23 października 2017
banana

Od piekła Monszatana do nieba GMO

„W królestwie Monszatana” jest książką popularnonaukową, poruszającą kontrowersyjny temat roślin GMO. Autor książki, dziennikarz „Polityki” – Marcin Rotkiewicz – to zdecydowany zwolennik upraw GMO, co stawia go w opozycji do osób wskazujących na zagrożenia, jakie niosą one ze sobą. Autor jest jednocześnie sojusznikiem świata naukowców, którzy dowodzą, że rośliny GMO są nieszkodliwe i są nadzieją na osiągnięcie pewnych celów gospodarczych, społecznych, politycznych. Zgodnie z przytaczanymi przez autora badaniami są one bardziej ekologiczne niż rośliny konwencjonalne, ponieważ pozwalają na użycie mniejszej ilości pestycydów, są też tańsze w uprawie oraz – często – zdrowsze.

W tym miejscu otwarcie muszę przyznać, że czytałem tę książkę z perspektywy przeciwnika GMO. Stąd też pewne jej elementy wydają mi się problematyczne. „W królestwie Monszatana” prezentuje świat jednostronny. Odrzucenie GMO jest tu przedstawiane jako absurd, taki sam jak odmowa stosowania szczepionek, spożywania glutenu przez nieuczulonych na niego ludzi i podważanie tezy, że globalne ocieplenie jest wynikiem działania człowieka. Dwóm pierwszym kwestiom zostają poświęcone krótsze rozdziały, wskazujące na to, że zarówno w przypadku sprzeciwu wobec roślin GMO, jak i szczepionek, glutenu rządzą te same mechanizmy społeczne. Dla czytelnika, który nie jest zwolennikiem roślin GMO, problem może stanowić to, że stawia się go w jednym rzędzie z przeciwnikami tez o szkodliwym wpływie człowieka na przyrodę. Myślę, że można pójść dalej i uznać, że autor przeciwników GMO postawiłby również w tym samym rzędzie, co zwolenników tezy o zamachu smoleńskim oraz licznego w przeszłości grona osób podważających korelacje palenia papierosów ze zwiększonym prawdopodobieństwem zachorowania na raka płuc.

W książce podaje się przykłady wielu badań wskazujących, że rośliny GMO nie stanowią większego zagrożenia dla przyrody i zdrowia człowieka niż rośliny uprawiane w sposób konwencjonalny. Dominująca negatywna opinia na temat GMO w Polsce i w Europie jest, zdaniem Rotkiewicza, wynikiem działań propagandowych ruchów lewicowych i braku wiedzy przeciętnych ludzi. Warto w tym miejscu podkreślić, że autor nie zwraca uwagi na znacznie głębsze przyczyny owego sprzeciwu. Jest nią spadek zaufania do żywności jako takiej, co wiąże się z doniesieniami o różnych aferach żywnościowych, coraz większą świadomością wielu ryzyk, związanych z konsumpcją żywności, odejściem większej części populacji od sfery uprawy i produkcji żywności, którego efektem jest brak wiedzy o tym, co dokładnie dzieje się z nią zanim trafi ona na półki sklepowe. Na ten ogólny klimat dotyczący żywności wielcy gracze gospodarczy zapracowali sobie przez lata. Zatem nie tylko propaganda przeciwników GMO wpływa na powszechne przekonanie o „sztuczności”, „chemizacji” żywności, ale też wynik wielu nieuczciwych działań producentów i dystrybutorów. Inną głębszą przyczyną sprzeciwu wobec GMO jest brak zaufania wobec naukowców. W dzisiejszych czasach przeciętny „Kowalski” jest konfrontowany z wieloma – często przeciwstawnymi – tezami naukowców, między innymi dotyczącymi zdrowotności spożywania określonych artykułów żywnościowych. Dodatkowo pojawiają się doniesienia o tym, że wiele badań jest sponsorowanych przez sektor prywatny lub że naukowcy z publicznych instytucji, zmieniają posady na lepiej płatne w wielkich korporacjach. Zapewne gdyby zrobić dokładne badania, okazałoby się, że w przypadku większości ludzi niezgoda na GMO to raczej kwestia wiary niż rzetelnej wiedzy. Niemniej jednak ta „wiara”, czy też intuicja, wynika z ogólnego poglądu na świat, który jest nieprzypadkowy, jeśli weźmie się pod uwagę powyższe uwarunkowania braku zaufania do żywności i naukowców.

