10 września 2019
garapich_CzK
Michał P. Garapich, „Dzieci Kazimierza”

Nieswoi i swoi

Blurb zapowiada, że „Dzieci Kazimierza” stanowią wyjątkową odpowiedź na (może nieco wyświechtane) hasło o jednoznacznie systemowej proweniencji – „wszyscyśmy z chłopów”. Otóż – oznajmia prowokacyjnie okładka – nie wszyscy: wielu z nas jest potomkami „panów”, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy, ponieważ historia znalazła sposoby na zamazanie więzów krwi. Pozostawiając na boku wątpliwą dystynkcję chłopskie–pańskie, która brzmiałaby zdecydowanie bardziej fortunnie jako chłopskie–szlacheckie, wypada na początku zadać pytanie: a jakie to ma dzisiaj znaczenie? Czy współczesne polskie społeczeństwo odzwierciedla w swojej strukturze i specyfice ówczesne przynależności klasowe? Jeśli śledzenie zyskujących na popularności (i ilości) publikacji dotyczących zapomnianego/wypartego dziedzictwa tożsamościowego wsi sprawiało, że odpowiedź na powyższe pytania wydawała się niełatwa – lektura książki Michała P. Garapicha skomplikuje sprawę jeszcze bardziej. A zarazem podpowie pewne rozwiązanie.

Z jednej strony: liczne gesty mające na celu przywracanie pamięci o wielowiekowej historii wyzysku chłopstwa przez elity stanowe świadczą o rozbudzaniu wspólnotowej wiedzy, przywołują świadomość, która została wyparta z narodowego imaginarium. Z drugiej: jesteśmy niezwykle przywiązani do kultywowania narodowych tradycji szlacheckich i ziemiańskich (począwszy od słabości Polaków do architektury w stylu „dworek polski”, aż po gigantyczną dumę ze zdobyczy systemowej pod nazwą „demokracja szlachecka” (przy czym wyrozumiale zapominamy o takich „drobnostkach” jak haniebne obrady Sejmu Królestwa Polskiego, podczas których szlachta nie wyraziła zgody na zniesienie pańszczyzny w trakcie trwania powstania listopadowego). Szlacheckość, a także jej „wzniosłe” i „honorowe” atrybuty zwykło się więc utożsamiać z „polskością”, z czego pełnymi garściami czerpie wątpliwa moda na patriotyzm w nacjonalistycznej szatce. Tymczasem w przedwojennej Polsce od 75% do 80% ludności stanowiła ludność wiejska (dane za: J. Wasilewski, „Społeczeństwo polskie, społeczeństwo chłopskie”, „Studia Socjologiczne” 1/2001) – jesteśmy więc w większości z chłopów, nawet jeśli w naszych drzewach genealogicznych zawieruszył się jakiś szlachciura. Świadomość dotycząca historycznego oraz społecznego znaczenia chłopstwa powinna zatem stanowić fundamentalny składnik symbolicznego uniwersum. Co więcej – jak wskazują między innymi Andrzej Leder („Prześniona rewolucja”, 2014) i Jan Sowa („Fantomowe ciało króla”, 2011) – wypieranie tego elementu zbiorowej tożsamości to także widmo nawiedzające współczesne polskie społeczeństwo wraz z jego obecnymi pęknięciami. Należy zatem tropić ślady dziejowej niesprawiedliwości w nadziei, że powiedzą nam choć słowo o nas samych. Takiego właśnie tropienia podejmuje się w debiutanckiej książce Garapich.

