10 lutego 2014
yba
fot. Sarah Lucas, „Self Portrait with Fried Eggs”

O wzlocie i upadku młodej sztuki brytyjskiej

Gregor Muir jest obecnie dyrektorem Institute of Contemporary Arts w Londynie. Wcześniej był kuratorem w Tate Modern i pracował dla londyńskiego oddziału galerii Hauser & Wirth. Był jednym z założycieli Lux Gallery, jako krytyk współpracował z takimi pismami, jak „frieze”, „Parkett”, „Dazed & Confused”. W roku 1984 Muir rozpoczął studia w Camberwell College of Arts w Londynie. Wkrótce jego ścieżki przecięły się ze ścieżkami artystów, którzy stworzą, jak się okaże, najsławniejszy i najbardziej wpływowy ruch w sztuce końca XX wieku; przejdzie on do historii jako YBA, czyli Young British Art. Muir nie stanie się jednak artystą YBA, lecz raczej jej kibicem, towarzyszem straceńczej alkoholowej epopei, w końcu przyjacielem, powiernikiem, krytykiem i kuratorem. Książka, tak jak obiecuje jej tytuł, zdaje relację z rozkwitu i upadku młodej sztuki brytyjskiej lat 90., jest jej swoistą, z pierwszej ręki, kroniką towarzyską i artystyczną. Razem z autorem zapuszczamy się w otchłań niekończących się całonocnych szaleńczych imprez, podróżujemy od pubu do pubu i od klubu do klubu, by wreszcie doczekać świtu w jakiejś zaszczurzonej pracowni i obudzić się z nieznośnym kacem i smakiem wymiocin w ustach. Jest to stary szlak brytyjskiej bohemy, opisywany już między innymi przez Daniela Farsona w książce „Pozłacany rynsztok, życie Francisa Bacona”. Tymczasem obserwujemy powstawanie kultowych dziś dzieł takich artystów, jak Sarah Lucas, Rachel Whiteread czy Damien Hirst.

Lekturze książki towarzyszyć powinna muzyka grup brytyjskiego britpopu: The Verve czy Oasis. Nie jest przypadkiem, że młoda sztuka brytyjska znalazła się na tej samej fali co britpop i propagandowa koncepcja Cool Britania, która towarzyszyła optymizmowi, jaki udzielił się społeczeństwu brytyjskiemu w pierwszych latach rządów Tony’ego Blaira, który zdetronizował osiemnastoletnie konserwatywne rządy.

YBA to zjawisko dziś wzorcowe i ikoniczne, każdy student każdej szkoły artystycznej na świecie marzy o tym, aby stać się nowym Damienem Hirstem. To on sprawił, że status artysty wizualnego zyskał potencjał celebryckości. Okazało się, że dzięki swojej niepraktycznej, szokującej i szalonej działalności można zarobić kupę szmalu i wejść na równych prawach do świata supermodelek, sławnych piłkarzy i gwiazd pop. Mariaż sztuki współczesnej z zawodowym talentem takiego machera od reklamy, jak Charles Saatchi (który, jak na ironię, wymyślał piekielnie skuteczne kampanie reklamowe dla znienawidzonych przez świat sztuki konserwatystów), sprawił, że sztuka współczesna trafiła na pierwsze strony tabloidów, utraciła swoją hermetyczność i stała się czymś niesłychanie atrakcyjnym. Książka Muira głęboko jednak rozczaruje tych, którzy myślą, że aby zostać artystą celebrytą, należy nie trzeźwieć i tworzyć szokujące prace z petów i butelek po wódce.

