzinnego z przekazem, że trzeba się uczyć, mieć dobrze płatną pracę i założyć rodzinę. Skończyłem średnią szkołę, poszedłem na studia psychologiczne. Później zacząłem pracować w biznesie, bo uważałem, że w tym są pieniądze. Ze względu na czynniki ekonomiczne zrezygnowałem ze studiów doktoranckich. Cały czas ciągnęło się za mną poczucie, że trzeba mieć jakiś status, ustawić się w jak najlepszym miejscu drabiny społecznej. Realizowałem to przez lata i w pewnym momencie doszedłem do miejsca, gdzie to wszystko okazało się śmieszną dekoracją. „Mam trzydzieści kilka lat, mam wszystko, o co walczyłem, związek, mieszkanie, auto służbowe, a moje życie jest chujowe”. Przez jakiś czas próbowałem się okłamywać, że jest inaczej. Jednocześnie za dużo piłem i paliłem, żeby skonfrontować się z rzeczami, które mnie bolą. Dopiero kiedy doszedłem do pewnego krytycznego dla mnie momentu, stwierdziłem, że to jest wydmuszka; że to nie jest to, co chciałbym tym życiem realizować. Wtedy wszedłem na ścieżkę próby zrozumienia samego siebie, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem. Nie piję i nie palę od czterech lat, mam wreszcie dobry związek, jestem psychoterapeutą, prowadzę z przyjacielem firmę, piszę książki i realizuję rzeczy, które mają dla mnie sens. Odgrywanie scenariuszy życiowych wynikających ze społecznego przymusu często oddala nas od pragnień. Często na końcu takiego czerwonego dywanu może pokazać się bajoro.

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...