„Dzieci Kazimierza” to reporterska relacja z wieloletniego śledztwa, które na swoim drzewie genealogicznym przeprowadził autor. Opowieść rozpoczyna od symbolicznego przełamania symbiozy pomiędzy żywymi i zaświatami, którego dopuścił się jego prapradziadek – właściciel dóbr ziemskich na Podolu, a także poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego – przenosząc ciała swojego ojca oraz brata z wiejskiego cmentarza do dworskiej kaplicy. Autor „Dzieci Kazimierza” ostatecznie nie podąża śladami swojego prapradziadka, rezygnuje bowiem z pomysłu przekopywania ziemi, gdzie znajdować mogłyby się pozostałości rodzinnego grobowca, lecz dla jego opowieści symboliczny gest dotyczący naruszania „pamięci zmarłych i o zmarłych” (tę formułę można uznać za podstawowe sformułowanie książki) jest bardzo znaczący. Garapich poświęca się poszukiwaniom tego, co w historii jego rodziny zostało z premedytacją zapomniane albo przekłamane. Garapichowie od pokoleń wychowywani byli w przywiązaniu do wagi swojego pochodzenia, które znacząco determinowało ich życiowe oraz polityczne wybory. Noblesse oblige – zapisuje jedna z ciotek w pamiętniku, adresując ową maksymę do swoich dzieci. Pamięć o rodzinnym majątku mieszczącym się we wsi Cebrów (obecnie obwód tarnopolski w Ukrainie) przekazywana jest kolejnym członkom rodu pod postacią mitologizacyjnej opowieści o sielskim życiu na wsi, poddanemu prawom natury i podlegającemu społecznej hierarchii. Kiedy jednak Garapich sięga głębiej, pod podszewkę rodzinnych sentymentów i przywilejów, odkrywa to, co gorzkie i wstydliwe. Poznajemy fragmenty pamiętników spisanych przez członków rodziny autora, którzy starali się zatrzeć informacje o swoim nieślubnym rodzeństwie, a więc ponad dwadzieściorgu synach i córkach (tytułowego) Kazimierza pochodzących z nieprawego łoża. To dzieci dziedzica zrodzone z chłopskich matek. Dzieci nazywane we wspomnieniach Garapichów „lewakami”. Dzieci, którym odebrano prawo do nazwiska, majątku i pamięci.

Jakby dla kontrastu, jakby na przekór wszystkim wcześniejszym próbom zatajenia rodzinnej prawdy, Garapich tworzy pamiętnik (zdaje mi się, że „Dzieciom Kazimierza” gatunkowo do pamiętnika naprawdę blisko) szalenie intymny, pełen mrocznych szczegółów z życia najbliższych i przodków. Sięga przy tym po wydarzenia na pozór nijak związane z poszukiwaniem potomków Kazimierza – opisuje niedawne rozwody, rodzinne kłótnie i urazy. Momentami można odnieść wrażenie, że to niepotrzebne, może nazbyt osobiste, a może niestosowne: dotyczy przecież żyjących członków rodziny. Ale Garapich pisze tak, jakby chciał wyzbyć się wszystkich wspólnych win, publicznie zdemaskować przywileje, które wcale nie zapewniły jego najbliższym łatwiejszego życia. Portrety członków rodu stawia naprzeciwko nowo odnalezionych krewnych – potomków pradziadka Kazimierza, którzy pozostali w rodzinnym Cebrowie po zniszczeniu dworu. Konfrontuje ich życiorysy i sposoby pamiętania losów. Odkrywa na przykład, że legenda o ukraińskich chłopach, którzy w 1939 roku błagali bolszewików, aby ci nie rozstrzeliwali dziedzica Kazimierza, krzycząc, że był dla nich jak ojciec, nie jest wcale argumentem w dyskusji o dobrych panach i wdzięcznych za dobrodziejstwa chłopach, a historią o synach próbujących ocalić własnego tatę.