Rotkiewicz, potwierdzając zasadność stosowania genetycznej modyfikacji roślin, pisze to z perspektywy pracującego w laboratorium „naukowca”, który w sposób inżynieryjny chce pozytywnie zmieniać świat i musi się zmagać z niezrozumieniem otoczenia. Taki sam przejaw władzy widać w przypadku wielu kwestii, kiedy grono ekspertów mówi, że „ludziom trzeba to wytłumaczyć”. Jest to spojrzenie kogoś patrzącego „z góry”, kto stara się pouczać innych, tak jak rodzice robią to z dziećmi. Racjonalnym naukowcom autor książki przeciwstawia figurę naukowców szarlatanów oraz działaczy pieniaczy. Oprócz tego, że są niekompetentni, bo prowadzą wadliwe pod względem metodologicznym badania i nie mają odpowiedniego wykształcenia (co ciekawe, autor, krytykując ten fakt, jakby zapominał, że sam jest dziennikarzem o wykształceniu filozoficznym); są nieobiektywni, bo zacietrzewieni ideologicznie; w dodatku są też niemoralni, ponieważ odrzucają możliwość zniwelowania głodu oraz niektórych chorób (np. przez tzw. „złoty ryż” wzbogacony witaminą A). Dodatkowo działacze i naukowcy podważający zasadność uprawy roślin GMO są sponsorowani przez NGO-sy, takie jak Greenpeace, które oceniają opisywane zjawisko w sposób jednostronny i ideologiczny. Prowadzone przez nich badania mają potwierdzać z góry ustalone tezy, zgodne z tym, czego chcą wielkie organizacje pozarządowe. Czyżby zatem światopogląd lewicowy nie był postępowy, tylko wsteczny? Warto podkreślić, że w wielu przypadkach ochrona przyrody jest przejawem konserwatyzmu, jeśli za jego roboczą definicję przyjmiemy niechęć wobec zmian, w tym przypadku rozwijania inżynieryjnego zarządzania genomem roślin. Co ciekawe, wokół sprzeciwu względem roślin GMO ruchy lewicowe często wchodzą w sojusze z ruchami prawicowymi. Po obu stronach pojawiają się różne uzasadnienia, które skutkują dyrektywą podobnego działania praktycznego. Na marginesie warto dodać, że obok działaczy sprzeciwiających się roślinom GMO negatywne postawy reprezentują politycy, którzy blokują możliwość rozwoju genetycznych modyfikacji i ulegają głosom opinii publicznej w tej sprawie, dbając o słupki wyborcze, a nie wyższe dobro społeczne.

W odróżnieniu od lewicowej linii argumentacyjnej, wielkie korporacje, takie jak Monsanto, mają szczytne ideały. Są to ideały niesienia oświecenia i postępu poprzez naukę. Rotkiewicz oczywiście dodaje, że jak każdy „mają coś za uszami”, ale generalnie z lektury książki wynika, że wraz z większością naukowców wydają się pozytywnymi aktorami. Zatem naukowcy i korporacje stają się ofiarami agresywnego i całkowicie nieracjonalnego dyskursu sprzeciwu wobec GMO. Co jednak autor przeocza? Przedstawiając sprawę GMO jak problem naukowy, Rotkiewicz pozostawia na boku kwestie społeczne i ekonomiczne dotyczące nierówności społecznych, wyzysku oraz dużego wpływu wielkich korporacji na regulacje prawne i działania polityków. Nie próbuje się zmierzyć z trudnymi pytaniami dotyczącymi zakresu kontroli nad uprawami GMO przez obywateli oraz tym, kto czerpie z tego największe korzyści. To jedne z wielu pytań, na które trzeba sobie odpowiedzieć. Autor je niestety pomija. W sytuacji, kiedy uprawa roślin GMO staje się sprawą czysto techniczną, zapominamy również o ważnych uwarunkowaniach kulturowych. W tym przypadku debaty na temat GMO dotyczą tematu bardziej fundamentalnego, który obejmuje również takie kwestie, jak ratowanie przyrody (np. kwestia wycinki Puszczy Białowieskiej), ingerencji w ciało ludzkie, aborcji, interwencji państwa w gospodarkę. Ich wspólnym elementem jest próba odpowiedzi na pytanie, jaki jest akceptowalny zakres zaplanowanej ingerencji człowieka w gospodarkę, świat przyrody, „życie” i tak dalej.

Książka „W królestwie Monszatana” jest dobrze uargumentowaną pracą popierającą postulat uprawy roślin GMO. Warto ją przeczytać, nawet gdy ktoś jest krytykiem uprawy roślin GMO, chociażby z tego powodu, aby poznać wyrafinowaną wersję linii argumentacyjnej przeciwników. Lektura tej książki może doprowadzić do zmiękczenia jednostronnych sądów. Stąd też sprawa dopuszczenia roślin GMO do obiegu wydaje się ciągle otwarta. Pewnie w przyszłości zostanie rozstrzygnięte to, czy w tym przypadku po raz kolejny mieliśmy do czynienia z negatywnymi przesądami społecznymi, czy też nietrafnym konsensusem większości naukowców.

 

Marcin Rotkiewicz, „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”
Czarne
Wołowiec 2017

(Po łebkach) w stronę queerstory
16 listopada 2018

(Po łebkach) w stronę queerstory

Zaczyna się i kończy mocno. Z pomysłem. Gorzej z środkiem, od metodologii po treść. Smakowicie zapowiadająca się „Dziwniejsza historia” Remigiusza Ryzińskiego przypomina queerstoryczny kalejdoskop, wirujący w takim tempie i naszpikowany tyloma lusterkami, że o zagubienie przyprawił samego autora, bo o ile wypada pochwalić Ryzińskiego za intencję, o tyle wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia...

Głęboki oddech („Killing Eve”, „Bodyguard”)
15 listopada 2018

Głęboki oddech („Killing Eve”, „Bodyguard”)

Zarówno „Bodyguard”, jak i – pół roku wcześniejszy serial – „Killing Eve” charakteryzują się cechami, które nieczęsto idą w parze. Zwięzłość, psychologiczne skomplikowanie, wartka policyjna i detektywistyczna akcja, realizm przedstawienia połączony z wyrazistym konceptem narracyjnym...