Znaczna część opowieści o YBA to historia wystaw urządzanych w samodzielnie remontowanych opuszczonych sklepach lub magazynach, organizowanych bez jakiejkolwiek nadziei, albo nawet wbrew jakiejkolwiek nadziei na szerszy odbiór. Sukces młodej sztuki brytyjskiej mógł się pojawić przy spełnieniu kilku występujących jednocześnie warunków. Po pierwsze, musiała się pojawić grupa zdolnych i upartych artystów, którzy proponowali bardzo mocne prace, idealnie komentujące klimat swojego czasu. Musiały to być prace inteligentne, zaangażowane i bezczelne. Nie pojawiłyby się z próżni. Młodzi artyści brytyjscy mieli swoich poprzedników, takich jak na przykład duet Gilbert & George, wielcy malarze, tacy jak David Hockney, Lucian Freud, Francis Bacon, czy cała tradycja brytyjskiego konceptualizmu. Kolejnym warunkiem sukcesu był właściwy czas, Wielka Brytania budziła się do ponownego karnawału po wieloletnich rządach konserwatystów. Młody, sympatyczny premier chciał odkurzyć image Brytanii. Pomagała mu w tym nowa muzyka pop i właśnie sztuka. Ta zmiana polityczna zgodna jest, co ciekawe, ze społecznym zapleczem opisywanych artystów; są to w większości ludzie pochodzący z robotniczych miast, z ubogich rodzin, mówiący niewyszukanym akcentem klasy pracującej. Trzeźwi pracusie z tak zwanych dobrych rodzin nie będą mieli w tym towarzystwie czego szukać, oczywiście do czasu, kiedy Damien Hirst nie rzuci picia, nie rozpocznie zdrowego trybu życia i nie zacznie należycie dbać o swoje finansowe inwestycje. W tym samym momencie pojawia się też wielki kolekcjoner, który dostarcza możliwości finansowych dla produkcji coraz bardziej ekstrawaganckich dzieł i zapewnia im należyty rozgłos. O tym, że do zapewnienia artystycznego i komercyjnego sukcesu potrzebny jest skomplikowany splot okoliczności, przekonał się sam wielki kolekcjoner, który kilka lat po opadnięciu fali YBA próbował powtórzyć ten sam manewr, prezentując kolekcje prac bardzo zdolnych i pracowitych (choć niewątpliwie mniej błyskotliwych) artystów spod znaku Nowego Neurotycznego Realizmu.

Czego się dowiemy z książki Muira? Jest to niewątpliwie szczegółowa do bólu relacja z balang, które dla wytrwałego i uważnego czytelnika stworzyć mogą pijacką mapę Londynu. To kronika wernisaży, imprez klubowych oraz zmieniających się konfiguracji erotycznych pomiędzy artystkami i artystami. Przy okazji dowiadujemy się o istotnych różnicach pomiędzy nowojorską a londyńską sceną artystyczną – Londyn jest bardziej alkoholowy i zdecydowanie hetero, podczas gdy Nowy Jork bardziej narkotykowy i gejowski. Czy dowiemy się od Muira czegoś więcej o samej sztuce, o pracy artystów, o tym, jakimi ścieżkami podążał ich szalony proces twórczy? Niestety nie, książka pod tym względem jest rozczarowująco uboga. Co prawda, autor raczy nas homeopatycznymi dawkami interpretacji poszczególnych prac, szybko jednak rezygnuje z tego zadania. I całe szczęście, opisy bowiem krytyka z „frieze” są tak drętwe, jak język po całonocnym piciu wódki i paleniu kubańskich cygar. Podobnie sprawa się ma także z rozrywkową częścią książki. Muir jako gawędziarz jest okropnie nudny. Jego opowieści czyta się nie tyle z zapartym tchem, ile z samozaparciem. Właściwie trudno sobie wyobrazić, że można sknocić tak koncertowy temat, jak zabłyśnięcie na światowej scenie grupy młodych artystów, których życie układa się w niekończącą się imprezę. Najzabawniejsze jest jednak to, że ta książka wcale nie musi być dobrze napisana, bo pozycja autora i temat gwarantują jej rzesze młodych czytelników, którzy z wypiekami na twarzach będą śledzili pijackie losy Tracey Emin i Damiena Hirsta w nadziei, że zwariowane koło fortuny wskaże któregoś dnia także na nich.

 

 

Gregor Muir, „Lucky Kunst. Rozkwit i upadek Young British Art”,
przekł. Iwona Sak,
wydawnictwo Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie,
Kraków – Warszawa 2013

 

Licznik długu, pomysł z Ameryki
03 kwietnia 2020

Licznik długu, pomysł z Ameryki

Licznik zajmuje miejsce w przestrzeni i mimo wszelkich sprzeczności dzielnie poświadcza dojrzałość odgrywania scenariusza kultury ekonomicznej, zupełnie jak plastikowy dowód ze zdjęciem. W tym roku jubilat obchodził przecież swoje urodziny...

Do jednej bramki
02 kwietnia 2020

Do jednej bramki

Z tego typu nierównym pojedynkiem mamy do czynienia na początku „Angielskiej gry”. Jest rok 1879 i oto pod postaciami dwóch drużyn, „szlachetnych” Old Etonians i „barbarzyńców” z Darwen F...

Siła i bezsilność
01 kwietnia 2020

Siła i bezsilność

…stylistyczny talent autora […] pozwala nam niemal zapaść się w wykreowany przez niego świat. Nie dlatego, że jest znajomy i schematyczny, ale dlatego, że tworzy doskonałą iluzję – wszystko to już o świecie, emocjach, dziecięcej percepcji wcześniej wiedzieliśmy...