„Dzieci Kazimierza” to także spowiedź z poczucia odpowiedzialności za wspólnotę i znaczenia tożsamościowej przynależności. Uznanie bądź wyparcie czyjegoś prawa do występowania w szlacheckim drzewie genealogicznym nie zmienia niczego w losie ani uznających, ani wypierających; stanowi jednak symboliczne przesunięcie sił, naruszenie cokołu stawianego hegemonom. Dotąd rodzinna pamięć przechowała historie o bohaterskich czynach przodków i podtrzymujących społeczną hierarchię ziemiańskich rytuałach; wymazywała fakty używania pozycji władzy do podporządkowywania i wykorzystywania kobiet. Świadome manipulowanie wspomnieniami cementowało wieloletnią przemoc wobec chłopek z Cebrowa i ich dzieci. Niezwykle znamienna jest „polityka pamięci” owej drugiej, skrzywdzonej strony – potomkowie nieślubnych dzieci Kazimierza nadal przechowują pamiątki z dawnego dworu: po tacie, dziadku, pradziadku – jakby czuli, że ich posiadanie usprawiedliwia emocjonalną więź; jakby potrzebowali ich, by udowodnić, że zasługują na miejsce w rodzinnej opowieści.

Książkę Garapicha czyta się jak wartką opowieść sensacyjną – kibicuje się pozytywnym bohaterom pierwszoplanowym, a podświadomą antypatią darzy każdy szwarccharakter. Podział ról nietrudno wyczuć. Autora fascynuje i rozczula specyficzny folklor ukraińskiej wsi (pierogi popijane samogonem!), a rani zachowanie „uznanych” krewnych, nieprzychylnie odnoszących się do prób rozwikłania rodzinnej tajemnicy. Mimo to Garapich wykazuje się jednak niezwykłą empatią i świadomie równoważy oceny, aby skomplikować pozorną łatwość krytyki poszczególnych bohaterów. Wiele miejsca oddaje tym, których historia poświęciła w imię systemu i przywiązania do społecznego konwenansu – kobietom. Czytelnicy poznają historie o ich odwadze i oporze. Garapich stara się niejako zwrócić im prawo do własnych opowieści – wskazując, że z ówczesnym okrucieństwem i niesprawiedliwością dziś walczyć można jedynie przywróceniem albo dopisaniem pamięci.

W książce Garapicha pojawiają się postaci, które były świadkami ponad stuletniej historii przekształceń, przewrotów i wielkich rewolucji. Zdarzenia przywoływane w toku opowieści o losach jednej rodziny dają także świadectwo wielkich politycznych i historycznych narracji. Kolejne pokolenia rodzą się więc w coraz to nowej rzeczywistości – od początku XX wieku, poprzez wojny, czasy PRL-u, kończąc na wybuchu rewolucji na Majdanie, która dotarła także do Cebrowa. Autor wszystkie te elementy historycznej układanki łączy w zajmującą opowieść o odmiennych perspektywach i losach determinowanych przez polityczne przewroty.

Debiut Garapicha pozostaje przy tym książką bardzo osobistą, sprawiającą wrażenie bolesnej w deklarowanej szczerości. Przywrócenie z rodzinnej niepamięci losów krewnych stanowi dla autora istotny punkt odniesienia także dla własnej, indywidualnej tożsamości i bagażu związanego z wychowaniem w duchu określonych tradycji i przyzwyczajeń. Niezwykle intymny zapis wewnętrznych przeżyć, uczuć i niełatwych konfrontacji zdaje się stanowić dla autora wartość niemalże terapeutyczną. Garapich przyznaje się przed czytelnikiem do nieposiadania oczekiwanych odpowiedzi. Chwilami przejmuje winę, a piórem stara się zadośćuczynić i wyrównać niesprawiedliwość dziedziczonych przywilejów. Upomina się przy tym nie tylko o pamięć losów osób związanych pokrewieństwem z rodem Garapichów, ale całej klasy – o anonimowych chłopach i chłopkach, którzy choć na opowieść zasługują, nigdy jej nie doczekają.

