16 listopada 2020
kwiatszczescia-1_www
kadr z filmu "Kwiat szczęścia" | źródło: imdb.com

Odoroterapia

Jeśli istnieje wizualizacja mokrego snu początkującego, ambitnego, ale niezbyt zdolnego postmodernisty, to bez wątpienia musi być nią „Kwiat szczęścia”. W pozornie ascetycznym filmie Jessiki Hausner (która debiutantką wcale nie jest) dochodzi do nieuporządkowanego, pozbawionego myśli przewodniej zmieszania tematów. Ot – mamy tu do czynienia ze zbiorem (pseudo)artystycznych refleksji. Jest w tym jakaś niezrozumiała autorska buta, która pozwala reżyserce wierzyć, że w stu minutach można upchnąć rasowy horror, obraz o problemach macierzyńskich, manifest ekologiczny, kino psychologiczne skupione na opisywaniu kondycji mentalnej zachodniego społeczeństwa i – jakby tego było mało – okrasić całość motywami mistyki dalekowschodniej. Zamiast wzbudzać zachwyt nad wieloaspektowością, „Kwiat szczęścia” mimowolnie wywołuje skojarzenia z takimi dziełami wątpliwej jakości, jak niezamierzenie zabawne „Zdarzenie” M. Nighta Shyamalana, na wpół amatorska „Ptakodemia” Jamesa Nguyena czy niezwykle pretensjonalny „High Life” Claire Denis.

Pierwsze minuty filmu nie zwiastują spektakularnej katastrofy w artystowskim stylu. Główna bohaterka, Alice Woodard, pracuje nad innowacyjną sadzonką kwiatu wydzielającego zapach szczęścia. Little Joe, jak nazwana została roślina, ma być rewolucyjnym środkiem w leczeniu zaburzeń nastroju. Z czasem okazuje się, że woń, poza stymulacją produkcji oksytocyny (i tu już powinna nam się zapalić lampka ostrzegawcza, wszak oksytocyna nie jest hormonem szczęścia), infekuje ludzki mózg, prowadząc do zmian zachowań i korekty życiowych priorytetów. Każdy, kto miał kontakt z pyłkiem Little Joe, będzie chciał chronić kwiat i doprowadzić do jego ekspansji.

Oryginalny pomysł zostaje niepotrzebnie wpisany w gatunkowe ramy horroru sci-fi – Little Joe, niczym przybysz z innej planety, chce przejąć kontrolę nad przedstawicielami homo sapiens, żeby ci pomogli mu skolonizować Ziemię. Hausner wprowadza do filmu sztuczne napięcie, które sama co chwilę rozbraja, kompilując narrację wizualną pierwszo- i trzecioosobową. Zabieg ten prowadzi do niezrozumiałego sabotowania własnych pomysłów. To zupełnie tak, jakby słynne twisty fabularne z „Szóstego zmysłu” czy „Innych” nie stanowiły punktów kulminacyjnych, ale wydarzały się w pierwszym akcie opowieści. Co gorsza, reżyserka zamiast wykorzystać tę sytuację – przewrotnie stwierdzić, że zagadka wcale nie jest tym, co powinno widzów interesować – i skupić się na społeczno-psychologicznym wymiarze swojej historii, wciąż udaje, że „Kwiat szczęścia” ma do zaoferowania tajemnicę, którą za wszelką cenę należy wyjaśnić.

