03 listopada 2014

Dwie matki albo dobrzy Niemcy

alt

Pod koniec października odbyła się druga w tym sezonie premiera na małej scenie Teatru Nowego w Poznaniu. Po „Elsynorze”, spektaklu adresowanym do młodzieży szkolnej, który nawet dla tej grupy odbiorców nie okazał się zbyt wymagający, „Obwód głowy” porusza ważniejsze tematy. Zrealizował go Zbigniew Brzoza we współpracy dramaturgicznej z Wojtkiem Zralkiem-Kossakowskim. Podjęli oni próbę opowiedzenia historii polskich dzieci, które jako reprezentujące cechy „aryjskie”, na początku lat 40. znalazły się w ośrodkach Lebensborn, skąd adoptowane były przez niemieckie rodziny. Celem założonej w 1936 roku na osobisty rozkaz Reichsführera-SS Heinricha Himmlera organizacji było „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowla nordyckiej rasy nadludzi”. Jednym ze sposobów jej działania była germanizacja wybranych w wyniku selekcji rasowej dzieci polskich. Losy dwóch z nich, sióstr Alodii i Darii Witaszek z Poznania, które przeszły przez ośrodki w Helenówku pod Łodzią i w Połczynie Zdroju, opisane zostały przez Włodzimierza Nowaka w tytułowym reportażu z jego zbioru „Obwód głowy”. Stał się on – obok książki „Szkoła Janczarów. Listy do niemieckiego przyjaciela” Alojzego Twardeckiego – najważniejszą inspiracją dla scenopisu poznańskiego przedstawienia.

Polski teatr coraz częściej podejmuje trudne tematy, inicjując dyskusję dotyczącą naszej tożsamości i fundamentów, na których jest zbudowana. Autorzy i reżyserzy wspominają historyczne tryumfy, ale także mierzą się z pamięcią traum i klęsk, nie omijając trudnej przeszłości. Przeciwnie – wskazując niewyleczone rany, traktują bolesną świadomość jako pierwszy etap ich możliwej kuracji. Nie chodzi przy tym o nachalny dydaktyzm, kolektywną psychoanalizę ani nawet terapię społeczną. Wykorzystanie przeszłości nie musi się wiązać z jej ideologicznym nacechowaniem. Może być – po prostu – szczególnie nośną inspiracją teatralną, która otwiera zastane ramy historiografii i burzy skostniałe struktury dyskursu o przeszłości. Możliwości te ujawniają się szczególnie jasno, kiedy wielka historia łączy się na scenie z osobistym doświadczeniem jednostki. Dramatyczność rodzi się wówczas z połączenia dwóch perspektyw widzenia rzeczywistości. Teatr – dzięki „nażywości”, fizycznej obecności aktorów, bezpośredniości oddziaływania stosowanych środków – może się stać wówczas sztuką, która umożliwia powrót do przeszłości i doświadczenie różnych jej wymiarów. Przekracza tak granice opowiadania o niej w cudzysłowowej ramie historycznej narracji i ponad wprowadzanymi przez nią elementami zapośredniczenia.

W ogólnym zarysie opis ten odpowiada potencjałowi poznańskiego spektaklu Zbigniewa Brzozy, który mógł zostać zrealizowany na różne sposoby. Wydaje się, że reżyser świadomie zrezygnował z bezpośredniej prezentacji. Sama narracja – dalej głównie pierwszoosobowa i zachowująca status świadectwa – przetykana jest scenami ukazującymi relacjonowaną akcję. Nie wpłynęło to jednak na niezapośredniczone oddziaływanie na widzów. Przekaz sceniczny traci na mocy w dużo większym stopniu dopiero poprzez wprowadzenie postaci reportażysty; to rodzaj wnikliwego śledczego historii i badacza ludzkich losów. Sam mówi, że po prostu „podąża za historią”, której koniec odnalazł. Prowadzi go ona, jak nitka, za którą podążał Tezeusz, poza głębiny labiryntu, w którym zagubić się mogą podstawy „ja” konkretnego człowieka. Grana przez Tomasza Nosińskiego postać narratora może być utożsamiana z twórcą całej opowieści albo chociaż z osobą inicjującą sam akt opowiadania. To mistrz ceremonii, decydujący nie tylko o zmianach planów skromnej scenografii, ale także inicjujący całość zdarzeń okrzykiem: „akcja!” na samym początku spektaklu i pytaniami zadawanymi później. W efekcie wprowadzana przez niego rama narracyjna tępi ostrze bezpośredniego oddziaływania z użyciem środków teatralnych.