W artykule „O pewnym chłopskim geście” („Teksty Drugie” 6/2017) Agnieszka Dauksza rozważa problem wiarygodności reprezentacji rzeczywistości wiejskiej w popularnych dziełach literackich i filmowych. Pyta, czy to, co z perspektywy miejskiej uznajemy za „emanację chłopskości”, faktycznie stanowić może punkt odniesienia dla chłopskiej tożsamości. Badaczka zwraca uwagę na konieczność przeniesienia zainteresowań akademickich w stronę ujęć alternatywnych. To oznacza konieczność znalezienia innych narzędzi opisu oraz samych innych opisów, które utrudniałyby zafałszowanie lub ujednolicenie przekazu o wiejskości. Wydawało mi się, że odpowiedź na tę wątpliwość stanowią plony konkursów na pamiętniki chłopskie, które od lat 30. XX wieku zyskiwały gigantyczną popularność i mieściły w kolejnych tomach tysiące spisanych opowieści. Teraz mam wrażenie, że była to tylko połowa odpowiedzi. Perspektywę poszerzyła lektura przedrukowanych w „Dzieciach Kazimierza” fragmentów pamiętników wuja Pawła i cioci Elli (Garapich obszernie je przytacza). Odnoszę wrażenie, że zarówno one same, jak i zapewne tysiące im podobnych pamiętników szlacheckich stanowią konieczne uzupełnienie rozważanego przez Daukszę problemu. Rewers tej samej opowieści o konkretnym momencie. Dla uzyskania pełnej perspektywy – możliwie kompletniej reprezentacji rzeczywistości wsi (wraz z jej wypieranym i bolesnym dziedzictwem) – zbiory pamiętników chłopskich oraz szlacheckich należałoby czytać naraz, w duecie, kompatybilnie, konfrontując ze sobą wspomnienia i sądy. Czyli postępować tak, jak w swoim śledztwie postępuje Michał P. Garapich. Swoją książką proponuje on poszerzenie i uzupełnienie symbolicznej ramy o kolejne elementy – po wskazaniu hegemona i uznaniu krzywdy tych, którzy padli ofiarą dystrybucji władzy – konieczne jest ponowne scalenie opowieści – relektura, która pozwoli równolegle wybrzmieć wielu głosom. Może właśnie w takim przywracaniu i polifonii głosów zawiera się pewna propozycja rozwiązania akcentowanego w teorii postkolonialnej problemu wyrażalności stanowiska subalterns. Paradoksalnie, w procesie równoległych odczytań ich głos staje się silniejszy – stanowi nie tyle alternatywę, ile pełnoprawną część opowieści.

Tym samym „Dzieci Kazimierza” stały się kolejnym głosem w narracji o postchłopskiej i postszlacheckiej tożsamości – zarówno jako opowiadana fabuła-wyznanie, jak i w szerszej perspektywie: wskazując konieczność poszerzenia debaty i włączenia do niej nowych (wcześniej świadomie wymazywanych czy też niewysłuchanych z powodu niewystarczającej świadomości społeczno-politycznej) perspektyw i świadectw.

Ale spokojnie, w „Dzieciach Kazimierza” są też emocjonujące „momenty” i pikantne dykteryjki…

 

Michał P. Garapich, „Dzieci Kazimierza”
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2019

Opera aperta
11 września 2019

Opera aperta

Poznańska Arena nie zaskakuje w takim stopniu jak wykorzystane niegdyś przez Vicka budynki opuszczonego banku czy nieczynnych zakładów chemicznych – aranżacja jej przestrzeni przez Samala Blaka przyniosła jednak ciekawe efekty i stała się namacalnym potwierdzeniem programowych deklaracji kierownictwa poznańskiej sceny...

Odsłuchy sierpnia
06 września 2019

Odsłuchy sierpnia

W ubiegłym miesiącu zatrzymaliśmy się na chwilę przy letnich singlach. Życie to jednak nie tylko słuchanie „letniaczków”, pora wracać do rzeczywistości i pospolitości, która skrzeczy. Tym razem w „Odsłuchach” trochę koszarowego humoru, społecznych rewolucji oraz podwójna premiera prosto ze stajni hip-hopowej legendy...