Jeśli istnieje jakiś fabularny kamień filozoficzny zamieniający film austriackiej autorki w złoto, to niestety nie było dane mi go odkryć. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę próbowałem. Po seansie, niezrażony odbiorczym niepowodzeniem, uznałem, że warto przyjrzeć się choćby rozrzuconym to tu to tam symbolom pochodzącym z kultur dalekowschodnich. Być może to one okażą się kluczowe dla zrozumienia „Kwiatu szczęścia”? Wszak mamy tu: fryzurę i stroje Alice przypominające image gwiazd K-popu; rozbrzmiewającą przez cały seans muzykę stylizowaną na tradycyjne kompozycje znane ze spektakli japońskiego teatru nō i kabuki; bohaterów spożywających wietnamskie jedzenie (a fragment ten jest wręcz nienaturalnie podkreślony grubą filmową kreską); a na dodatek Little Joe działa na ludzi w sposób, który może budzić skojarzenia ze stanem nirwanicznej pustki w buddyzmie. Wiwisekcja owych motywów prowadzi jednak do smutnego wniosku – zamiast precyzyjnego wplecenia każdego z elementów w tkankę fabularną, obcujemy w „Kwiecie szczęścia” z kliszami na temat Dalekiego Wschodu, wrzuconymi do jednego wora i wymieszanymi ze sobą byle jak. Trudno stwierdzić, czy ich obecność w filmie jest dowodem na dezynwolturę reżyserki, czy przykładem bezmyślnej orientalizacji, będącej niczym ustawienie w na wskroś swojskim ogrodzie małej pagody tylko dlatego, że „ładnie wygląda”. Dalekowschodni anturaż jest tu więc jedynie bezcelowym ornamentem. Pogodzenie się z tą przykrą wyższością bezsensu nad sensem pozwala dostrzec, że cały „Kwiat szczęścia” składa się z powierzchownie potraktowanych wątków: opowieść dotycząca walki natury o przetrwanie w świecie zdominowanym przez człowieka nie znajduje finałowej pointy, w podobny sposób porzucona zostaje ledwie zarysowana diagnoza neurotycznego charakteru ponowoczesnego społeczeństwa. Z czasem na plan pierwszy wysuwa się wątek macierzyństwa. Opieka nad psem czy też doglądanie kwiatków są tu traktowane jako inwariant macierzyństwa, a sprawienie sobie takiego czy innego „dziecka” jest zastępczym stabilizatorem rozchwianej psychiki.

Ostatecznie, kiedy odrzemy „Kwiat szczęścia” z mylących dalekowschodnich dodatków, będziemy mogli zakrzyknąć: „król jest nagi”, ponieważ dokopiemy się tu do prawd rodem z prozy Paula Coehlo: „żyj i pozwól żyć innym”, „masz prawo do samorealizacji”, „bądź sobą”, a także „każdy ptak musi kiedyś wylecieć z gniazda”. Ale nawet te banały mogłaby uratować postmodernistyczna konwencja – tymczasem w filmie Hausner nie zyskują one wymiaru choćby sugestywnego kiczu: kiedy Alice wreszcie potrafi dać swojemu synowi, Joe (zbieżność imion z kwiatem hodowanym przez bohaterkę nieprzypadkowa), nieco więcej przestrzeni, okazuje się, że jest to nie tyle dowód wzajemnego wyzwolenia obojga, unormowanie napiętych relacji, ile zobrazowanie wewnętrznej zgody bohaterki na bezgraniczne oddanie się nałogowi – pracy. Film nie potrafi więc dotrzymać wierności nawet ukutym przez siebie banałom.

Hausner pośród nadmiaru wątków, frazesów i niepotrzebnie wydumanych zabiegów formalnych zabrakło pomysłu na realizację ciekawej koncepcji, bo „Kwiat szczęścia” to przede wszystkim niespełniona obietnica. Reżyserka przegapiła okazję na to, żeby dzięki intrygującemu pomysłowi rodem z serialu „Black Mirror” opowiedzieć nieoczywistą historię o chorobliwym pragnieniu szczęścia w zachodnim społeczeństwie. Szczęścia utopijnego, nieosiągalnego, które niczym mityczne stwory jest po to, żeby go szukać, a nie znaleźć. I tym sposobem po seansie „Kwiatu szczęścia” zamiast woni dobrego kina zostaje tylko smród straconej szansy.

 

„Kwiat szczęścia”
reż. Jessica Hausner
premiera: 23.10.2020

Wstyd nasz codzienny
27 lutego 2021

Wstyd nasz codzienny

Siła wstydu dla nikogo nie powinna być abstrakcyjna – jest on naszym doświadczeniem. Dlatego nie sam tytułowy afekt stanowi o wymowie przedstawienia.
Pop o kochaniu
25 lutego 2021

Pop o kochaniu

To książka dla wszystkich „osób, które chcą być kochane”. Kochanie jest powszechne i demokratyczne – ale właśnie może zbyt powszechne, a zarazem zbyt indywidualne, by uważać, że można nadać ten sam komunikat do wszystkich, nikogo przy tym nie krzywdząc...