Aktorzy mówią słowami postaci z reportażu Nowaka i innych włączanych źródeł. Daniela Popławska, Aleksander Machalica i Janusz Grenda wspominają dziecięce losy swoich bohaterów i relacjonują ich przemyślenia z dzisiejszej perspektywy. Pamięć nie daje pewności przeszłości. Jedynym pewnym źródłem historycznym wydaje się duży magnetofon szpulowy stojący z boku sceny. Służy on nie tylko nagrywaniu wspomnień, ale także odtwarza wyrok polskiego sądu w sprawie pochodzenia jednego z bohaterów. Na szarej ściance zamykającej scenę pojawiają się czarno-białe projekcje. Zastępują one scenografię jako interesujący, choć nieco już ograny zabieg, formalnie łącząc żywy plan i obraz filmowy. Wprowadzają także możliwość retrospekcji i stają się kolejną ramą dla przywoływanych wspomnień. Ułuda filmowego planu wyraża nietrwałą naturę pamięci. Prezentowane są nie tylko krajobrazy z konkretnych miejsc, do których odnoszą się opowieści, czy scenograficzne wyobrażenia wnętrz, w których rozgrywają się relacjonowane sytuacje, ale także zachowane we wspomnieniach narratorów postacie z przeszłości – utracona rodzina, dwaj niemieccy funkcjonariusze, dzieci tańczące i wyśmiewające młodego repatrianta.

Wspomnienia dorosłych, którzy we wczesnej młodości doświadczyli traumy podwójnej zmiany tożsamości, piętnują tylko zbrodnicze systemy: nazistowski, ale także komunistyczny, który za wszelką cenę dążył do „odzyskania każdego Polaka”. W spektaklu, podobnie jak w reportażu Nowaka, nie pojawiają się oskarżenia formułowane wobec konkretnych osób. Zgermanizowani kilkulatkowie mieszkający w ośrodkach Lebensborn, uważali się za niemieckie sieroty. Adopcja dawała im szansę na odnalezienie ciepła, miłości i zrozumienia. Tylko w wyjątkowych sytuacjach podważano ich przynależność do nowych, niemieckich rodzin, gdzie traktowani byli jak własne, upragnione i wyczekane, dzieci. Germanizacja we wczesnej młodości, adopcja po okresie życia w ośrodku i włączenie do nowej rodziny niemal całkowicie pozbawiały ich wcześniejszych wspomnień. Dlatego źródłem ich traumy stawały się nie wyjazdy, a dopiero powojenne powroty do kraju. Często bowiem wiązały się tylko ze stratą: Alodia Witaszek wspominała po latach, że w całym pociągu pośród dzieci wracających do Polski tylko ona jechała do rodziny. Reszta jej rówieśników trafiała prosto z niemieckich, kochających rodzin do domów dziecka.

Prócz postaci reportażysty i wspominających własną przeszłość narratorów na scenie pojawiają się ich dziecięce sobowtóry z przeszłości. Dwójka małych aktorów znakomicie odnajduje się jako partnerzy swoich polskich i niemieckich matek. Jedna z nich, grana przez Julię Rybakowską Halina Witaszek, modyfikuje swoje sceniczne zachowanie i zmienia strój, obrazując zmianę, jakiej po wybuchu wojny doświadczyła poznańska inteligencja. Dorota Abbe i Małgorzata Łodej-Stachowiak grają niemieckie, pełne czułości i wrażliwe kobiety, które głęboko przeżywają stratę dzieci, choć ich nie urodziły. Na tle tych obrazów, łączących plan prezentacji i plan narracji scenicznej, zrozumieć można słowa Danieli Popławskiej, która  wspomina słowami granej przez siebie Alodii Witaszek, że miała dwie matki: polską i niemiecką; mamę i Mutti. Właśnie o takiej miłości, niezależnej od narodowości, podziałów, win, traum i myślowych stereotypów, jest „Obwód głowy”.

 

Zbigniew Brzoza, Wojtek Zrałek-Kossakowski, „Obwód głowy”
reżyseria: Zbigniew Brzoza
dramaturgia: Wojtek Zrałek-Kossakowski
scenografia: Justyna Elminowska
Teatr Nowy w Poznaniu
premiera: 24 października 2014

 

fot. Jakub Wittchen

Układ, który się wtrąca
25 maja 2018

Układ, który się wtrąca

Spektakle Układu Formalnego adresowane są przede wszystkim do młodej publiczności, co decyduje o wyborze problemów, jakim teatralni artyści poświęcają swoją uwagę. Pod koniec kwietnia cztery ich przedstawienia znalazły się w programie prezentacji Instytutu Grotowskiego...

Żeby Polska nie była Polską?
23 maja 2018

Żeby Polska nie była Polską?

Ziemowit Szczerek bierze się za bary z literaturą science-fiction i kreśli wizję przyszłości Polski, a właściwie: Polsk. Wizję brawurową i obezwładniająco śmieszną, a zarazem niepokojąco bliską naszym codziennym doświadczeniom...

Sceny z życia
22 maja 2018

Sceny z życia

Skończyło się – nagrody przyznane, werdykty ogłoszono. 71. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes zwyciężył Japończyk Hirokazu Kore-eda. Można odbierać werdykt jury – pod przewodnictwem Cate Blanchet – jako wyraz zdegustowania obrazem społeczeństwa zbudowanego na kryzysie: zatomizowanego, zblazowanego, balansującego nad przepaścią...